Część druga: Migoczący płomień

014 | 015 | 016 | 017 | 018 | 019 | 020 | 021 | 022 | 023 | 024 | 025

Rozdział XXIV - Ostatnie chwile, część druga

  - Żegnaj, księciuniuuuuuuu... - Słowa wąsatego Saiyana zmieniły się w jęk bólu, gdy Pan doskoczyła do niego i wbiła kolano w krocze. Stało się to tak szybko, że nikt nawet nie zdążył się zdziwić.
  - Wiejemy! - krzyknęła, ruszając z maksymalną prędkością przez wyrwę powstałą w kręgu zamachowców. Szarowłosy niewiele myśląc podążył za nią, ale nie uleciał daleko, tamci okazali się szybsi. Staranowany, stracił na moment orientację, a gdy ją odzyskał dwóch największych Neosaiyanów przytrzymywało go za ramiona, uniemożliwiając ruch. Szarpanie nic nie dawało, byli wyraźnie silniejsi. Pan zatrzymała się, nie wiedząc co robić.
  - Uciekaj! - krzyknął. - Sprowadź pomoc!
  Zawahała się przez moment, ale zaraz skinęła głową. Niestety nim zdążyła się odwrócić, drogę zastąpił jej Choke.
  - A dokąd to się... - zaczął, ale tyradę przerwała mu potężna fanga w twarz. Dziewczyna wyraźnie nie zamierzała się bawić w wymianę uprzejmości.
  Odkąd wynikła sprawa z Kuują półsaiyanka była dziwnie cicha i przygaszona, Amarant zdążył już zapomnieć o jej charakterku. O sile ciosu także. Ale teraz sobie przypomniał, bo wksutek uderzenia głowa Choke'a odskoczyła jak gumowa piłka. A był przecież w formie SSJ...
  Wydawało się, że Pan zdoła uciec, ale nagle za jej plecami pojawił się ostatni z Neosaiyanów, niewysoki chłoptaś z kręconymi włosami. Złapał dziewczynę, unieruchamiając jej ręce. Chwyt nie był stuprocentowo poprawny, ale że napastnik sięgał ofierze ledwie do brody, nie musiał się obawiać uderzenia głową.
  Amarant wciąż nie mógł się uwolnić, jedyne co osiągnął, to całkowita absorpcja uwagi dwójki przytrzymujących go legionistów. Dowodzący wąsacz raczej nie miał szans wrócić szybko do walki. Stracił nawet formę SSJ.
  - Zabiję cię dziwko! - warknął Choke, krzywiąc się z bólu i wściekłości.
  Poprzednie spotkanie ze znajomkami Kuuji pozbawiło go wszystkiego co zdobył podczas służby w szeregach Legionu. Znów stał się zwyczajnym popychadłem, tym, przy którym cichły wszystkie żarty i rozmowy. Gdy usłyszał o możliwości zabicia Amaranta od razu zgłosił się na ochotnika. Otrzymał znacznie więcej - okazję by osobiście "podziękować" za wszystko dziewczynie, która go upokorzyła.
  - Księcia! Zabij księcia! - krzyknęła ogromna baba wykręcająca Amarantowi lewą rękę.
  - Zaraz...
  - Zostaw ją, to córka Saladina... - jęknął słabo lider. Ale nawet jeśli miał wśród podwładnych jakiś posłuch, to nie teraz, gdy zwijał się bólu, kurczowo trzymając za uszkodzone narządy rozrodcze.
  - Pieprzę Saladina - odparł Choke, podlatując do dziewczyny. - I co teraz zrobisz bez rączek, słodziutka? - syknął.
  Kopnęła go w podbródek, aż stęknął i cofnął się o dwa metry.
  - Przestań się bawić i zabij księcia! - ryknął dryblas z prawej strony szarowłosego.
  - Zamknij się! Zamknijcie się wszyscy!! - Wrzask Choke'a sugerował, że wojownik kompletnie stracił panowanie nad sobą. Zaraz zresztą dał temu wyraz, rozpędzając się i uderzając Pan z całej siły w twarz, a dokładnie: w nos. Trafiony przy okazji okular skautera pękł z trzaskiem, któremu towarzyszyło obrzydliwe chrupnięcie. Saiyanka zalała się krwią.
  Złotowłosy napastnik nie zamierzał na tym poprzestać. Uderzył ponownie, a potem znowu, i jeszcze raz. Czerwone kropelki latały na wszystkie strony. Amarant zbladł - zresztą nie tylko on. Przytrzymujący dziewczynę konus zwolnił chwyt.
  - Oszalałeś? Przestań! - krzyknął, ale został zignorowany. Wściekły Saiyan nie pozwolił ofierze upaść. Przytrzymując ją za pancerz z hypergumy, skupił w dłoni pocisk energetyczny i wbił go dziewczynie w korpus, nie detonując od razu. Zbroja szybko się poddała. Syk przypalanej skóry utonął we wrzasku Pan, a po chwili w ciężkim, gardłowym ryku. To był Amarant.
  Krew w księciu zawrzała, a z jego ki zaczęło się dziać coś dziwnego. Najpierw drgnęła zaledwie, jakby budząc się z długiego, głębokiego snu. Wkrótce zapulsowała. Początkowo spokojnie, jednak z sekundy na sekundę coraz gwałtowniej. Wreszcie zapłonęła - uwalniając się w postaci intensywnej, jasnożółtej aury - tak silnej, że oboje przytrzymujących go Neosaiyanów zwyczajnie zmiotło. W tej samej chwili pocisk Choke'a eksplodował, wyrzucając bezwładną Pan w powietrze. Dziewczyna zatoczyła w powietrzu łuk. Nim jednak grawitacja zdążyła się o nią poważnie upomnieć, Amarant zjawił się obok. Delikatnym, ale pewnym chwytem podtrzymał Saiyankę. Złote teraz włosy księcia połyskiwały i falowały lekko, lecz on sam - nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego co się stało - wydawał się zupełnie nieporuszony przemianą. Jego uwaga skupiona była wyłącznie na Pan.
  Wylądował, ignorując wszystko i wszystkich. Ostrożnie ułożył dziewczynę na ziemi i ze stoickim spokojem wyjął z kieszeni kapsułkę ze skauterem. Założył urządzenie i z jego pomocą zbadał czynności życiowe Saiyanki. Wyglądała potwornie - twarz miała zmasakrowaną. Nie tylko za sprawą pięści Choke'a, ale też przez odłamki plastoszkła, które powbijały się w skórę. Na brzuchu widniała niezbyt głęboka, ale brzydko wyglądająca rana.
  Saiyanka kaszlnęła raz i drugi i wydała z siebie cichy jęk świadczący, że jest przytomna
  - Nic ci nie jest? - zapytał książę bezbarwnym tonem.
  - Przeżyję - spróbowała się uśmiechnąć, ale osiągnęła tylko coś, co równie dobrze dało się zinterpretować jako grymas bólu. - Przemieniłeś się - zauważyła.
  - Tak. Zaczekaj tu na mnie.
  Gdy urządzenie potwierdziło, że życiu Pan nie grozi niebezpieczeństwo, Amarant ponownie uniósł się w powietrze. Zawisnął naprzeciw Choke'a, który właśnie otrzeźwiał na tyle, by zacząć się orientować w sytuacji. A ta nie wyglądała dobrze. Przeszyty spojrzeniem lodowobłękitnych oczu poczuł się bardzo nieswojo, ale też niezwykle samotnie. Nerwowo rzucił okiem na wszystkie strony, ale jego towarzysze tylko jeszcze bardziej się odsunęli. Uświadamiając sobie co to oznacza, zacisnął zęby i pięści.
  - No dalej... - zdążył powiedzieć, gdy pozostałe słowa na zawsze uwięzły mu w gardle. Zamiast nich, z ust pociekła strużka krwi. Jedno zdecydowane uderzenie trzech palców w mostek wystarczyło. Nie zauważył nawet ruchu Amaranta - po prostu umarł.
  Półsaiyan przytrzymał zwłoki jedną ręką i skoncentrował ki w drugiej. Sekundę później szerokim strumieniem energii spopielił ciało, pozostawiając po Choke'u jedynie niewielkie, dymiące szczątki.
  - Chcecie mnie zabić? - zapytał głośno. - To macie okazję!
  Żadne z trójki bezimiennych dla księcia podwładnych wąsacza nie miało skautera, ale pokaz siły, który właśnie ujrzeli wystarczył im za dowód na siłę ich przeciwnika. Osobno ne mieli żadnych szans. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia i zaatakowali z trzech stron. Nie silili się na wyszukaną taktykę. Po prostu rzucili się na oślep, licząc że przewaga liczebna wystarczy. Amarant przez moment obserwował jak się zbliżają, po czym w odpowiedniej chwili uwolnił aurę, odrzucając napastników. Nowa forma sprawiła, że kontrola energii nagle stała się łatwiejsza niż kiedykolwiek. Flair zadziałało od razu. Dodatkowo wzmocniony energetycznym tornadem ruszył do kontry.
  Przeciwnicy prawie się nie poruszali, a przynajmniej tak to wyglądało z jego perspektywy. Z dziecinną łatwością dopadł do knypka z kręconymi włosami i wbił mu pięść w brzuch. Zaraz poprawił prawym sierpowym, który niemal zgruchotał tamtemu kark. Ułamek sekundy później książę był już przy wielkiej Neosaiyance. Zmaterializował się za jej plecami i ciosem otwartej dłoni w kark także pozbawił przytomności. Ostatniego, łysawego dryblasa, załatwił serią krótkich ciosów na korpus zakończoną dodatkowo wykopem w stronę jednej ze skał. Legionista wbił się i już z niej nie wyleciał.
  Wszystko to trwało krócej niż wypowiedzenie zdania "ale wypas, jestem Super-Saiyanem!".
  Amarant dezaktywował Flair i uspokoił aurę, nie tracąc jednak czujności. Wciąż miał przeciw sobie dowódcę oddziału zamachowców, który mógł się już ruszać. Skauter wskazywał poziom mocy tamtego w granicach 19 MJ. Więcej niż którykolwiek podwładnych, ale wciąż za mało. Tyle, że książę czuł się, łagodnie mówiąc, nieco zmęczony. Już walka z Kuują pozbawiła go większości energii.
  - Jesteś silniejszy niż sądziliśmy - przyznał ostatni legionista, podlatując. W formie SSJ wąsy miał charakterystycznie nastroszone, co w innych okolicznościach wyglądałoby nawet zabawnie.
  - Silniejszy od ciebie.
  - Owszem. Ale chyba nie myślisz, że wysłano nas tu nieprzygotowanych? - Wyjął zza pasa kapsułkę, która po chwili przemieniła się w jednorazową strzykawkę ciśnieniową. Książę drgnął, ale wyczerpanie nie pozwoliło zareagować wystarczająco szybko - bladopomarańczowy płyn zniknął w szyi kukułczego jaja NLV.
  Saiyanem szarpnęło, gdy środek zaczął działać. Jego kark i twarz pokryła sieć błękitnawych żyłek. Mięśnie rąk, nóg i klatki piersiowej uwydatniły się i przybrały na masie. Ciało legionisty spowiła ciemnożółta aura, przebiegło też po nim kilka wyładowań elektrycznych. Najistotniejsze jednak było to, co wskazywał skauter - poziom mocy równy niemal trzydziestu megajednostkom.
  Przemiana przypomniała Amarantowi zaawansowane SSJ, które pokazywał mu ojciec. Tyle, że Gebacca nie miał wówczas wszystkich żył na wierzchu i nie wyglądał jakby każdy ruch sprawiał mu cierpienie.
  Ale Neosaiyan nie zważał na ból i tak zresztą wkrótce zagłuszony przez przypływ adrenaliny, kolejny ze skutków działania zażytego specyfiku. Wojownika NLV interesowało tylko wykonanie zadania. Ruszył na księcia - zdecydowanie szybciej niż trójka z którą półlanfan walczył poprzednio, ale i tak wolniej niż można się było spodziewać. Zbliżył się i uderzył krótkim hakiem. Amarant uniknął tego, jak i kilku kolejnych ciosów, po czym skontrował prawym prostym w podbródek. Cios, jakkolwiek celny, nie wywarł większego efektu.
  Wąsaty uśmiechnął się triumfalnie. Odpowiedział uderzeniem w brzuch, po którym książę niemal zwymiotował. Zdecydowanie nie należało tu iść na wymianę ciosów. Odskoczył przed lewym sierpowym, który zapewne rozbiłby mu czaszkę i lecąc do tyłu ostrzelał wroga serią niewielkich ki-pocisków. Legionista odbił je bez wysiłku, skupił w dłoni płonącą kulę energii i rzucił nią w księcia. Ten uchylił się w ostatniej chwili i tak tracąc fragment czerwonego stroju na prawym boku. Skóra też ucierpiała.
  Zdekoncentrował się, o mało nie obrywając ponownie - tym razem zamaszystym kopnięciem z rozpędu. Wybronił się blokiem, choć prawie kosztowało go to kość w przedramieniu. Ale i tak bardziej bolesna była świadomość tego, że przegrywa. Zdecydował się postawić wszystko na jedną kartę. Użycie Flair teraz oznaczało szybkie zużycie resztek energii, ale nie widział innego wyjścia.
  Uaktywnił technikę i przeszedł do zdecydowanego ataku. Przewagę szybkości miał teraz niesamowitą, więc bez problemu dopadł przeciwnika. Władował mu w korpus i twarz serię dynamicznych, mocnych ciosów. Odrzucony wąsacz otrząsnął się i wyprowadził niezbyt finezyjną kontrę. Książę złapał go za przedramię i założył dźwignię na łokieć, ale bez specjalnego efektu, bo zażyty środek skutecznie tłumił ból. Legionista wykorzystał bliską odległość i wierzgnął umięśnioną nogą, pakując przeciwnikowi stopę w żołądek. Amarant zaklął, odpowiedział lewym sierpowym i poprawił zamaszystym uderzeniem złączonych pięści w kark. Trafiony Neosaiyan poleciał w dół niczym ścięta piłka, ale zdołał częściowo wyhamować. Wylądował ciężko, wbijając się na kilkanaście centymetrów w ziemię, która popękała w promieniu kilku metrów.
  Książę dyszał i sapał jak starodawna yasańska lokomotywa. Jego włosy oklapły i zmieniły kolor na brązowy. Po chwili znowu przyjęły złotą barwę, ale tylko na moment. Nie był już w stanie utrzymać formy SSJ, o dalszym korzystaniu z Flair nie wspominając. Oszacował swoje szanse ucieczki jako niskie, zwłaszcza, że przecież nie mógł zostawić Pan na pastwę losu.

  Kuuja stał za jedną ze skalnych formacji w okolicy i z niepokojem obserwował sytuację. Niezbyt przejął się, gdy Amarant osiągnął SSJ - spodziewał się tego, jak nie dzisiaj to wkrótce. Gorzej, że to trochę krzyżowało mu plany. Nie mógł już wpaść w najbardziej dramatycznym momencie i ocalić swoich przyjaciół od pewnej śmierci. Właściwie, w ogóle nie mógł już tego zrobić - z napakowanym chemią legionistą raczej nie miał szans. Nie chodziło o to, że się bał - ale wkroczenie tylko po to, by dać się pobić było bez sensu. Zresztą, jak zamierzasz wytłumaczyć swoją obecność - zapytał sam siebie. - Gdybyś pojawił się wcześniej, mógłbyś tłumaczyć, że wyczułeś zbliżających się napastników. Ale teraz? Emanacja dotarła z opóźnieniem?
  Ale z ciebie pogięty gość, Kuuja - pomyślał. - Czego właściwie chcesz?
  Nie chciał śmierci Amaranta. Nie teraz i nie w taki sposób. Czy w ogóle jej chciał?
  Dobre pytanie.
  Kilkukrotnie niemal wyskoczył zza skały i włączył się do walki. Raz, gdy zaatakowano Pan - by jej bronić. Drugi raz, po przemianie księcia - by skuć mu mordę. Teraz, kiedy Amarantowi skończyła się energia, omal nie ujawnił się, by mu pomóc. A przecież sam go do tego wyczerpania doprowadził...
  Co zrobisz Kuuja? - zapytał sam siebie.
  Czasu na odpowiedź było coraz mniej.

  Amarant nie był już w stanie zareagować, gdy wąsacz dopadł do niego i potężnym prawym sierpowym strzaskał kość policzkową. Zamroczonym księciem rzuciło bezwłądnie przez powietrze, ale nie dotarł daleko - przeciwnik zjawił się nad nim i kopniakiem z salta w pierś pogruchotał żebra. Teraz to półsaiyan poczuł się jak piłka, choć zderzenie z ziemią twardo uświadomiło mu, że piłką nie jest. Jęknął raz i drugi, próbując się poruszyć, ale ciało odmówiło posłuszeństwa.
  Legionista wylądował obok. Szarowłosego opanowała irracjonalna chęć oddalenia się choćby o milimetr, ale nawet pełzanie okazało się niewykonalne. Próba nasiliła pulsujący ból w nodze. Zdał sobie sprawę, że każdy z czerpanych z trudem oddechów, może być tym ostatnim.
  Nie chciał umierać. Ale wyglądało na to, że nie miał wyboru.
  Wąsacz podszedł, chwycił ofiarę za ubranie i wyciągnął ją z dziury w ziemi.
  - Jakieś ostatnie słowa?
  - Nie... nie krzywdź Pan.
  - Bez obaw, to półsaiyańska szmata, ale też córka Saladina. Nic jej nie zrobię.
  Uniósł rękę do ciosu łaski i... nie zdołał go zadać, bo ktoś chwycił go za nadgarstek. Szarpnięty do tyłu, puścił księcia i przekoziołkował kilka metrów. Podniósł się zaraz, ale wyraz wściekłości na jego twarzy zmienił się w zaskoczenie.
  - Ty..? - wydukał. - Ale skąd..?
  - Aresztuję cię za atak na członka rodziny królewskiej - odparł nowoprzybyły. Amarant rozpoznał głos i poczuł ulgę - tak wielką, że graniczącą z szaleństwem. Wkrótce zresztą odzyskał ostrość widzenia na tyle, by naocznie upewnić się, że nic mu już nie grozi. Nie teraz, gdy na pole walki wkroczył Zidane.
  - Aresztujesz mnie? - zapytał Saiyan z uśmiechem. - Myślę, że dorzucę jeszcze coś do zarzutów - stwierdził, zerkając przelotnie na leżącego bez ruchu księcia. Dowódca Czerwonej Gwardii dostrzegł to i zdążył zareagować na atak. Odbił wystrzelony pocisk w ostatniej chwili, drugi raz w odstępie kilkudziesięciu sekund ratując życie synowi swego króla.
  Chcąc oddalić niebezpieczeństwo, Lanfan dopadł do legionisty i wstrzelił mu w korpus potężny ładunek ki. Pomarańczowa eksplozja wstrząsnęła gruntem i odrzuciła wąsacza o dobre kilkadziesiąt metrów.
  - Jak się czujesz, książę? - zapytał Lanfan. - Wytrzymasz?
  - Tak... Załatw go.
  - Zamierzam.
  Powiedziawszy to, uniósł się w powietrze. Wylądował sekundę później obok gramolącego się z ziemi zamachowcy. Na dobry początek kopnął go w twarz, łamiąc nos. Tamten przeszedł kilka chwiejnych kroków, ale nie padł. Po chwili zaśmiał się bełkotliwie.
  - Słynny Zidane - stwierdził, ocierając krew z wąsów. Paradoksalnie spotkanie z butem Lanfana nieco go otrzeźwiło. - Nie wyobrażasz sobie ile razy marzyłem, by znaleźć się w takiej sytuacji. Jak to jest być żywą legendą? Niektórzy w NLV nie wierzą, że w ogóle istniejesz. Uważają cię za twór propagandy Gebakki.
  - Jest różnie - odparł Lanfan, uważnie przyglądając się przeciwnikowi. Tamten, mimo złamanego nosa, ledwo krwawił. Wcześniejsze uderzenie energetyczne też nie zrobiło mu większej krzywdy. Pulsujące na ciele żyły nie wyglądały jednak zbyt zdrowo, podobnie jak nienaturalnie rozszerzone źrenice. - Aresztuję cię. Tym razem NLV nie wymiga się od odpowiedzialności.
  - Hehehe - zarechotał Neosaiyan. - Gdy skontaktujecie się z Lettusem, uświadomi wam, że dziś rano wystąpiliśmy z legionu. Nie macie nic poza paroma żywymi trupami, bo zdaje się, że czeka nas kara śmierci?
  - Zmusimy któreś z was do współpracy.
  - Życzyłbym powodzenia, ale chyba nie jesteś tak głupi, by sądzić, że do misji wybrano byle kogo?
  - Pieprzeni fanatycy - warknął Zidane. - Nie widzicie, że Lettus próbuje po waszych głowach dorwać się do steru?
  - Nieistotne. Wolę jego, niż króla-wymoczka, który nazwał planetę "Plant".
  - Miał ją nazwać Gebacca, czy zmienić imię na Vegeta?
  - Król Vegeta...
  - Król Vegeta - przerwał Gwardzista - był zadufanym w sobie debilem, znienawidzonym nawet przez własnego syna! Co, zdziwiony? Tak, znałem i króla i księcia Vegetę. Znałem też córkę księcia. Była półsaiyanką.
  Legionista zamrugał, niepewny czy Lanfan nie robi sobie z niego żartów. Ale twarz i spojrzenie Zidane'a były stuprocentowo poważne.
  - Skąd możesz to wiedzieć?!
  - Życie bywa nieprzewidywalne. I wiesz co? Książę Vegeta wiele mnie nauczył. - Zacisnął pięści i zwiększając gwałtownie ki przyjął drugą formę. Uwolniona energia skruszyła ziemię wokół. - Między innymi techniki, którą często stosował jako przywitanie. Ja cię nią pożegnam. - Zawinął charakterystycznie palcami wskazującym i środkowym prawej ręki. - Baku-Hatsu-HA!
  Najbliższa okolica skryła się w ogromnej, jasnożółtej eksplozji. Słup ognia dało się dostrzec z odległości wielu kilometrów. Zidane, wiedząc, że gdzieś w pobliżu leżą Amarant i Pan, postawił raczej na intensywność niż zasięg ataku. W rezultacie po przeciwniku nie został nawet popiół - tak samo jak po wszystkim innym w promieniu niemal czterdziestu metrów.
  - Cholera, przesadziłem - mruknął pod nosem. Zawsze reagował impulsywnie, gdy ktoś obrażał Gebaccę. Teraz dodatkowo wyładował na legioniście złość na samego siebie za to, że tak długo zwlekał z interwencją. Pewnie oberwie mu się od króla, ale to nic. Znacznie gorzej, że pozwolił skrzywdzić Pan. Aż wzdrygnął się na myśl o konsekwencjach, gdyby Saladin się dowiedział...

  Gebacca należał do najlepiej poinformowanych osób na całej Nowej Plant, więc zdobycie czegoś tak trywialnego jak numer kontaktowy do Lettusa, dowódcy NLV, nie sprawiło jego ludziom trudności. Król nigdy wcześniej go nie użył, ale w obecnej sytuacji postanowił dokonać precedensu. Wkrótce w oknie komunikatora pojawiła się blada twarz lidera Legionu. Nie wykazał specjalnego zdziwienia.
  - Wasza wysokość - zauważył. Jego głos brzmiał trochę jak syk węża. - Cóż za zaszczyt.
  - Domyślasz się czemu się z tobą kontaktuję? - bardziej stwierdził niż zapytał monarcha.
  - Generalnie tak, choć nie bardzo wiem w czym mógłbym pomóc.
  - Twoi ludzie zaatakowali mojego syna...
  - Pozwoli wasza wysokość, że przerwę, ale to nie są moi ludzie. Przesłałem już waszym śledczym kopie rezygnacji...
  - Rezygnacji złożonych nagle, dzisiaj rano i przyjętych już kilka minut później - zauważył król. - Rekordowe tempo. Chyba nie sądzisz, że to przejdzie?
  - Co niby przejdzie? - zdziwił się Lettus. - Jeśli sprawdzicie dokładnie, dowiecie się, że ta grupka od jakiegoś czasu źle się wśród nas czuła. Zarzucali mi bierność i słabość. Byłem zmuszony przypomnieć im, że nikogo nie trzymamy na siłę i że można odejść w każdej chwili. Zdecydowali się akurat dzisiaj rano...
  - I mam uwierzyć, że akurat przypadkiem kilka godzin później wpadli na mojego syna? - Gebacca wyraźnie zaczął tracić wewnętrzny spokój.
  - Dziwny jest ten świat, prawda? - zapytał retorycznie Lettus, zachowując jednak całkowitą powagę. - A mówiąc między nami, mnie też wydaje się to dziwne. Może mieli informacje od kogoś od was? Chyba powinieneś ostrożniej dobierać współpracowników, wasza wysokość...
  - Dobiorę to ja się tobie do dupy, Lettus! - warknął zeźlony król. - Ty i to twoje pieprzone NLV jesteście skończeni, słyszysz?
  - Słyszę, choć wolałbym nie słyszeć - odparł spokojnie młodszy Saiyan. - I jak tu się dziwić, że Lanfa-jin mają o nas tak niskie mniemanie, skoro nawet król nie potrafi się powstrzymać od rzucania mięsem.
  - Nie chrzań mi tu o mięsie. - Król minimalnie się uspokoił, widać uwaga do niego trafiła. - Obiecuję ci, że ty i twoje NLV będziecie przeklinać moment, w którym zadarliście z moją rodziną.
  - Ubolewam nad tym co się wydarzyło, ale nie pozwolę, by cały Legion odpowiadał za szaleństwo paru fanatyków i psychopatów. Proszę sobie szukać innych kozłów ofiarnych. Żegnam.
  Rozłączył się, zostawiając klnącego pod nosem króla samego. Przynajmniej do momentu, gdy Gebacca uświadomił sobie, że Zidane skorzystał z wcześniejszego pozwolenia i wszedł w trakcie rozmowy.
  Władca spojrzał na stojącego przy drzwiach dowódcę Czerwonej Gwardii umęczonym wzrokiem.
  - Dałem ciała, co? - zapytał.
  - Mhm.
  - Nie powinienem do niego dzwonić pod wpływem emocji, prawda?
  - Prawda.
  - Trudno, nie można zawsze wygrywać...
  - Nie można.
  - Zamierzasz tak stać i mi przytakiwać, czy masz coś do powiedzenia?
  - Przytakiwać, chyba że skończyłeś mówić.
  - Skończyłem.
  - Amarant i Pan czują się dobrze. Nic im nie będzie.
  - Co z tamtą trójką?
  - Bez zmian. Idą w zaparte. Potwierdzają wersję Lettusa. Bez tortur nic z nich nie wyciągniemy.
  - Myślałem i o tym - przyznał król. - Cholera, powiedziałem to głośno, prawda?
  - Tak.
  - Nie zastosujemy tortur. Nie będzie też publicznej egzekucji. Ha, lepiej, nie będzie żadnej egzekucji!
  - Jak to?
  - Skorzystam z prawa łaski i puszczę ich wolno - wyjaśnił król. - Dam głowę, że od razu polecą pod opiekuńcze skrzydła Lettusa. Niech ktoś ich śledzi. Może Rufus?
  - Przekażę mu.
  - Świetnie. Teraz odpowiedz mi na parę pytań...
  - Nie wkroczyłem od razu, bo byłem ciekawy siły Amaranta. Zabiłem dowódcę zamachowców, bo mnie poniosło. Przepraszam.
  - Jak zwykle czytasz w moich myślach - uśmiechnął się Gebacca. - Przeprosiny przyjęte. Możesz odejść, chyba że masz jakąś sprawę.
  - Tak się składa, że mam - przyznał Zidane po sekundzie wahania.
  - O? Zamieniam się w słuch.
  - Wiesz, że Amarant jest Super-Saiyanem? Przemienił się w trakcie walki.
  - Świetnie! Nareszcie potrenujemy na poziomie.
  - Nie będziecie mieli okazji, o ile zgodzisz się na moją propozycję.
  - Jaką propozycję?
  - Mówiłeś, że szukasz sposobu, by ukazać Amaranta jako symbol Koalicji. Gdy widziałem go dziś w akcji, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Można by upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu...
  - Możesz już przejść do rzeczy - zachęcił Saiyan.
  - Mamy wolny etat w Czerwonej Gwardii. Rufus co chwilę mi to wypomina i podsyła różnych swoich kandydatów. Byłbym zaszczycony, gdyby to twój syn wstąpił do oddziału.
  Król pokiwał w zadumie głową. Parlament Yasan-sei przekazał mu CG do dyspozycji na czas nieokreślony tuż po odrodzeniu planety. Mimo kilku wpadek wciąż miał elitę Lanfanów pod komendą, ale wszelkie decyzje personalne zapadały pomiędzy białowłosymi. Dlatego właśnie nie mógł nic zrobić, gdy po wyprawie na Ziemię pozbawiono dowództwa Baku.
  - Jesteś pewien, że jest wystarczająco silny?
  - Gdybym nie był, nie proponowałbym tego - stwierdził twardo Zidane.
  - W Gwardii nigdy nie było pół-lanfańskiego mieszańca...
  - Więc teraz będzie. O ile się zgodzisz. I o ile Amarant się zgodzi.
  Gebacca uśmiechnął się bardzo szeroko.
  - Zgodzi się, zgodzi. Zostaw to mnie.

Koniec rozdziału dwudziestego czwartego.

Notka odautorska:
Przy pisaniu tego rozdziału, a raczej już po jego napisaniu, zobaczyłęm dowody na to jak bardzo potrzebni są mi moi betatesterzy (tu pozdrowienia dla obu). Nie tylko wynajdą literówki czy brakujące słowa, ale też - w razie potrzeby - opieprzą, napiszą co jest źle i podpowiedzą jak to poprawić. Naprawdę nie wiem jak radziłem sobie kiedyś bez ich pomocy...
Gokuzboku, Leau - macie u mnie po piwie :)


-> Wstęp <- | Rozdział XXIII <- | -> Rozdział XXV

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.

<Width>195</Width> <Height>24</Height> </Static> </Uninstall> <CreateLayout> <Static> <Text>#(loc.nothing_applies_title)</Text> <Font>