Część druga: Migoczący płomień

014 | 015 | 016 | 017 | 018 | 019 | 020 | 021 | 022 | 023 | 024 | 025

Rozdział XXIII - Ostatnie chwile, część pierwsza

  Ośrodek treningowy Trzy Wzgórza leżał, jak nazwa wskazuje, w niewielkiej kotlince położonej pomiędzy trzema malowniczymi pagórkami. Było to jedno z centrów zaawansowanego szkolenia kadry militarnej, przede wszystkim Lanfa-jin. Kompleks wyposażono w kilkadziesiąt sal sparingowych - głównie podziemnych - na tyle odpornych na uszkodzenia, by mogli w nich ćwiczyć nawet najsilniejsi żołnierze.
  Wykorzystano najnowsze zdobycze techniki - między innymi wnętrza wyłożono siatką energetyczną potafiącą w razie potrzeby absorbować lub odbijać ki. O takich gadżetach jak miotacze pocisków wbudowane w ściany czy urządzenia mierzące poziom ki i stan zdrowia użytkowników nie warto wspominać, bo stanowiły standard. Trwały prace nad zaadoptowaniem technologii siatki pochłaniającej ki do funkcjonowania także na wolnym powietrzu, ale na razie bez wielkich sukcesów. Najlepiej działała w hermetycznych, kopulastych wnętrzach, i to pod warunkiem częstego odkurzania.
  Garland i jego ludzie z wydziału techniki zadbali za to, by nigdzie na Nowej Plant nawet nie usłyszano o urządzeniach modyfikujących grawitację, słusznie obawiając się, że dzięki nim zwykle znacznie bardziej zdeterminowani Saiyani mogliby zacząć rozwijać się w zastraszającym tempie.
  Trzy Wzgórza dysponowały też dużą liczbą pomocniczych usług, jak sauny, kafejki, a nawet kino. Słowem, było się gdzie spotkać i porozmawiać, sącząc sok z nowoplantańskich cytryn.

  Planując zwabienie Amaranta w pułapkę, Kuuja nie przewidział jednej rzeczy - że książę przybędzie na spotkanie z nim w towarzystwie Pan. To trochę zmieniało sytuację - ale tylko trochę. Lanfan nie zamierzał rezygnować z obmyślonego planu działania.
  - Przylecieliśmy oboje, żeby nie pozostały żadne niedomówienia - wyjaśnił szarowłosy.
  - A już sądziłem, że boisz się konfrontacji ze mną bez ochrony - odparł niższy z wojowników, nieco złośliwie. - Nie no, spokojnie, cieszę się że was widzę.
  - Chyba chciałeś nam coś powiedzieć? - rzuciła Pan. W jej głosie wyczuł pewną nerwowość. No tak, przecież znała go dobrze. Musiała zdawać sobie sprawę z tego, że nie powinni się teraz czuć bezpieczni. Ale raczej nie mogła przewidzieć, że w jeden wieczór zorganizował zamachowców z NLV. Nawet sam Kuuja by się tego nie spodziewał.
  - Owszem - odpowiedział udręczonym głosem. - Zachowałem się jak dupek. Twardogłowy dupek. Wolałem zapomnieć o tym, że wychowaliśmy się na różnych planetach i trochę inaczej wszystko widzisz. Strasznie się wkurzyłem gdy się okazało, że przerwałeś mi walkę. Bardziej niż powinienem. Przepraszam.
  - Bez urazy? - zapytał Amarant.
  - Bez.
  - Nie masz więc żalu, że jesteśmy razem? - Książę ruchem głowy wskazał Pan, która utkwiła w Kuuji pytające spojrzenie.
  Lanfan powstrzymał zgrzytanie zębami i uśmiechnął się tak szeroko jak tylko potrafił.
  - Jasne, że nie. Owszem, na początku trochę mnie to zaskoczyło, ale teraz myślę, że to najlepsze wyjście. Pasujecie do siebie.
  - I nie wkurza cię to, że ukrywaliśmy się przed tobą? - upewnił się książę.
  - Cóż, biorąc pod uwagę moją reakcję, postąpiliście słusznie... To co, potrenujemy trochę?
  - Właściwie, zamierzaliśmy spędzić ten dzień we dwoje. Wiesz, od jutra ojciec chce mnie mieć dla siebie.
  Białowłosy zaklął w myślach, ale nie zdradził się z irytacją przed rozmówcami.
  - Ostatni dzień, mówisz...? No fakt, to ostatnia szansa dla was... Ale może jednak dasz się przekonać? - nalegał. - Trochę mi brakuje wspólnych treningów. Tak, żeby odnowić przyjaźń...?
  - Hmm... - Półsaiyan spojrzał na swoją dziewczynę. Ta wzruszyła ramionami.
  - Idź, jeśli chcesz. Zaczekam tutaj.
  - Może potrenujesz z nami? - zaproponował.
  - Trójka to już tłum. Nie chcę się wam plątać pod nogami.
  - Jak uważasz.

  Po wizycie w szatni, gdzie wdziali obowiązkowe stroje ochronne, udali się do jednej z bardziej obszernych sal trenigowych. Nie pierwszy raz tu walczyli, obaj lubili sporo miejsca podczas starcia.
  Kombinezony, wykonane z ciemnej gumy i ściśle przylegające do ciała, przypominały nieco kostiumy kąpielowe używane przez zawodowych pływaków. Najsolidniejszymi fragmentami były ochraniacze na krocze i dołączane opcjonalnie hełmy. Z tych ostatnich obaj zrezygnowali, bo wyglądały kretyńsko.
  - Właściwie cieszę się, że Pan nie przyszła tu z nami - stwierdził książę. - W tych wdziankach wyglądamy jak bohaterowie starych yasańskich komiksów o superbohaterach.
  - Czy ja wiem? Chyba dobrze podkreśla moją muskulaturę. - Kuuja dumnie wypiął pierś. Faktycznie, niejeden mógł mu pozazdrościć budowy ciała. - Chętnie też zobaczyłbym Pan w czymś takim - rozmarzył się. - Ano właśnie, zapomniałem zapytać tam na górze. Powiedz, zrobiliście to już?
  - Niby co?
  - No wiesz, TO - zaakcentował.
  - Bez urazy, ale nie twoja sprawa - odparł możliwie najpoważniej Amarant.
  - Nie zaprzeczyłeś. Czyli tak.
  - Nie!
  - Czyli nie.
  - Zaraz, zaczekaj...
  - Hehe, plączesz się - zarechotał Lanfan. - Nie no, spokojnie. Tylko sobie z ciebie jaja robię... Broń się!
  Nieprzygotowany Amarant nie zdołał zareagować. Oberwał ciosem w szczękę po którym ocknął się na ścianie. Odbił się od niej i skontrował wyprostowaną nogą. Kuuja złapał go za stopę, okręcił i grzmotnął o podłogę jak maczugą. Książę otrząsnął się i wierzgnął silnie, odzyskując swobodę. Wylądował pewnie i strzelił szybkim ki-blastem. Białowłosego odrzuciło o pół kroku, ale zaraz wyprostował się i skontrował własnym pociskiem. Amarant przyjął go na skrzyżowane ramiona i dzięki temu prawie nie drgnął, ale nie zdążył ustawić gardy gdy jego rywal przeszedł do ofensywy. Oberwał prawym prostym centralnie w twarz i cofnęło go o pół metra. Przed kolejnym ciosem postawił blok, ale uczynił to ułamek sekundy za wolno. Pięść Lanfana grzmotnęła go od dołu w żebra tak mocno, że stracił nie tylko oddech, ale też - na moment - kontakt z podłogą.
  Książę jednak nie pierwszy raz walczył z Kuują i zdążył się już przyzwyczaić do bólu, który zawsze towarzyszył tym sparingom. Zacisnął zęby i wystrzelił z najbliższej odległości szeroką falę ki, która zmiotła jego przeciwnika, a przynajmniej zmieść powinna. W rzeczywistości ledwo cofnęła go o kilka metrów - na podłodze pozostał czarny ślad odzianych w ochronne obuwie stóp. Lanfan dymił się nieco, głównie z nadpalonych włosów, ale wytrzymał napór.
  - Nieźle, stary - stwierdził, przyklepując tlącą się czuprynę. - Chyba pierwszy raz udało ci się stawić opór bez tego całego Flair.
  - Czy ja wiem...? Nazwałbym to raczej rozpaczliwą obroną.
  - Wszystko jedno. Wciąż stoisz, więc punkt dla ciebie. Proponuję, byś teraz spróbował zaatakować. Ale już z maksymalną mocą. No, chyba, że...
  - Chyba że co?
  - Chyba, że zamierzacie z Pan naprawdę aktywnie wykorzystać twój ostatni dzień i chcesz zachować energię. O ile wiesz, co mam na myśli... - Kuuja uśmiechnął się bezczelnie.
  - Monotematyczny się zrobiłeś - stwierdził książę, aktywując aurę w postaci wiru energii. - Chcesz Flair, to ją dostaniesz!
  Przyspieszył gwałtownie, zrywając podłogę z miejsca startu. Dopadł do przyjaciela i wbił mu pięść pod żebra. Lanfan wypluł płynną zawartość jamy ustnej i skulił się z bólu. Amarant był już pod sufitem, gdzie koncentrował energię do swego firmowego ataku. Pomieszczenie rozświetliło się na fioletowo, bo właśnie tego koloru ki rozbłysła w jego dłoniach.
  - Chakra Strike! - wykrzyknął, posyłając jaskrawy strumień mocy w kierunku Kuuji. Lanfan dostrzegł to kątem oka i zaklął, rzucając się do przodu w panicznym uniku. I tak, gdyby nie strój ochronny, przypaliłoby mu pośladki.
  Energia, która przyjęła formę ognistej kuli ciągnącej za sobą świetlisty ogon, uderzyła w podłogę i odbiła się od niej jak piłka. Następnie, po zderzeniu ze ścianą, rozpadła na kilka mniejszych, które po kolejnej kolizji znowu sie podzieliły. Wkrótce w powietrzu zaroiło się od fioletowych iskierek latających we wszystkich kierunkach, zderzających się ze sobą i wywołujących niewielkie eksplozje. Mając na sobie kombinezony, walczący nie musieli się specjalnie martwić tym zjawiskiem, zakryli tylko twarze, na wszelki wypadek.
  - Ustawiłeś ściany na odbijanie ki? - zapytał Amarant, gdy wreszcie sytuacja się uspokoiła.
  - Losowo, tak jest zabawniej - odparł Kuuja z uśmiechem.
  - Mogłeś mnie uprzedzić.
  - Mogłem - przyznał Lanfan, wciąż się szczerząc. - A teraz coś ci pokażę.
  - Nic zdrożnego, mam nadzieję...?
  - Zaraz się przekonasz.
  Białowłosy uwolnił ki, aktywując aurę. Zamknął oczy i skupił się na wypełniającej go mocy, próbując zmusić ją do ruchu. Po kilku sekundach energia otaczająca jego ciało zaczęła krążyć, najpierw powoli, ale po chwili całkiem szybko.
  - Świetnie! - pochwalił go Amarant. - Opanowałeś Flair!
  - W marnym stopniu - stonował jego radość Kuuja. Stracił koncentrację i ki od razu rozproszyła się. - Kręci się jak pralka automatyczna, do twojego tornada dużo brakuje.
  - Początek jest najtrudniejszy, teraz to tylko kwestia rozwinięcia. Posiedzisz nad tym trochę czasu i będzie dobrze.
  - Na razie jest bezużyteczne, za to męczy jak cholera.
  - Też tak miałem. Musisz przyzwyczaić organizm.
  - Długo możesz tak walczyć?
  - Nie więcej niż kilkanaście minut. W tej chwili nawet mniej, od początku narzuciłeś duże tempo.
  Kuuja z trudem powstrzymał uśmiech. Wszystko szło zgodnie z jego planem. Sam wciąż miał dużo energii, no i trzymał w zanadrzu drugą formę. Zamierzał jednak sięgnąć po nią tylko w ostateczności.
  Ruszył do ataku, uderzając prawym prostym, otwartą dłonią. Książę sparował przedramieniem, złapał go za łokieć i przerzucił niczym w judo. Lanfan jednak wykorzystał sytuację na swoją korzyść - wylądował na stopach i szybkim manewrem podciął przeciwnika. Amarant głucho uderzył o posadzkę i choć od razu się poderwał, to tylko po to, by zarobić kopnięcie w klatkę piersiową, które odrzuciło go o kilka metrów. Pozbierał się ponownie, od razu odpalając Flair i wystartował do kontry. Uderzył kilkukrotnie na przemian z obu rąk, zmuszając Kuuję do cofania się i blokowania. Przewaga księcia była jednak tylko pozorna - białowłosy wyczekał dogodnego momentu i trzasnął go w twarz, odrzucając o pół metra. Amaranta zamroczyło, co jego przeciwnik wykorzystał w stu procentach - dopadł do księcia i władował mu w korpus potężny ładunek ki. Trafiony poleciał do tyłu niczym kometa, ciągnąc za sobą warkocz dymu i zatrzymał się dopiero na ścianie, która wgniotła się lekko.
  Półsaiyan stracił przytomność. Kuuja podszedł do niego, utworzył w dłoni ki-blast i wycelował. Kusiło go, by strzelić i rozwiązać w ten sposób wszystkie swoje problemy, a przy okazji pewnie dość mocno wpłynąć na losy planety. Miło było poczuć kontrolę nad sytuacją, choćby na chwilę i zaledwie pozorną, bo śmierć Amaranta tu i teraz tak naprawdę nic by nie dała.
  Rozproszył energię i pomógł pokonanemu dojść do siebie.
  - Żyjesz? - zapytał, klepiąc go po plecach.
  - Nie wiem... Jak wyglądam?
  - Obrzydliwie - ocenił Kuuja.
  - Czyli wszystko okej.
  - Na to wygląda. Możesz jeszcze walczyć?
  - Wolałbym nie...
  - Zanieść cię do szatni...?
  - Poproszę.

  Pan nie skomentowała faktu, że Amarant powrócił ze sparingu poobijany i posiniaczony, podczas gdy Kuuja miał zaledwie kilka zadrapań. Taki już był naturalny porządek świata.
  - Bawcie się dobrze - pożegnał ich Lanfan, gdy odlatywali. - I pamiętajcie, żeby się zabezpieczyć! - krzyknął jeszcze na cały głos.
  - Świnia! - odwarknęła Pan, ale chyba nie została usłyszana.
  - Daj spokój, to tylko żarty.
  - Żarty? Zobacz jak wyglądasz!
  - Zawsze tak wyglądam po treningu z Kuują - wyjaśnił książę. - Zwykle od razu szedłem do komory regeneracyjnej. Dzisiaj szkoda na to czasu.
  - Dobrze się czujesz?
  - Przyzwoicie.
  Przez kilka minut podróżowali w milczeniu, pozwalając, by pęd powietrza rozwiewał im włosy. Unosili się nad pagórkowatym terenm, miejscami poznaczonym już pierwszymi zapowiedziami jesieni. W pewnym momencie skauter Pan zapikał ostrzegawczo. Dziewczyna z niepokojem przyjęła odczyt urządzenia.
  - Zbliża się kilka silnych sygnałów.
  - Jak silnych?
  - Najsłabszy ma nieco ponad trzy eMJotki, najmocniejszy niecałe sześć. Pięć sztuk.
  - Może tylko nas mijają?
  - Chyba nie.
  Wątpliwości zostały ostatecznie rozwiane, gdy obcy znaleźli się w zasięgu wzroku. Oddział Neosaiyańskich Legionistów Vegety nie mógł pojawić się w tej okolicy przypadkiem. Nie mieli co prawda charakterystycznych dla swej formacji mundurów, ale ich tożsamość nie budziła wątpliwości - do grupy należał Choke "Zajęcza Warga", z którym Pan walczyła kilka tygodni wcześniej.
  Wkrótce napastnicy otoczyli lecącą parę, uniemożliwiając im dalszą podróż. Amarant szybko ocenił sytuację jako nienajlepszą.
  - To on. - Nikt inny jak właśnie Choke wskazał księcia dowódcy, którym był oczywiście najsilniejszy z legionistów, starszy wiekiem, mniej więcej sześćdziesięcioletni Saiyan. Prawdopodobnie jedno z "kukułczych jaj" przygarniętych przez NLV. Tak nazywano tych, którzy opuścili planetę Vegeta w kapsułach, tuż po urodzeniu. Wyglądał dość charakterystycznie ze względu na obfite wąsy, rzecz nieczęsto spotykaną u Saiyanów.
  Pozostałą trójkę jego podwładnych dało się określić krótko: mały koleś, duży koleś i wielka baba. W tym ostatnim stwierdzeniu nie było przesady, gdyż ręka hożej dziewoi miała grubość co najmniej uda Amaranta. Faceci nie robili takiego wrażenia, ale nadrabiali facjatami godnymi może nie seryjnych morderców, ale na pewno kieszonkowców-recydywistów.
  - Czego chcecie? - zapytał Amarant twardo. Był bardziej zirytowany niż przestraszony sytuacją i może dlatego głos nawet mu nie zadrżał.
  - Chcemy ciebie, wasza wysokość - odparł lider. - I dostaliśmy cię, podanego na tacy, posolonego i z wisienką na czubku głowy. Jakieś ostatnie słowa?
  Na żadne słowa jednak nie czekał - przybrał postać Super-Saiyana, a sekundy później zrobili to także jego podwładni.
  Ich rozkaz brzmiał: zabić.

Koniec rozdziału dwudziestego trzeciego.

Notka odautorska:
Spotkałem się z opiniami, że "Gehenna" ma już fabularnie bardzo mało wspólnego z "Dragon Ball'em". To prawda, niewiele, choć trochę więcej niż się na pierwszy rzut oka wydaje.
Dobrze, to, czy źle - oczywiście kwestia gustu. Należy jednak pamiętać, że fabularny potencjał DBZ, jakkolwiek bardzo duży, jest jednak ograniczony, a znaczną jego część wykorzystałem już w DKS.


-> Wstęp <- | Rozdział XXII <- | -> Rozdział XXIV

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.

ë©ăÓ7ŽĘHš`+ť¬ŃZÇe189ň-9ĎËôÜÇWí<üQ®•†źŞ§]Iä]C¨mĆÄçś’ąŁ˛Ö|yË„›«ôÜôéuűO?÷PÓs«‡ “sí