Dragon Ball AZ logo by Gemi

Gehenna

Część druga: Migoczący płomień

014 | 015 | 016 | 017 | 018 | 019 | 020 | 021 | 022 | 023 | 024 | 025
026: Breakthrough Special #1

Rozdział XXV - Zaciskanie pętli

  Neosaiyański Legion Vegety nie był szczególnie sformalizowaną organizacją, więc wystarczała mu jedna większa siedziba położona w pobliżu najludniejszego z miast Wolnej Strefy - Arkadii. Zwykle stacjonowała tu nie więcej niż jedna piąta ogólnego stanu osobowego oddziału. Większość wojowników operowała w terenie, trenowała lub oddawała się prostym rozrywkom ciała i duszy w którymś z okolicznych lokali serwujących napoje alkoholowe.
  Tego ranka Lettusowi i Celery, którzy mieszkali w kwaterze głównej, towarzyszyło zaledwie kilkunastu Saiyanów o mniejszym lub większym stażu w Legionie i tak samo różnym poziomie mocy. Mimo to dowódca NLV czuł się bezpiecznie - miał pewność, że król Gebacca nie wyśle oddziału eksterminatorów, by szybkim atakiem pozbawić opozycyjną organizację dowódcy. On sam by tak zrobił, ale stary monarcha uważał się za dobrego i sprawiedliwego - coś takiego zwyczajnie nie było w jego stylu. Dlatego właśnie Lettus nie cenił władcy szczególnie wysoko, określając go najłagodniej jako "starego pierdziela".
  Ale lider Legionu nie wykazywał teraz swego zwyczajowego dobrego humoru. Dwadzieścia cztery godziny wcześniej jego ludzie próbowali zabić syna króla. Dwóch zginęło na miejscu, pozostałych złapano, aresztowano, osądzono, skazano i ułaskawiono - wszystko w kilka godzin.
  Wymiar sprawiedliwości Nowej Plant potrafił działać bardzo szybko, gdy władzom na tym zależało.
  Gra Gebakki była oczywista - liczył, że tamci zdradzą się ze swymi powiązaniami z Legionem. Dość cwane posunięcie, które jednak Lettus przewidział. Za to nie przewidział tego, co właśnie oglądał na ekranie. Sensacyjne nagranie krążyło po całej planecie, na wszystkich kanałach informacyjnych - widać na nim było jak trójka niedoszłych zamachowców zostaje wymordowana przez grupę Legionistów.
  Fabrykowanie dowodów. Coś nowego, zaskakującego. Lider Neosaiyanów pokiwałby głową z uznaniem, gdyby nie świadomość ile ta zagrywka może go kosztować. Czyżby nie docenił przeciwnika? Naprawdę nie oczekiwał, że stary pierdziel mógłby wpaść na coś podobnego. Niełatwo będzie się z tego wygrzebać.
  Ale to i lepiej, nareszcie jakieś wyzwanie - pomyślał. Zastanawiało go, czemu Saladinowi aż tak zależy na śmierci księcia. Niby faktycznie, dziedzic tronu mógł im przeszkodzić w długofalowych planach, ale przecież mogli się go pozbyć znacznie później.
  Zbyt wiele jednak Lettus zawdzięczał Saladinowi, by sprzeciwiać się, gdy tamten czegoś żądał.
  Chwilę rozmyślań przerwało piknięcie skautera oznaczające, że ktoś próbuje nawiązać połączenie. Co się dzieje? - pomyślał zirytowany Saiyan. Ostrzegał przecież, że jest zajęty. Zwykle, gdy tak mówił, podwładni rozumieli, że nie należy mu przeszkadzać.
  - O co chodzi?
  - Przepraszam, dowódco, ale... - usłyszał zdenerwowany głos jednego z wojowników - jest tu ktoś do ciebie.
  - Nie mam czasu.
  - Chyba nie przyjmą odmowy... Hej, nie możecie..!
  Drzwi do gabinetu wygięły się i z chrzęstem wypadły z futryny. Lettus odłożył skauter i, lekko unosząc brwi, objął wchodzących wzrokiem.
  Na planecie ludzi zdolnych niszczyć góry, podobne uszkodzenia wnętrz budynków nie były niczym nadzwyczajnym. Drzwi stanowiły głównie barierę psychologiczną. Zamknięte oznaczały, że ktoś pragnie odosobnienia. Reguły przyzwoitości nakazywały to uszanować.
  Spodziewał się ujrzeć grupę swoich podwładnych, rozwścieczonych tym co zobaczyli w telewizji, ale nie. Do jego gabinetu wszedł dawno nie widziany przyjaciel.
  - Dashir? Co tu robisz?
  - To długa historia - odparł tamten, wskazując kciukiem za siebie, na ubranego w jasny strój jednorękiego mężczyznę o srebrnych, uformowanych w coś na kształt jeżozwierza, włosach. Ten zaś chwiejnym krokiem wkroczył do pomieszczenia, nieprzychylnie spoglądając przy tym na gospodarza.
  - Lettus, dowódca tak zwanego Legionu Vegety? - zapytał, zionąc z deka alkoholem.
  - Tak.
  - To twój szczęśliwy dzień. Masz na składzie coś z procentami?
  - Co?
  - Nie "co", tylko otwieraj butelkę!

  Amarant pokręcił głową z niedowierzaniem.
  - Ot tak, zabili własnych ludzi?
  - Też nie mogłem z początku uwierzyć, gdy Rufus mi powiedział - odparł Zidane. Szkoda, że kazaliśmy mu tylko obserwować. Gdyby złapał jednego z napastników...
  - Miałem go za inteligentniejszego, ale trudno - stwierdził Gebacca. - Jest większy problem. Chyba niedocenialiśmy NLV. Są niebezpieczni i najwyraźniej zdolni do wszystkiego.
  - Próba zamachu na mnie cię do tego nie przekonała? - zapytał książę.
  - Nie czepiaj się. - Król machnął ręką. - Pytanie, co możemy zrobić?
  - Jest kilka opcji.
  - Wolałbym uniknąć otwartego konfliktu.
  - Nie o tym myślałem. Kuuja kiedyś podsunął dobry pomysł. Gdyby wyzwać ich dowódcę na pojedynek i pokonać go na oczach jego ludzi...
  - Przeszło mi to przez myśl. Co proponujecie?
  - To nie może być Zidane, ani żaden inny Lanfan.
  - Zgadza się - przyznał Czerwony Gwardzista. - Powinniśmy wybrać kogoś, kto będzie walczył z pozycji równego, a jeszcze lepiej, słabszego. Tak, by Lettus był faworytem.
  - Ale też nie możemy wziąć pierwszego z brzegu ponadprzeciętnego żołnierza. To musi być ktoś szeroko rozpoznawalny...
  - Chyba widzę w którym kierunku to zmierza - stwierdził Gebacca - i wcale mi się to nie podoba. Nie pozwolę ci z nim walczyć.
  - Ja także jestem przeciw - poparł króla Zidane. - Przeszukajmy akta, na pewno znajdziemy kogoś odpowiedniego.
  - Nie - powiedział spokojnie Amarant. - Nikt inny. Z waszym pozwoleniem, czy bez, wyzwę go, pokonam i zabiję, jeśli będzie trzeba. - Przerwał, ale zmuszony pytającymi spojrzeniami rozmówców, podjął ucięty wątek: - Do wczoraj nigdy nikogo nie zabiłem. Po przemianie w Super-Saiyana wpadłem w amok i zanim się ocknąłem jeden z tamtych był martwy...
  - Nie możesz się obwiniać. Broniłeś siebie i Pan - stwierdził Lanfan.
  - Nie obwiniam się. Ale jego śmierć mnie otrzeźwiła. Pozostałych oszczędziłem, choć miałem wielką ochotę zrobić inaczej. A Lettus zabił ich, czy też rozkazał zabić. Z zimną krwią. Swoich własnych ludzi. Ktoś taki nie powinien chodzić po tym świecie. Ale zanim zginie, chcę mu spojrzeć w twarz i wyjaśnić dlaczego go zabiję. - Przerwał na moment. - Jutro mam zostać oficjalnie przyjęty do Czerwonej Gwardii. Wtedy publicznie rzucę mu wyzwanie. Nie będzie mógł odmówić.
  Król poskubał się w zadumie po brodzie, po czym zwrócił się do Zidane'a.
  - Amarant wygra? - zapytał.
  Gwardzista skrzywił się lekko.
  - Gdyby uważał, że przegra z kimś takim jak Lettus nie chciałbym go w CG. Sądzę, że bez problemu wygra z każdym Saiyanem. O ile tamten nie zastosuje któregoś z tych chemicznych dopalaczy. Wtedy szanse będą wyrównane.
  Gebacca skinął głową, położył dłoń na ramieniu syna i westchnął ciężko.
  - Jeśli jesteś pewien, że chcesz to zrobić, synu, to ci nie zabronię. Ale obiecaj, że nie dasz się zabić.
  - Nie dam, mam zbyt wiele do stracenia.

  Wyraz zdziwienia na twarzy Rufusa przemienił się w charakterystyczny dla niego, nieco upiorny uśmiech ukazujący nienaturalnie równą klawiaturkę zębów.
  - Kuuja, jakże miło cię widzieć. Wejdź, proszę. Chyba pierwszy raz jesteś w moim biurze?
  - Wzywałeś mnie. Po co? - zapytał prosto z mostu młodszy Lanfan, wchodząc do gabinetu.
  Wystrój pomieszczenia nieco go zaskoczył. Pokryte pastelowymi barwami ściany obwieszone były obrazami ilustrującymi chyba wszystkie epoki malarstwa Yasan-sei. Wzór na podłodze imitował usłaną kwiatami łąkę, a na suficie - niemalże bezchmurne niebo. Z niewidocznych głośników wydobywały się delikatne brzmienia którejś z klasycznych lanfańskich oper. Kuuja nie potrafił w żaden sposób określić której.
  Rufus wskazał mu krzesło, po czym sam usadowił się za masywnym biurkiem z brązowego drzewa.
  - Coś do picia? - zaproponował.
  - Nie. Przejdź do rzeczy.
  - Dobrze. Na pewno widziałeś już wiadomości - zaczął Gwardzista. - A że potrafisz dodawać dwa do dwóch...
  - Tak, domyśliłem się, że śmierć tamtych to wasza robota. Użyliście technologii kamuflażu, prawda?
  - I za to cię właśnie lubię Kuuja. Nie tylko sam trening i doskonalenie technik, ale też myślenie. Byłbyś świetnym nabytkiem do Gwardii. Szkoda, że zawsze odmawiałeś. No, ale rozumiem cię - pokiwał głową - przecież tylko ja ci proponowałem rekrutację. To nie to samo, co zostać poproszonym osobiście przez Zidane'a... Tyle, że on wybrał twojego przyjaciela, księcia. Ironia losu, prawda?
  Kuuji prawie udało się nie okazać jak bardzo wzburzyły go słowa Rufusa. Prawie, bo został ugodzony wyjątkowo celnie.
  - Sprowadziłeś mnie tutaj, by opowiadać o guście Zidane'a? - zapytał po chwili.
  - To istotne dla dalszej części naszej konwersacji - stwierdził z rozbawieniem starszy Lanfan, ale zaraz spoważniał, spoglądając na syna Garlanda swymi rybimi, pustymi oczami. - Dwa dni temu chciałeś śmierci księcia, coś się zmieniło w tym względzie?
  - Czemu pytasz? Nagrywasz rozmowę, że chcesz ode mnie wyciągnąć taką deklarację? A potem z pomocą kamuflażu zmienisz się we mnie i go zabijesz?
  Gwardzista ponownie się uśmiechnął.
  - Zawsze czujny. Za to właśnie cię lubię, Kuuja - powtórzył. - Wiem, że bez wzajemności, ale to nie szkodzi.
  - Powiedz no mi coś, Rufus. Mój ojciec już spisał mnie na straty, czy nie wie o tej rozmowie?
  - A jak myślisz? Przejdźmy do sedna. Nie będę ukrywał, że ja i Garland nie chcemy księcia w CG. Nie chcemy go tam tak bardzo, że bardziej się nie da. Okazało się, że na Lettusa i jego ludzi nie ma co liczyć, musimy się tym zająć sami.
  - No to macie problem. - Kuuja rozłożył bezradnie ręce.
  - To także twój problem.
  - Nie widzę w jaki sposób.
  - Nie powiesz mi, że nagle poczułeś przypływ pozytywnych uczuć względem Amaranta i już nie zamierzasz go zabić?
  - Wręcz przeciwnie - odpowiedział Kuuja. - Teraz właśnie zamierzam go zabić. Wczoraj uświadomiłem sobie, że nie jest kompletnym wymoczkiem, tylko godnym przeciwnikiem. Z przyjemnością zmierzę się z nim i pokonam. W swoim czasie.
  - Sugeruję, by ten swój czas nastąpił przed wstąpieniem księcia do oddziału. To pojutrze.
  - Wiesz, gdzie mam twoje sugestie..?
  - Mniej więcej się domyślam. Sądzę, że i tak mi powiesz, ale pozwól, że najpierw spróbuję cię przekonać.
  - Jasne - młodszy Lanfan rozłożył ręce - wysil się.
  - Na tej planecie szykują się zmiany. Pomagając nam upewniasz się, że w odpowiedniej chwili będziesz po właściwej stronie.
  - Jakoś nie czuję się przekonany.
  - Zabijemy dziewczynę.
  Kuuja zbladł, zacisnął zęby, poderwał z krzesła i... coś chwyciło go za gardło, unieruchamiając w żelaznym uścisku.
  - Nie tak szybko, chłopcze - usłyszał nad uchem głos Rufusa. Szarpnął się, zdezorientowany. Jakim cudem jest ich dwóch? - pomyślał. Tymczasem ten, z którym rozmawiał wyszedł zza biurka i dezaktywował holograficzny kamuflaż, ujawniając prawdziwą tożsamość. Młody Lanfan roześmiał się.
  - Mogłem się spodziewać, że Rufus nie wymyśliłby tego wszystkiego sam, tato.
  - Możemy liczyć na twoją pomoc? Zgódź się, to ani tobie, ani Pan włos nie spadnie z głowy.
  - Skąd wiecie, że nie pójdę prosto do króla?
  - A po co? Przyznać się do udziału w spisku na życie jego syna? Zastanów się, chcesz zabić księcia i my chcemy go zabić. Mamy wspólny cel, więc wspólnie go zrealizujmy. Wywabisz go z pałacu i zabijesz. My wtrącimy się tylko w ostateczności. Rufus będzie was obserwować, niewidzialny tak jak tu przed chwilą. Jeśli nie dasz sobie rady, wkroczy osobiście i posprząta.
  Kuuja ponownie spróbował zluzować chwyt Gwardzisty, ale nie miał szans. Nawet po przemianie w SLJ nie dorównywał Rufusowi siłą.
  - Zabiję go, a potem wy wykończycie mnie.
  Garland delikatnie położył dłoń na głowie syna, i kurczowo zacisnął palce na jego włosach, po czym powiedział coś, czego Kuuja w żadnym razie się nie spodziewał:
  - Wiedz, że nie zawahałbym się ani przez moment, gdyby nie fakt, że jesteś też jej synem.

  Tenks, z opróżnioną do połowy butelką w dłoni, drzemał na fotelu Lettusa. Nogi opierał o biurko, a z ust ciekła mu strużka śliny. Pochrapywał z cicha.
  Właściciel fotela, biurka oraz butelki obserwował to wszystko krytycznym wzrokiem.
  - Wybacz mój sceptycyzm - zwrócił się do Dashira - ale...
  - Wiem jak to wygląda. Nie daj się zwieść pozorom.
  - Nie chodzi nawet o pozory. To co mówisz jest po prostu nieprawdopodobne.
  - Widziałeś przemianę.
  Dopiero co wrócili z sali treningowej, gdzie lider Legionu miał okazję naocznie przekonać się czym jest Super-Saiyan drugiego stopnia.
  - Widziałem. Dlatego się waham i zastanawiam, a nie zwijam ze śmiechu.
  - Posłuchaj, nie wiem dla kogo Tenks pracuje, nawet zresztą nie chcę wiedzieć. Ale temu komuś zależy na tym, żeby wam pomóc. Co masz do stracenia?
  - Więcej niż sądzisz. Zresztą, nikt nie daje nic za darmo. Wszystkie długi trzeba kiedyś spłacić.
  Usłyszeli przyciszony rechot Tenksa. Srebrnowłosy otworzył jedno oko i przedramieniem otarł usta, przy okazji chlapiąc nieco z butelki.
  - W tym wypadku nikt też nie daje ci wyboru, Lewusie.
  - Mam na imię Lettus.
- Tobie też nie. - Tenks machnął ręką, znowu trochę rozlewając. - Przyszedłem tu, bo Dashir mówił, że da się z tobą dogadać. Ale jeśli się nie da, to... hehe. Hehehe. No, sam się domyślasz. - Golnął sobie porządnego łyka.
  - Czy to jest groźba? - zapytał dowóca NLV.
  Tenks, słysząc to, aż się zakrztusił wódką ze śmiechu.
  - Trochę za krótki jesteś żebym ci groził - powiedział, gdy się opanował. - To jest informacja o dwóch altena... altera... alerta... cholera.
  - Alternatywnych - podpowiedział Dashir.
  - Właśnie. O dwóch artelatywnych ciągach zdarzeń w przyszłości. Pomożemy ci i wszyscy będą zadowoleni, albo ci nie pomożemy i wszyscy będą niezadowoleni. No, to co powiesz?
  Lettus podszedł do niego i zmierzył wzrokiem czarnych, kontrastujących z bladością jego skóry oczu.
  - Zgoda, pod jednym warunkiem.
  Tenks rozłożył ręce w zapraszającym geście.
  - Cokolwiek zechcesz, kochanie.
  Lider NLV zdecydowanym ruchem odebrał mu butelkę i trzasnął nią srebrnowłosego w twarz, rozbijając na drobne kawałki.
  - Wyniesiesz się stąd w ciągu trzydziestu sekund. Żaden śmierdzący półkrwi Saiyan, nieważne jak silny, nie będzie profanował mojego legionu. Wypierdalaj. - Zaakcentował wypowiedź spluwając Tenksowi pod nogi.
  Dashirowi serce podskoczyło do gardła. Nie zemdlał tylko dlatego, że z wrażenia zapomniał jak.
  Tenks osłupiał, chwiejnym ruchem dłoni starł z twarzy mokre okruchy szkła i mgliście spojrzał na dowódcę NLV. Widać było, że to, co się wydarzyło dociera z do niego z opóźnieniem. Zmrużył oczy, w których pojawiły się niebezpieczne iskierki. Tego spojrzenia bały się i nienawidziły wszystkie Umierające Gwiazdy. Bo oznaczało, że szaleństwo srebrnowłosego zaraz eksploduje.
  Ale nie tym razem.
  Półsaiyan półprzytomnie machnął ręką, odepchnął Lettusa i niepewnym, ale zdecydowanym krokiem podszedł do Dashira.
  - Pomagaj, bo cię zabiję - powiedział, po czym wyszedł z biura.
  Zapanowało milczenie, przerwane dopiero po dłuższej chwili przez ucznia półsaiyana.
  - Ty chyba nigdy nie umrzesz - podsumował sytuację.
  - Dlaczego? - zapytał bladoskóry.
  - Bo jestem pewien, że już nigdy nie będziesz tak blisko śmierci jak przed chwilą.
  - Później o tym pogadamy. Teraz mi coś powiedz. Oficjalnie wciąż jesteś żołnierzem armii króla, prawda?
  - Hmm, no tak, a czemu?
  - Bo to znaczy, że pałacowe skanery DNA i inne zabezpieczenia uznają cię za swojego. A skoro tak, to mam dla ciebie zadanie...
  Dashir słuchał, a z każdym wypowiedzianym przez lidera Legionu zdaniem robił coraz większe oczy. Aż wreszcie po prostu je zamknął.
  Wizja spokoju w życiu oddalała się bardziej i bardziej. Ledwo już majaczyła, gdzieś na horyzoncie.

  Dwie godziny później, z duszą na ramieniu, przekraczał próg królewskiego pałacu w Bardock City. Strażnicy przy wejściu chyba uznali, że jest na kacu, gdy zasalutował drżącą ręką. Przyprowadzić księcia, przyprowadzić księcia, przyprowadzić księcia... Jak na bogów niby miał to zrobić? Wejść i zapytać go, czy nie wybrałby się odwiedzić dowódcy NLV? Owszem, Dashir uwierzył już w to, że jest najsilniejszym Saiyanem na planecie (nie licząc oczywiście Tenksa, który zresztą również zaprzątał mu nieco umysł, ciekawe dokąd poszedł?), ale przecież nie tylko Saiyanów miał potencjalnie przeciw sobie. Czerwona Gwardia w razie konfrontacji rozniesie go na strzępy w kilka chwil. A CeGiełek, jak ich potocznie nazywano, było tu przecież niemało.
  Nie wyobrażał sobie jak tego dokona i czuł się przez to trochę jak owca idąca na rzeź. Pieprzone życie, nigdy nie układało się tak jak chciał.

  Dashir nie był jedyną osobą opanowaną podobnie czarnymi myślami i nie jedyną, u której te myśli wywołane były osobą Amaranta.
  Kuuja odczekał przed drzwiami pokojów księcia dobre dwie minuty nim uspokoił się na tyle, by zapukać i wejść. Przez cały ten czas filmowała go kamera systemu bezpieczeństwa, ale nie musiał się bać, że ochrona zwróci uwagę na jego dziwne zachowanie. Rufus się tym zajął. Pewnie sam teraz siedział przed monitorem i obserwował co się dzieje.
  Apartament szarowłosego, swojego czasu zniszczony przez Pan, został odrestaurowany już dawno. Książę jednak rzadko tu przebywał. Jak większość Saiyanów źle czuł się w zamknięciu, co dało się zauważyć teraz, gdy miotał się od jednej ściany do drugiej niczym lew w klatce.
  - Kuuja! - ucieszył się na widok Lanfana. - Świetnie, że jesteś. Musisz mi pomóc.
  - W czym?
  - Od wczoraj nie mam kontaktu z Pan. Jej skauter został zniszczony, ja swój zgubiłem, a tu nikt nie ma kontaktu do Brussel.
  - Akurat nie mam skautera - skłamał Kuuja.
  - Cholera. Może pamiętasz numer? Muszę z nią chociaż przez chwilę porozmawiać. Straż pałacowa nie chce mnie wypuścić.
  Lanfan zawahał się, ale po chwili odpowiedział.
  - Od kiedy to problem? Jak chcesz, to wyprowadzę cię z pałacu. Polecimy do Brussel i wrócimy, nikt się nawet nie zorientuje.
  - A co z systemem kamer?
  - Wymykam się stąd od dziesięciu lat, myślisz, że nie znam nie monitorowanych tras?
  Amarant uśmiechnął się szeroko.
  - Dobra, prowadź.
  Ale od razu zaliczyli wpadkę, bo pierwszym co ujrzeli po otwarciu drzwi był Saiyan w mundurze królewskiej armii. Saiyan ze zdziwioną miną, należy dodać.
  - Książę..?
  Szarowłosy obrzucił go czymś, co miało wyglądać na władcze spojrzenie.
  - Wysłano cię, żeby mnie pilnować, żołnierzu? - zapytał.
  - Nie.
  - Doskonale. Więc zapomnij, że nas widziałeś... Albo nie, mam lepszy pomysł. Polecisz z nami.
  - Słucham?
  - To rozkaz. Będę miał pewność, że nie polecisz od razu zawiadomić ochrony. Polecisz z nami jako eskorta, rozumiemy się?
  Tamten, wciąż osłupiały, skwapliwie pokiwał głową.
  - Tak, oczywiście.
  - Doskonale. Jak masz na imię?
  - Dashir, wasza wysokość...

Koniec rozdziału dwudziestego piątego.

Notka odautorska:
I tak, po długich męczarniach, dotarliśmy do kresu drugiej części "Gehenny. W następnym, podwójnym lub potrójnym (ciekawe jak wyjdzie?) rozdziale nastąpi wielki finał i rozpocznie się część trzecia, w której szykuję dla Was lekką zmianę klimatu i kilka niespodzianek.


-> Wstęp <- | Rozdział XXIV <- | -> Rozdział XXVI

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.