Część druga: Migoczący płomień

014 | 015 | 016 | 017 | 018 | 019 | 020 | 021 | 022 | 023 | 024 | 025

Rozdział XXI - Berserker

  Jajowaty transportowiec Wszechsojuszu, otoczony kordonem saiyańskich i lanfańskich sił bezpieczeństwa, czekał w gotowości na ostatnich pasażerów. Sami zieloni ambasadorzy dawno już byli na pokładzie, ale nastąpiło opóźnienie. Wywołała je komandor Okra, która pokłóciła się z pilotem statku, gdy zakazał jej wniesienia części z licznych waliz. Mimo skromnego wzrostu i mikrej postury, kosmita nie ugiął się ani przed argumentami o bagażu dyplomatycznym, ani przed groźbami zastosowania przemocy. Ostatecznie Saiyanka, klnąc w żywe oczy zostawiła część pakunków i władowała się do środka z i tak imponującą ilością "absolutnie niezbędnych rzeczy".
  Całą tę scenę obserwowała, z pewnym rozbawieniem, najbardziej znana lanfańska rodzina na świecie. Zidane i Vivi długo nie mogli się pogodzić z tym, że najważniejsza kobieta w ich życiu opuszcza planetę - trudno powiedzieć, który bardziej. Młody Vincent nie płakał co prawda, bo obiecał tacie że będzie bardzo dzielny, ale powstrzymywał się z wyraźnym trudem. W chwilach takich jak ta trochę zapominał, że jest groźnym wojownikiem i stawał się na powrót małym chłopcem, który nie potrafił oderwać rączek od szyi swojej mamy.
  - Uważaj na siebie - powiedział Zidane po raz nie wiadomo który tego dnia.
  - Nic mi nie będzie, bardziej martwię się o was. Co wy beze mnie zrobicie? To może potrwać miesiące...
  - Spokojnie. Pamiętaj, że kiedyś byłem kawalerem.
  - Taaak - mruknęła Garnet sceptycznie. - Na szczęście mamy Ruby. Ona o was zadba, inaczej szybko utonęlibyście w stercie brudnych skarpet.
  Najpotężniejszy z wojowników Nowej Plant uśmiechnął się w taki sposób, w jaki uśmiechał się tylko do jednej osoby - bo tylko ona potrafiła ten uśmiech wywołać. Wkrótce jednak posmutniał.
  - Czułbym się bezpieczniej gdybym mógł lecieć z tobą. Nie, żebym nie ufał Okrze. - Ruchem głowy wskazał Saiyankę próbującą wepchnąć ponad-wymiarowy bagaż do środka transportowca. - Ale nie mogę się pozbyć uczucia, że nigdy więcej cię nie zobaczę.
  - Nie gadaj bzdur. Wrócę, choćbym miała polecieć przez kosmos o własnych siłach... Choć mam nadzieję, że to nie będzie konieczne. W przestrzeni bywa chłodno, a to fatalnie działa na cerę. No, Vivi, zejdź już ze mnie, muszę iść.
  - Nie chcę... - zaprotestował słabo mały Lanfan, jeszcze bardziej wtulając się w maminy żakiet. Chyba łamał obietnicę i trochę pochlipywał.
  - Natychmiast! - rozkazała jego matka takim tonem, że czym prędzej znalazł się na ziemi. Przykucnęła, by znaleźć się na jego wysokości. - Opiekuj się tatą i dużo trenuj. Kiedy wrócę, masz być najsilniejszy na świecie.
  - Będę! - obiecał młody Vegeta z zapałem iście godnym tego imienia.
  Garnet wyprostowała się, spoglądając mężowi w oczy.
  - Więc... - zaczęła, ale w tym wypadku słowa okazały się zbędne. Wszystko wyraził długi, namiętny pocałunek. Długi, a mimo to zdecydowanie zbyt krótki. Zaraz potem Lanfanka odwróciła się i ruszyła w stronę transportowca. Po kilku krokach jednakże zatrzymała się i raz jeszcze spojrzała na swoją rodzinę.
  - Sprawujcie się dobrze. Ani się obejrzycie, a będę z powrotem - rzuciła z uśmiechem, któremu zaprzeczały szklące się w oczach łzy. Patrzyła przez chwilę na ich obu, chcąc zapamiętać ten widok jak najlepiej, po czym ponownie odwróciła się i tym razem naprawdę odeszła do kosmolotu. Zidane obserwował żonę do końca, do momentu gdy zniknęła w ciemnym wnętrzu kadłuba.

  W cieniu wielkiego pożegnania ambasadorów Wszechsojuszu planetę opuszczali Saladin i Quina - minister techniki Nowej Plant. Podróżowali oni należącym do tego drugiego "Błękitnym Narcyzem", statkiem, który swojego czasu ukradli Blank i Cinna, by polecieć na Ziemię i odnaleźć Smocze Kule. Wyprawa powiodła się - za pomocą kul odtworzono rodzimy świat Lanfa-jin - Yasan-sei, co zapoczątkowało istnienie Koalicji Saiyańsko-Lanfańskiej.
  Mimo to nikt nigdy o Ziemi nie wspominał, ze względu na drugą wyprawę na tę planetę, która zakończyła się śmiercią większości Czerwonych Gwardzistów. Wówczas wszystkie materiały utajniono. Oficjalnie, zagadka powrotu Yasan do istnienia wciąż nie została wyjaśniona. Ateistyczne lanfańskie społeczeństwo niezbyt skłaniało się ku wierze w cuda, ale mimo to wersja mówiąca o boskiej interwencji była zdecydowanie najpopularniejsza. Ironia losu, zważywszy, że Mroczny Kaioshin uczynił wszystko co w jego mocy, by zniszczyć ojczyznę białowłosej rasy.
  Bezokiego Saiyana zaprzątały jednak sprawy zupełnie innej wagi. Mianowicie, bał się tego jak groźne okażą się skutki jego nieobecności na Nowej Plant. Kochał swoją rodzinę, zarówno matkę jak i adoptowane dzieci, ale miał świadomość, że ich niełatwe charaktery mogą stanowić wybuchową mieszankę. Teraz zaś miały się mieszać codziennie.
  Pocieszał się tym, że nie ujrzy procesu destrukcji, tylko skutki.
  Poza tym, Saladin rozpamiętywał pożegnanie jakie zafundowali sobie z Okrą. A tu zdecydowanie było co wspominać...
  - Opuszczamy pole grawitacyjne Plant - głos Quina wyrwał go z rozmyślań.
  Ten facet na pewno nie zostawiał nikogo. Eks-książę znał go od lat, choć nigdy nie zostali przyjaciółmi, chyba zbyt się różnili. Nieduży Lanfan ekscytował się wyprawą jak uczniak. Nic dziwnego, był jej pomysłodawcą. Możliwość przetrząśnięcia bazy Androidów Zeta oznaczała dla niego spełnienie marzeń.
  - No dobra, pokaż na co stać to maleństwo - rzucił Saiyan, klepiąc dłonią w pulpit sterowniczy. - Słyszałem, że jest szybki.
  - Nie dotykaj! - wrzasnął piskliwie Quina. - Możesz spowodować nieszczęście. Zostaw pilotowanie mnie, sam możesz się zająć... hmmm... może coś poczytasz?
  Saladin westchnął pod nosem. Miał przed sobą naprawdę długą i ciężką podróż.

  Muchowaty Zoll od początku uważał pomysł towarzyszenia Tenksowi w jego misji na Nowej Plant za kiepski. Zwyczajnie nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć. Nie dano mu jednak wyboru - otrzymał rozkaz i musiał go wykonać.
  Zaczęło się zadziwiająco dobrze. Zgodnie z planem niepostrzeżenie wylądowali na planecie, w odosobnionym miejscu gdzieś na terenie tej całej Wolnej Strefy. Zamaskowali statek, rozbili obozowisko, zmienili pomarańczowe mundury na nieco mniej rzucające się w oczy ubrania, porozstawiali emitery pola tłumiącego emanacje ki i... to wszystko. Wówczas Tenks stracił jakiekolwiek zainteresowanie wykonywaniem zadania. Od tamtej chwili zajmował go wyłącznie trening z Dashirem.
  - Jeszcze raz - powiedział beznamiętnym głosem fuzjowiec. - Tym razem włóż w to trochę serca.
  Młodszy Saiyan nie odpowiedział, gdyż nie mógł złapać oddechu na tyle, by wydusić z siebie choćby słowo. Zresztą, mimo iż miał swojemu sparing-partnerowi wiele do powiedzenia, większości jego komentarzy nie dałoby się przytaczać w towarzystwie.
  - Spier... - zaczął nawet, ale zamilkł gdy Tenks pogroził mu palcem. Szybko nauczył się, że czasami nie warto przekraczać pewnej granicy.
  Nie rozumiał o co chodziło jego srebrnowłosemu nauczycielowi, wyglądało jakby tamten uparł się zrobić z niego wojownika, nawet wbrew woli. Przy czym metody edukacji miał dalekie od ideału. Dzień w dzień Dashir kończył cykl poobijany niemal do nieprzytomności. Noc spędzał w zagrabionej z bazy na księżycu Manure komorze regeneracyjnej, a następnego ranka zaczynali od nowa. Trwało to już niemal tydzień.
  Uciekać nie próbował - nie tylko dlatego, że Tenks szybko uświadomił mu jakie będą tego konsekwencje. Po prostu nie widział specjalnej różnicy w tym, czy czas spędzał gnijąc na Manure, czy służąc jako worek treningowy tutaj. Wkurzało go tylko to, że nic nie rozumiał.
  Srebrnowłosy był potężny, niewyobrażalnie potężny. Sama jego ręka miała większą wartość bojową niż cała Czerwona Gwardia. Dlaczego ktoś taki tracił czas na niego, zwyczajnego Saiyana? Brakowało w tym sensu. Zwłaszcza, że Dashir nie widział u siebie żadnych postępów.
  Zgromadził ki i ruszył do ataku. Wyprowadził serię szybkich ciosów, raz z prawej, raz z lewej. Tenks sparował wszystkie oszczędnymi ruchami jedynej dłoni. Tak samo obronił się przed mocnym kopnięciem mierzonym w szyję, przed próbą podcięcia uskoczył, a wystrzelony z bliskiej odległości ki-blast odbił w powietrze. Odpowiedział delikatnym uderzeniem, wierzchem dłoni w twarz. Dashira odrzuciło jak gumową piłkę od kamiennej ściany - gdyby nie forma SSJ pewnie zginąłby na miejscu. Okręcił się kilkukrotnie i ciężko upadł na ziemię.
  Fuzjowiec cierpliwie czekał aż jego uczeń się podniesie.
  - Uważasz, że jesteś silny? - zapytał, gdy to wreszcie nastąpiło.
  - Nie! - warknął Dashir.
  - No i właśnie w tym tkwi problem. Mylisz się, jesteś bardzo silny. Tylko nie potrafisz sobie tego uświadomić.
  - Nie pieprz! Nie ma we mnie nic wyjątkowego! Ten "problem" tkwi w twojej głowie!
  Tenks roześmiał się szczerze.
  - W wielu kwestiach przyznałbym ci w tym miejscu rację, ale nie tym razem. Stać cię na trzeci poziom Super-Saiyana, a nie udało ci się nawet ponownie osiągnąć drugiego. Z góry się poddajesz.
  - Jesteś ode mnie tysiąc razy silniejszy! - wykrzyknął Dashir desperacko. - Co mogę na to poradzić?!
  - Z takim podejściem nic. No ale dobrze, widzę, że potrzeba ci motywacji... Zoll!
  - Czego chcesz? - zapytał insektoid, który z braku lepszego zajęcia przyglądał się starciom.
  - Zmierzysz się z Dashirem - zakomunikował mu srebrnowłosy.
  - Nie będę brał udziału w twoim szaleństwie.
  - Oczywiście, że będziesz. Jeśli uda ci się go zabić, natychmiast powrócimy do wykonywania misji.
  Pomysł nie spotkał się z aprobatą samego Saiyana.
  - Zaraz, zaraz - powiedział. - Nie denerwujmy się. - Zamilkł, widząc że jest ignorowany.
  - Nie moja sprawa, czy wykonujesz rozkazy, czy nie, Tenks - stwierdził tymczasem Zoll. - Nie ja odpowiadam za powodzenie misji, tylko ty. Generał...
  - Generał może mnie co najwyżej cmoknąć w prawy półdupek - przerwał fuzjowiec. - Co mnie powstrzyma, by zaczepić się tutaj na stałe? Ty? Jeśli zaczniesz mi przeszkadzać, zostaniesz zaginionym w akcji. Rozumiemy się?
  Zoll przez chwilę ważył słowa towarzysza broni.
  - Skąd mam wiedzieć, że naprawdę skupisz się potem na zadaniu?
  - Słowo Saiyana - zapewnił go Tenks, ukazując w uśmiechu równą klawiaturkę zębów.
  - Niech będzie.
  Muchowaty i srebrnowłosy zamienili się na miejsca. Fuzjowiec oparł się wygodnie o leżący w pobliżu głaz i uśmiechnął pod nosem. Piekł dwie pieczenie przy jednym ogniu, gdyż owadopodobny kosmita stanowił dla niego pewną zagadkę. Jako jedyny w oddziale Locka potrafił kontrolować swój poziom ki i chyba także wyczuwać ją u przeciwnika. Ale nie chodziło tylko o to - coś ukrywał, tak mówił Tenksowi instynkt.
  - Uważaj - krzyknął jeszcze do Dashira, przypominając sobie żart którym potraktowano go pierwszego dnia w Gasnących Słońcach. - Ma kwas na odnóżach.
  - To kurwa świetnie - warknął Saiyan, mierząc wzrokiem nowego przeciwnika. Jak nic, wielka mucha, tyle że bez specjalnie rozwiniętego odwłoka i z czterema kończynami o proporcjach jak u większości humandoidów. Nieprzyjemnie się na niego patrzyło, a myśl, że będzie go musiał dotknąć w trakcie walki wzbudzała odruch wymiotny.
  Ale nie zamierzał dać się zabić. Nie czemuś takiemu. Pamiętał, że swojego czasu skauter wskazał u insektoida niecałe dwadzieścia pięć megajednostek. Sam miał nieco więcej, ale zaliczył już dzisiaj kilka rund z Tenksem, co na pewno go trochę osłabiło. Zapowiadało się ciężkie starcie.
  Odpalił aurę i odczekał sekundę, prowokując przeciwnika do ataku. Ten jednak nie nastąpił. Klnąc w myślach, Dashir zostawił za sobą widmo Zanzoken, a sam przeskoczył za plecy Zolla, kopiąc w szyję. Ku swojemu zaskoczeniu, nie napotkał na opór. Nim jeszcze sylwetka przeciwnika zdążyła się rozwiać, coś spadło z góry. Saiyan poczuł uderzenie w kark i momentalnie zrobiło się bardzo ciemno.
  - Nie żyje - stwierdził muchowaty, zerkając na Tenksa. - Czy to cię satysfakcjonuje?
  - Niespecjalnie - odparł niedbale fuzjowiec. - Przeceniasz swoją siłę. Spójrz.
  Faktycznie, złotowłosy zaczął się podnosić. Jednak nim choćby wyprostował w pełni ręce, insekt dopadł do niego i kopniakiem w głowę posłał kilka metrów dalej. Zamroczony Dashir nie zdążył się ocknąć na czas - przeciwnik spadł na niego z góry, wbijając nogą w glebę. Ból przywrócił nieco trzeźwości umysłu i pozwolił uniknąć sporego ki-blasta, który mógłby zakończyć walkę. Eksplozja przytłumiła szósty zmysł Zolla, co w połączeniu z powstałym dymem dało Saiyanowi kilka sekund na pozbieranie myśli.
  Czując krew w ustach, młody wojownik uświadomił sobie, że to nie żarty - że naprawdę walczy o życie. A na pewno nie chciał zginąć z rąk przerośniętej muchy!
  Splunął na czerwono i zastosował jeden ze swoich ulubionych manewrów - wstrzelił ładunek energetyczny w ziemię, kompletnie pokrywając pole walki chmurami kurzu. Następnie założył skauter, odczytując pozycję Zolla. Skupił moc i ruszył z pełną szybkością. Błyskawicznie znalazł się przy muchowatym i zasadził mu potężną fangę w twarz, czy jak to nazwać. Głowa owada odskoczyła jak piłka, reszta ciała podążyła za nią ułamek sekundy później - ale tylko na moment.
  Insekt odwinął się w mocnej, dynamicznej kontrze, rozbijając na drobne kawałki skauter i odpychając Saiyana na kilka metrów. Następnie złączył przednie odnóża i wystrzelił solidny strumień ki, którego Dashir ledwo zdołał uniknąć - a i tak przypaliło mu bok. Ja pierdolę - pomyślał. - To cholerstwo ma sporo większy poziom mocy niż 25 eMJotek. Niedoczekanie, gównojadzie! - wkurzył się.
  Poczuł nagły przypływ energii, którą zaraz uwolnił w jaskrawozłotej eksplozji. Jego włosy wydłużyły się i stały bardziej spiczaste, a moc wzrosła drastycznie. Doskoczył do insektoida tak szybko, że prawie sam się zdziwił. Nie zwlekając, obił mu twarz serią krótkich prostych. Zakończył kombo uderzeniem ki władowanym z najbliższej odległości w korpus. Zoll wystrzelił niczym kula karabinowa, przeszył powietrze i skałę wznoszącą się w pobliżu, po czym wbił się w grunt na głębokość dwóch pięter.
  - Jessst! - ucieszył się Dashir. - Cholera, faktycznie wymiatam! Jakim cudem?
  Na pierwszy rzut oka widział różnicę w swojej sile teraz i sprzed chwili, a już wcześniej dałby głowę, że wykorzystuje maksimum możliwości. Może jednak Tenks wiedział co mówi...
  - Nie dziel skóry na żywym insekcie! - krzyknął do niego fuzjowiec, gdzieś zza chmur pyłu. - Jeszcze nie wygrałeś. - Jakby na potwierdzenie tych słów, gdzieś w pobliżu nastąpił potężny podziemny wybuch.
  W tej sytuacji Zoll miał lekką przewagę - posiadał szczątkowy zmysł wyczuwania ki i w przeciwieństwie do pozbawionego skautera Saiyana, mógł operować na ślepo. Niewiele mu to jednak pomogło. Owszem - zdołał zadać pierwszy cios, gdy wyłonił się z szarego obłoku i kopnął złotowłosego w twarz, ale co z tego, skoro ledwo go drasnął. Dashir chwycił przeciwnika za nogę, techniką młociarzy okręcił się trzy razy i wyrzucił go, z mocą katapulty. Nie pozwolił jednak dolecieć nowej zabawce do ziemi - zjawił się na torze lotu insektoida i odkopnął go pionowo w górę. Przyspieszył raz jeszcze, wyprzedził cel i złączonymi pięściami skierował ponownie ku planecie. Tam, o dziwo, czekał już Tenks, który z pomocą telekinezy spowolnił lot Zolla i pozwolił mu delikatnie opaść na trawę. Muchowaty dyszał ciężko i pojękiwał z cicha - zadane z pełną siłą ciosy Dashira w SSJ2 musiały mu się dać we znaki.
  - Jeszcze ze dwa kopy i wyciągnąłbyś kopyta - skomentował srebrnowłosy. - Jak się czujesz? - Nie uzyskał odpowiedzi. - Hmm, widzę, że wciąż za dobrze.
  Promieniem ki wystrzelonym z palca przebił mu lewy bark. Insekt zawył.
  - Przestań! - wycharczał rozpaczliwie. - Chcesz... mnie zabić?
  - Nie, tylko bardzo pokiereszować - wyjaśnił beznamiętnie Tenks, strzelając po raz drugi. Tym razem rozwalił koledze z oddziału udo.
  - Proszę... Przestań... - jęknął Zoll, panicznie starając się zatamować krwawienie. - Dlaczego...?
  - Wciąż za mało? - zdziwił się fuzjowiec, koncentrując na palcu kolejny ładunek ki.
  - Czekaj! - krzyknął Dashir, lądując. Na jego twarzy nie było szoku ani zdziwienia, raczej zwyczajne zaciekawienie. - Co robisz?
  - Zaraz zobaczysz.
  Tenks skierował utworzoną kulkę energii w stronę muchowatego. Zoll uniósł dłoń w błagalnym geście, ale zaraz ją opuścił. Upływ krwi błyskawicznie pozbawiał go sił, już prawie stracił przytomność.
  W tym momencie nastąpiło coś, czego Dashir zupełnie się nie spodziewał. Jego niedawny przeciwnik zaczął się zmieniać. Z sekundy na sekundę jego owadzie cechy coraz bardziej zanikały, ustepując miejsca zwyczajnemu ciału. Chitynowy egzoszkielet nadwątlił się i wreszcie zupełnie wtopił w skórę. Budząca obrzydzenie musza głowa zyskała humanoidalną twarz, uszy i krótkie, fioletowe włosy.
  - Ha! Wiedziałem! - wykrzyknął fuzjowiec z satysfakcją.
  - Co się dzieje? - zapytał jego uczeń, nieco skołowany.
  - Od jakiegoś czasu to podejrzewałem. Nasz przyjaciel Zoll wcale nie jest prawdziwym owadem, tylko zwyczajnym berserkerem, jak Edge.
  - Kim? Jak kto?
  - Nieważne. Wsadź go do komory regeneracyjnej, bo jeszcze nam tu umrze...

Koniec rozdziału dwudziestego pierwszego.

Notka odautorska:
Ocena tego ile miejsca w tekście zajmą mi poszczególne wątki nigdy nie należała do moich mocnych stron, więc teraz nawet nie próbuję zgadywać za ile rozdziałów to czy tamto się zdarzy. Zauważyłem jednak, że nawet pobieżne rozpisanie sobie poszczególnych wątków bardzo pomaga wszystko ogarnąć, zwłaszcza w kwestii chronologii. Tak czy inaczej, druga część "Gehenny" osiągnie wkrótce punkt kulminacyjny. Oby okazał się ciekawszy niż ten z pierwszej (walka z NLV'owskim oozaru, gdyby ktoś miał wątpliwości ;).


-> Wstęp <- | Rozdział XX <- | -> Rozdział XXII

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.

˙˙űüů˙čéç˙ŘŮŰ˙ÓŘá˙Ďçń˙Ľëě˙– źň‹‹‰8