01.html">Rozdział pierwszy | Rozdział drugi | Rozdział trzeci | Rozdział czwarty | Rozdział piąty
Mółwi Łan

Część pierwsza: Vendetta

Rozdział I - Pamięci Raditza: pierwsze starcie.

  Był piękny, letni... a może zimowy - cholera wie - dzień (lub noc). Gokurde przebywał w barze "Nasz Świat", gdzie wraz z przyjaciółmi oblewał właśnie czwarte urodziny swego syna Gokarta. W obrocie była już któraś z kolei butelka i wszyscy świetnie się bawili. Sam jubilat, czyli Gokart, siedział nieruchomo pod ścianą, niezbyt zorientowany w tym co się dzieje i nikt za bardzo nie zwracał na niego uwagi. W pewnym momencie, stylizowane na westernowy saloon drzwi do baru otwarły się i przeszedł przez nie wysoki, długowłosy osobnik w długiej czarnej szacie i z monoklem w lewym oku. Od razu skierował się do stolika Gokurde i jego przyjaciół.
  - Tatarakko - zwrócił się do Gokurde - załatwiłeś już tę knajpę?
  - Co-o? - spytał nieco nieprzytomny Gokurde. - Jaki, kurde, Ra-rakko? O co chodzi?
  - Miałeś przejąć ten bar, nie? Zrobiłeś to?
  - Ki-kim ty, kurde, jesteś? - Gokurde rozpaczliwie próbował rozpoznać nieznajomego.
  - Jestem Rabin, twój brat, z "Kosmosu".
  - Eee? - zainteresował się długowłosy Janczar, podnosząc głowę ze stolika.
  - No wiesz, z tego baru, za rogiem - przypomniał Koalan, łysy kurdupel ze złamanym nosem.
  - Aa - zainteresowanie Janczara odeszło tak nagle, jak się pojawiło, a jego głowa znów opadła.
  Siedzący obok Tamtenham rozejrzał się wokół wzrokiem pytającym "gdzie ja jestem i co tu robię?" a następnie rzekł:
  - Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy... - zaczął, przerywając jednak dość szybko, by puścić pawia pod stolik. Deklamacji nie wznowił.
  - Że jak? - spytał Rabin, nieco zdezorientowany.
  - Nie zwracaj na niego uwagi, zawsze tak gada kiedy jest pijany - wyjaśnił Koalan.
  Gokurde tymczasem próbował przetrawić informacje, które wyjawił mu nowoodkryty brat. Nie szło to nienajlepiej, gdyż wysiłek umysłowy nie należał do jego ulubionych. Poza tym, Gokurde miał pewne luki dziurę w pamięci, mianowicie - nie pamiętał nic co działo się przed jego przyjściem do knajpy i bardzo niewiele z tego co działo się potem.
  - Nie, kurde, nie znam cię... - wyjąkał po dłuższej chwili.
  - Co oni ci tu podali? - zapytał Rabin. - Dobra, masz czas do jutra, a tymczasem zabieram twojego syna.
  - Co?! - Gokurde wkurzył się, wstał potrącając stolik. - Mojego syna? Ty przeklęty, kurde, porywaczu!!
  Rabin próbował wyjaśnić:
  - Posłuchaj, jestem twoim bratem, nie? Zabiorę go do domu, twoja żona na pewno się martwi.
  Jego słowa dotarły co prawda do uszu młodszego brata, ale później, w drodze do mózgu napotkały silny opór cząsteczek C2H5OH.
  - Nie dostaniesz, kurde, mojego, kurde, syna! - ryknął. - Po moim, kurde, trupie!!
  - To nie jest odpowiednie miejsce i towarzystwo dla niego - Rabin wskazał na "towarzystwo", które faktycznie nie przedstawiało ciekawego widoku. - A ty jesteś nieodpowiedzialnym ojcem. Jeśli będę musiał, zabiorę go siłą, dla jego własnego dobra.
  - Jeszcze mi, kurde, grozi! - krzyknął Gokurde. - Kamyk! Mogę mu, kurde, dokopać? - zwrócił się do właściciela baru "Nasz Świat", bardzo miłego łysego staruszka o lekko zielonkawym zabarwieniu cery. Kamyk wzruszył ramionami, było mu to równie obojętne jak urządzony tu kilka dni wcześniej konkurs picia spirytusu.
  Rabin poprawił monokl.
  - Ostrzegam cię... może i jesteś Sukinsynem jak ja, ale jestem od ciebie silniejszy, nie wygrasz - stwierdził Rabin, rozkładając ręce. - Znam karate, kung-fu, taekwondo i z pięć innych japońskich słów! Pewnie twardszy niż ci goście tutaj - ponownie wskazał "towarzystwo" - ale do mnie dużo ci brakuje.
  Gokurde zatrzymał się. Przez tę jedną w życiu chwilę, ten jeden jedyny raz w jego umyśle coś zaskoczyło, mianowicie POMYŚLAŁ, że Rabin może mieć rację. Rozejrzał się dookoła.
  - Kto mi, kurde, pomoże? - zapytał, zwracając się w kierunku stolika, gdzie siedzieli jego przyjaciele.
  - Uueeee... - odpowiedział Janczar, nie zmieniając pozycji, czyli ciągle leżąc na stole.
  - Jeszcze nigdy, tak wielu, nie zawdzięczało tak wiele, tak niewielu - rozsądnie stwierdził Tamtenham, po czym znów puścił pawia pod stolik.
  - Ja muszę do WC! - wymigał się Koalan.
  Hałasu nic nie odpowiedział, tylko schylił głowę mając nadzieję, że Gokurde w tym stanie go nie dostrzeże. Zadziałało. Gokart tymczasem nadal siedział, bez celu wpatrując się w dal i kompletnie ignorując to co się wokół niego dzieje.
  - Nikt mi nie pomoże, kurde? - zapytał Gokurde, tracąc pewność siebie.
  - Ja ci pomogę... - do uszu Gokurde doszedł słaby bełkot.
  - Kto to mówi? - Gokurde rozejrzał się, ale nikogo nie zobaczył.
  - To ja mówię - stwierdził bełkot, a jego właściciel zaczął wyłaniać się spod jednego ze stolików. Był wysoki, chudy i wydawał się mocno "wytrenowany". Tak bardzo, że jego skóra przybrała zielonkawy odcień, w czym przypominał właściciela baru, Kamyka, wiecznie nabuzowanego "Veeborovą".
  - A ty, kurde, kim jesteś? - zaciekawił się Gokurde. Jego potencjalny sprzymierzeniec był chudy i wątły, i raczej nie wyglądał na mocarza.
  - To ja, Pijkole - powiedział tamten, poprawiając założoną tył na przód czapkę z daszkiem. - Nie poznajesz mnie?
  Po raz trzeci tego dnia Gokurde wysilił swój umysł w poszukiwaniu ukrytych tam przeszłych faktów. Bezskutecznie. Pijkole pozostał równie nieznajomy jak domniemany brat - Rabin.
  Zielonoskóry, widząc że Gokurde nie odpowiada, próbował go naprowadzić:
  - Nie pamiętasz? Braliśmy wczoraj udział w finale turnieju picia spirytusu.
  "To ja tu, kurde, byłem wczoraj?" - zapytał samego siebie Gokurde w myślach, ale nie otrzymał odpowiedzi. - "Konkurs picia spirytusu? Cholera, to by wyjaśniało dlaczego Gokart tak dziwnie siedzi, jesteśmy tu od... sam nie wiem kiedy".
  - A tak, oczywiście, kurde - odezwał się w końcu Gokurde, postanawiając robić dobrą minę do złej gry. - Konkurs, oczywiście. Kurde. No nic, bierzemy się za niego.
  - Napijmy się najpierw - zaproponował Pijkole, mrugając do Gokurde.
  - Ja nie piję - zaprotestował Rabin, był w końcu w pracy... no, w pewnym sensie.
  - Z bratem się, kurde, nie napijesz?! - Gokurde zapytał z wyrzutem.
  - A, jak z bratem, to chyba mogę... - stwierdził Rabin, trochę niepewnie.
  Pijkole wyciągnął skądś piersiówkę i nalał Rabinowi pełny kieliszek. Płyn dziwnie dymił i niezbyt przyjemnie pachniał.
  - Co to jest? - podejrzliwie zapytał brat Gokurde.
  - To moja własna receptura, nazwałem ją Metylosappo, inaczej Szatański Drink. Pij na zdrowie.
  - A dlaczego wy nie pijecie? Odmawiam, to może być trujące...
  - Ee tam, od razu trujące! - obruszył się Gokurde. - Pijkole, nalej mnie też. - Zielonoskóry posłusznie spełnił prośbę. - Pijemy na trzy. Raz. Dwa. Trzy.
  Bracia wychylili kieliszki. Przez jakiś czas nic się nie działo, ale po chwili obaj padli na ziemię i zaczęli zwijać się w konwulsjach.
  - Ty, zielony! - Koalan, który wrócił już z WC, zwrócił się do Pijkole. - To chyba nie był metyl?
  - Nieeeee... - ściemnił Piccolo. - Nie tylko - dodał cicho pod nosem.
  - Co? - Kolan nie dosłyszał.
  - To specjalna receptura. Zabójcza. Nie wiedziałem, że Gokurde też się napije, myślałem, że tylko się zgrywa...
  - I co teraz?
  Pijkole wzruszył ramionami. Rabin usilnie starał się coś powiedzieć
  - To... wam... nie... ujdzie... na... sucho... - wycharczał. - Moi przyjaciele przyjdą mnie pomścić, oni są o wiele silniejsi.
  - Kiedy... kiedy to się stanie? - z trudem zapytał Gokurde.
  - Jak... wytrzeźwieją... za... dwa... dni... - To były ostatnie słowa Rabina.
  - Kurde - powiedział Gokurde i także padł.
  Pijkole pobierznie zbadał puls obu braci, przy okazji sprawdzając też zawartość portfeli, następnie zwrócił się do Kamyka.
  - Rabina możesz zakopać na zapleczu, Gokurde żyje - uśmiechnął się. - Jest twardy. Wiedziałem, że picie czegoś takiego mu nie zaszkodzi.
  - Naprawdę, żyje? - Koalan wzruszyłby się, gdyby nie był takim draniem jakim jest.
  - Znam recepturę na "Dragon Bols". Napije się i w góra trzy dni stanie na nogi.
  - Trzy dni? To za późno! Oni tu przybędą za dwa.
  - Musimy się na to przygotować! - Zadecydował Pijkole. - Nie możemy im pozwolić przejąć "Naszego Świata". - Sam miał chrapkę na ten najbardziej dochodowy bar w mieście. - Kiedy twoi eee... przyjaciele - tu Pijkole spojrzał na Janczara, Tamtegohama i Hałasa - obudzą się, opowiedz im co się stało. Ja będę trenował razem z małym Gokartem.
  Koalan spojrzał na Gokarta-roślinę, potem, nieco spod oka, na Pijkole, a następnie powiedział:
  - Jak chcesz, tylko nie dawaj mu metylu.

  Było południe. Drużyna wojowników z "Naszego Świata" siedziała przy stoliku na którym stały cztery otwarte piwa. Wszyscy byli umiarkowanie trzeźwi (jako że osiągnięcie całkowitej trzeźwości było w ich stanie niemożliwe). Pierwszy odezwał się Janczar.
  - A więc mówisz, Koalan, że ci z "Kosmosu" chcą przejąć "Nasz Świat".
  Koalan w milczeniu potwierdził skinięciem głowy.
  - Mówisz, że przybędą tu pojutrze.
  - Mhm.
  - I że to twardziele.
  - Tak, sam widziałeś tego Rabina, kiedy pomagałeś go zakopywać. Kupa mięśni. A tamci są podobno jeszcze silniejsi.
  - Mówisz, że Gokurde obudzi się kiedy?
  - Dostał już "soczek otrzeźwiający" Dragon Bols od tego Pijkole, więc lada chwila, ale pewnie nie wcześniej niż pojutrze.
  Zapanowało ponure milczenie. Przerwał je Koalan.
  - Spójrzmy prawdzie w oczy, nie mamy szans!
  Wszyscy pokiwali głowami na znak, że zgadzają się z tym stwierdzeniem.
  - W takim razie nie ma sensu tak siedzieć i się martwić.
  - A co proponujesz? - zapytał Hałasu.
  - Kamyk, daj no tu dwie butelki... albo lepiej od razu trzy.

  Pijkole i Gokart starali się trenować. Polegało to na tym, że zielonoskóry próbował zmusić młodego do jakiekolwiek ruchu. Wyniki były marne, więc zrezygnowany Pijkole poszedł się wysikać. Kiedy wrócił, zobaczył Gokarta przyssanego do butelki Metylosappo.
  - Nie! - krzyknął Pijkole, wyrywając piersiówkę chłopcu. - Chcesz zginąć? - Zielonoskóry potrząsnął lekko butelką przekonując się, że na dnie zostało kilka nędznych kropel. Gokart, oderwany od alkoholu, znowu zapadł w typowy dla siebie, katatoniczny stan. Pijkole bacznie się mu przyjrzał spodziewając się normalnych po piciu Metylosappo efektów - drgawek i śpiączki, lub śmierci, ale nic takiego się nie stało. Pijkole podrapał się po głowie, a po chwili jego oczy zalśniły diabelsko.
  - Hm, chyba mam pomysł, jak ich pokonać.
  Z zaplecza "Naszego Świata" dał się słyszeć demoniczny śmiech. Żaden z bywalców lokalu nie zwrócił na niego uwagi.

  Ulicami miasta, powoli i majestatycznie, z potwornym warkotem sunęły dwa motocykle marki Harley Davidson. Absolutnie nikt nie śmiał ich zatrzymać, gdyż prowadzone były przez dwóch osiłków ze znanego w całym mieście gangu o obrazowej nazwie "Sukinsyny", z nimi po prostu się nie zadzierało. Mieli upodobanie do odwiedzania coraz to nowych alkoholowych lokalów i systematycznego demolowania każdego z nich. Każdy z właścicieli knajp mijanych tego dnia przez dwa motocykle dziękował niebiosom, kiedy maszyny znikały mu z oczu, nie zatrzymując się. Oznaczało to, że jeszcze tego dnia nie będzie musiał zamykać interesu.
  Nie były to zresztą byle jakie Sukinsyny - ci dwaj uchodzili za najtwardszych w mieście i to nie tylko dlatego, że byli ostatnimi z bandy, którzy jeszcze żyli.
  - Dokąd właściwie jedziemy?! - przekrzykując ryk obu silników, zapytał jeden z nich, wielki i łysy dryblas z przytroczonym do motocykla sporym kijem bejzbolowym.
  - Mówiłem ci, do "Naszego Świata"! - odparł ten drugi, niski, z postawionymi na żel czarnymi włosami i z czarnymi skórzanymi rękawicami na dłoniach.
  - Naszego?! - upewnił się dryblas.
  - Nie, ich!
  - Ale mówiłeś, że naszego! - zauważył błyskotliwie duży.
  - Tak się ten ich bar nazywa, "Nasz Świat"! - Jego towarzysz wykazał ogromną cierpliwość, widać był już przyzwyczajony do poziomu intelektualnego partnera.
  - Aha - wyższy zrobił zbolałą minę, zupełnie jakby próbował myśleć, w co jednak trudno było uwierzyć, nawet przy dużej ilości dobrej woli. - Wiesz cooo...
  - Co!? - zapytał niższy, już odrobinę poirytowany.
  - Po co my tam idziemy?!
  - Bo wykończyli Rabina! Musimy go pomścić, a przy okazji przejąć ten bar!
  - Aha. Wiesz co...
  - Co!?!?! - zapytał niższy, coraz bardziej wkurzony.
  - Napiłbym się czegoś!
  - Napijesz się na miejscu!! Oni tam znają przepis na najlepszą wódę... Dragon Bols... Niebo w gębie, i ponoć dokonuje cudów! Jeśli uda się nam dorwać choć butelkę, albo dwie to będziemy właściwie nieśmiertelni! I bogaci!!!
  Wyższy uśmiechnął się debilnie, to mu się zdecydowanie podobało.
  Motocykle nieubłaganie mknęły w kierunku "Naszego Świata".

Koniec rozdziału pierwszego.


Wstęp <- | -> Rozdział drugi

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.