01.html"> Rozdział pierwszy | Rozdział drugi | Rozdział trzeci | Rozdział czwarty | Rozdział piąty
Mółwi Łan

Vendetta

Rozdział IV: Pamięci Nappy: powrót z zaświatów.

Retrospekcja:
  Walka o przyszłość "Naszego Świata" trwa. Hałasu popełnił samobójstwo dla sprawy, niestety nadaremnie. Heroicznie polegli Tamtenham oraz Pijkole, który poświęcił się, by ratować Gokarta. Na placu boju pozostał już tylko Koalan. Gokurde nadal jest nieobecny (duchem).

  - O nie! To już koniec! - zawołał Koalan patrząc na pustą buteleczkę, którą trzymał w dłoni. - Skończyło się! - Bezskutecznie próbował wydobyć jeszcze choćby kroplę. - Bez tego nie skończę mojego super-zabójczego K.I.E.N.Z.A.N.a (Koalański Intensywnie Energetyczny Niezwykle Zabójczy Alkoholowy Napój).
  - Straszne! - ironicznie zauważył niższy z mężczyzn.
  - Te, a kto nam powie jak zrobić "Dragon Bols"? - zapytał nagle Ka-Nappa.
  - Nie martw się. Widzisz tego zielonego? Tak wyglądają tylko bywalcy tej knajpy dla pedałów, "Namek".
  - "Namek"?
  - Tak. Kiedyś nazywała się "Zamek", ale litery szyldu były poprzybijane na gwoździach, "Z" przekręciła się i teraz wygląda jak "N". No i wszyscy mówią "Namek". Straszna speluna, swoją drogą. Od ostatniej rozróby jeszcze się nie pozbierali. Wtedy pewnie ten tu się stamtąd wyniósł. - Wskazał na wciąż puszczającego uszami dym Pijkole.
  - Aha - stwierdził tępo Ka-Nappa, który zgubił się już przy słowie "kiedyś".
  Koalan tymczasem darował sobie dokańczanie K.I.E.N.Z.A.N.A., bo zauważył, że Gokart majstruje coś przy jego buteleczkach. Nieruchomy wyraz twarzy dzieciaka nie zmienił się ani na jotę, ale w jego oczach widać było cichą determinację. Mały drań z zainteresowaniem popatrzył na stworzony w krótką chwilę napój, miał on niezdrowy, zgniłopomarańczowy kolor, poza tym był niezwykle gęsty, coś jak roztopione masło. Gokart chyba skończył, gdyż podsunął parującą szklankę Ka-Nappie. Najeźdźcy właśnie skończyli rozmowę. Olbrzym spojrzał sceptycznie na podane mu naczynie, a następnie niewiele myśląc skonsumował jego zawartość. Po chwili opanowały go ostre drgawki i wywinął orła. Na twarz Koalana wstąpiła radość. Błyskawicznie jednak zgasła, gdy Ka-Nappa wstał, oparł się o stolik i beknął głośno. Niższy z mężczyzn pokręcił głową.
  - Nieźle, ale to nie wystarczy, jeśli to "Masełko" to była wasza najsilniejsza wóda, to trzeba było zacząć od tego i mieć już dawno spokój z tym konkursem picia - powiedział, bijąc rekord użycia słowa "to" w jednym zdaniu. - Teraz przechodzimy do naparzanki.
  Koalan był naprawdę przerażony. "Co robić?" - myślał. Nagle usłyszał znajomy głos.
  - Uuuu... Aaaa... Oooo... - jęczał głos. Tknięty przeczuciem i nadzieją Koalan spojrzał pod ścianę, gdzie leżał Gokurde. Przyjaciel dawał znaki życia. Nagle, ni z tego, ni z owego, poderwał się na nogi. Nie wyglądał jednak normalnie (w sensie: jak zwykle). W jego oczach można było dostrzec niezdrowy błysk szaleństwa.
  Nawet najeźdźcy zainteresowali się nagłym "zmartwychwstaniem" naszego bohatera. Tymczasem Gokurde wyciągnął ręce w kierunku nieba, a właściwie sufitu.
  - Zaiste powiadam wam, oczy me otworzyły się i ujrzałem Pana. Odwiedziłem królestwo niebieskie, ale pozwolono mi stamtąd wrócić, bym opowiedzieć mógł o jego wspaniałościach.
  - Ten Tatarakko to jakiś psychol? - zapytał niższy najeźdźca.
  - Stałem przed obliczem Boga, a On oświecił mnie, gdyż błądziłem w swoim życiu.
  "Chyba przegiął z wódą, kompletnie ześwirował" - pomyślał Koalan.
  - Ukazano mi wspaniałości niebiańskie, niewyobrażalne dla śmiertelnych! - kontynuował Gokurde z wzrokiem utkwionym w suficie, całkowicie olewając to czy ktoś go słucha. - Ale wróciłem, by poprowadzić innych ścieżką światła!
  - Dość tego, przejmujemy ten bar! - krzyknął niższy Sukinsyn. Zwrócił tym uwagę Gokurde, który natychmiast podszedł do "pola walki". Rozejrzał się dostrzegając leżących w bezruchu Janczara, Hałasu, Temtegohama i Pijkole.
  - Jesteście wysłannikami Szatana - zwrócił się do Ka-Nappy i jego towarzysza. - Ukarzę was w imię Najwyższego.
  - Gokurde, dzięki Bogu jesteś. - Koalan prawie się wzruszył, ale był przecież draniem, więc do pełnego wzruszenia nie doszło.
  - Dokładnie dzięki niemu - potwierdził Gokurde. - Cóż tu się stało, zapytuję was?
  - Widzisz, próbujemy obronić "Nasz Świat" przed najeźdźcami z "Kosmosu". Nie pamiętasz? Ja i twój syn gonimy już resztka sił.
  - A, tak, już sobie przypominam. - Gokurde kiwnął głową. - Na szczęście mam jeszcze kilka magicznych pastylek od Cichego Kevina spod sklepu spożywczego. - Podał Koalanowi i Gokartowi po małej tabletce. - Leczą wszelkie rany ciała i ducha!
  - Świetnie! - ucieszył się Koalan. - Dzięki.
  Gokart bez namysłu połknął swoją tabletkę, Koalan po chwili zrobił to samo.
  - Co jest? Chcesz się z nami bić? - zapytał Ka-Nappa.
  - Ochronię "Nasz Świat" przed złem wcielonym w postaci waszej, a wspomoże mnie w tym walki technika boska, w królestwie niebieskim poznana przeze mnie!
  "Wyczepiście, miał metylowe halucynacje. No to mamy prze... ...kopane" - pomyślał Koalan.
  - Co to za technika? - sceptycznie zapytał niższy najeźdźca.
  - Uszy wasze niegodne są poznać jej nazwę!
  - Dobra, mam dość... Załatw go Ka-Nappa!
  - Łołkej! - Olbrzym wielką niczym bochen pięścią zamachnął się na Gokurde, który zwinnie wywinął się spod ciosu i skontrował bolesnym kopniakiem w kostkę. Ka-Nappa odruchowo poderwał nogę i chwycił za bolące miejsce, nieświadom faktu iż jego ogromna masa potrzebuje dwóch punktów oparcia, by przeciwstawić się sile grawitacji. Po sekundzie glebnął o podłogę. Pozbieranie się zajęło mu dobrą chwilę.
  - Khhrrrvvv - zawarczał wściekle, chcąc ponownie rzucić się na herosa "Naszego Świata". Powstrzymał go ostry głos towarzysza.
  - Stój, idioto! Pomyśl chwilę zanim dasz się pobić jak Gołota Tysonowi!
  Ka-Nappa pomyślał chwilę, ale zbyt krótko, by zdążyć choćby uruchomić system operacyjny w mózgu. Na nic nie wpadł, więc chwycił bejzbola i ponownie ruszył w kierunku Gokurde. Nasz heros, nie tracąc zimnej krwi, doskoczył do kontuaru i chwycił leżące tam pudełko z napisem "jaja kurze - tuzin".
  - Jajo-Ken! - krzyknął Gokurde, rzucając jajkiem w kierunku Ka-Nappy. Pocisk z niezwykłą precyzją uderzył w podłogę dokładnie w miejscu na którym olbrzymi miłośnik bejzbola właśnie miał postawić stopę. Z powodu nagłego zmniejszenia wartości współczynnika tarcia w tym miejscu, a także dość sporego współczynnika inercji Ka-Nappy, miało to ciekawy skutek. Olbrzym poślizgnął się, robiąc w powietrzu efektowne salto, następnie uderzył tyłem głowy o blat najbliższego stołu, spadł na podłogę i już tak został. Niższy z mężczyzn podszedł do niego i popatrzył z politowaniem.
  - Pomóż mi... Vendetta - jęknął Ka-Nappa, zdradzając nam wreszcie imię drugiego najeźdźcy - Pomóż.
  - Jesteś żałosną namiastką Sukinsyna - stwierdził zdegustowany Vendetta. - Dałeś się pokonać takiemu leszczowi. Zawiodłem się na tobie. Nie spełniłeś moich oczekiwań. Czuję się rozczarowany. Spodziewałem się trochę więcej. Nie dorosłeś do swego wizerunku... - I tak dalej, i tak dalej. Niczym nauczyciel w szkole Vendetta w kółko mówił to samo, powodując u swego słuchacza powolną śmierć. Gokurde był przerażony, jak można było być tak okrutnym?
  - Wow! Te kolory... - rzucił trochę nieprzytomnie Koalan. Magiczne pastylki najwyraźniej zaczęły działać, Gokart i on całkowicie "odlecieli" z pola walki.
  - Wygląda na to, Vendetto, że odnośnie losów "Naszego Świata" pojedynkować się z tobą będę musiał - stwierdził Gokurde.
  - Raczej tak. Znajdźmy jakieś spokojne miejsce.
  Przeciwnicy wyszli na środek baru. I zaczęli przygotowania do walki, czyli stali i patrzyli na siebie nawzajem.
  - Ostrzegam, mnie tak łatwo nie zrobisz w jajo - ostrzegł Vendetta.
  - Zobaczymy.
  Bez dalszych ostrzeżeń niski najeźdźca błyskawicznie ruszył w kierunku Gokurde.
  - Niespodzianka! - ryknął ten ostatni. - Jajo-Ken razy dwa!
  Wyjątkowo celnie rzucone jajko trafiło Vendettę prosto w oczy całkowicie go oślepiając, drugie wpadło mu pod nogi.

  ***ŁUP***

  Najeźdźca wywinął popisowego orła. Przez chwilę leżał na podłodze, starając się ogarnąć sytuację. Wstał, ścierając resztki jajka z twarzy.
  - Sukinsyn! - mruknął. - Mogłem się tego spodziewać. - Sprytnie, ale drugi raz nie dam się nabrać - wycedził przez zęby. - Zrobię unik.
  - Oczywiście - uśmiechnął się Gokurde. - Wiem o tym.
  Vendetta ponownie ruszył do przodu. Gokurde chwycił jajko i rzucił w kierunku jakiegoś stolika. Niski najeźdźca, zdezorientowany, popatrzył w tamtą stronę i w tym momencie drugie jajko rozbiło mu się o twarz, wytrącając z równowagi. Vendetta usilnie starał się nie ruszać, ale odruchowo zrobił dwa kroki, wtedy klęski dopełniła trzecia sztuka nabiału, która z niewyjaśnionych przyczyn znalazła się dokładnie pod podeszwą buta najeźdźcy z "Kosmosu", w czasie gdy stawiał stopę na podłodze.

  ***ŁUP***

  Tym razem niski najeźdźca podniósł się po dłuższej chwili. Obtarł twarz.
  - Co to było? Jajo-Ken razy trzy?
  - Dokładnie.
  - Dość tego, więcej mnie na to nie złapiesz!
  - Tak myślę.
  - Zmusiłeś mnie do ostateczności, choć chciałem ci jej oszczędzić! Muszę użyć mojej najsilniejszej broni.
  Vendetta sięgnął za plecy i nie wiadomo skąd wyciągnął stary radziecki aparat fotograficzny marki "Fied". Podniósł go do twarzy.
  - Nie! Nie zrobisz tego! - krzyknął Gokurde.
  - Koniec z tym! Fieda Flesz!!!
  Vendetta nacisnął spust aparatu. Potężna fala światła wydobyła się z zamontowanej przy aparacie sowieckiej lampy błyskowej. Gokurde w żaden sposób nie zdołał zareagować. Został całkowicie oślepiony. Próbował jeszcze czegoś się złapać, ale skończyło się to tylko potknięciem o nogę Vendetty, która w wyniku niesamowitego zbiegu okoliczności znalazła się na jego drodze.

  ***ŁUP***

  Gokurde z trudem podniósł się. Przez chwilę próbował utrzymać równowagę trzymając się za głowę. Dopiero po dłuższym czasie stwierdził, że jest w stanie dostrzec swego przeciwnika.
  - Zaskoczony zostałem w tej chwili, przyznać muszę - powiedział w końcu.
  - Ty mnie też. Nie sądziłem, że się podniesiesz - drwiący uśmieszek nie schodził z warg Vendetty.
  - Kolej moja teraz - stwierdził Gokurde, sięgając po swoje pudełko jajek. Niestety dwa się potłukły i zostały tylko cztery. "Wystarczy" - pomyślał z ulgą.
  - Teraz już ci nie pomogą te jajka - stwierdził Vendetta. - Zbyt wiele razy tego używałeś, rozpracowałem tę technikę.
  Gokurde tylko się uśmiechnął, co nieco wkurzyło Vendettę.
  "Nie tym razem" - pomyślał. - "Zaprę się i nic mnie z miejsca nie ruszy!".
  Jak pomyślał tak zrobił.
  - Także i ja swój najpotężniejszy atak wykorzystam - stwierdził Gokurde, po czym rozpoczął koncentrację. - Jajo-Ken razy cztery! - wykrzyknął, zaczynając żonglować czterema pozostałymi jajkami. Vendetta bacznie się temu przypatrywał, nadal twardo stojąc się w miejscu.
  Nagle Gokurde porzucił jajka, które po prostu rozbiły się o podłogę.
  "Nic z tego, tym razem mnie nie nabierze!" - pomyślał Vendetta. - "Coś knuje, ale co?".
  Kiedy wreszcie zorientował się w zamiarach Gokurde, było już za późno, nie zdążył wykonać uniku.
  Sekundę wcześniej, niewiadomym sposobem, w rękach Goku znalazł się odkręcony termos, jego zawartość wyraźnie parowała.
  - KA...
  - WA...
  - NA...
  - MA...
  - CHĘ...
  - CHA...
  - MA!
  Mówiąc to Gokurde jednocześnie chlusnął zawartością termosu w miejsce, w którym powinna znajdować się twarz Vendetty. Jak już wspomniano, najeźdźca nie zdołał tego ataku uniknąć. Niedawno jeszcze wrząca kawa oblała mu całą facjatę, więc zawył nieludzko i zaczął wściekle miotać się po barze. Pech chciał, że poślizgnął się na jednym z jajek przed chwilą upuszczonych przez Gokurde.

  ***ŁUP***

Koniec rozdziału czwartego.


-> Wstęp <- | Rozdział trzeci <- | -> Rozdział piąty

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.