Częœć druga: Migoczšcy płomień

014 | 015 | 016 | 017 | 018 | 019 | 020 | 021 | 022 | 023 | 024 | 025

Rozdział XIX - Dzień, który zabił, częœć pierwsza

  Masywny, dziesięciometrowy posšg Bardocka górował nad placem niczym strażnik strzegšcy spokoju mieszkańców. Poraniony i w popękanej zbroi, ale stojšcy dumnie, wcišż dajšcy opór Freezerowi - takim właœnie bohater przeszedł do legendy. Niewysoka zabudowa tylko pogłębiała wrażenie wielkoœci statui i czyniła jš przy okazji œwietnym punktem orientacyjnym. Niezliczone rzesze młodych umawiały się "pod Bardockiem". Amarant i jego znajomi nie byli wyjštkami. Ksišżę właœnie zmierzał na spotkanie. Do ustalonej godziny pozostał jeszcze grubo ponad kwadrans, ale i tak się spóŸniał.
  Zgodnie z przewidywaniami, Pan czekała już na miejscu. Z poczštku nie zauważyła jego przybycia, w skupieniu kontemplujšc rzeŸbę i wyrytš na cokole dedykację.
  "Temu, który nas ocalił".
  Przyglšdał się przez chwilę, zanim lekkim pacnięciem w bark nie oznajmił swej obecnoœci. Odwróciła się i uœmiechnęła do niego, po czym przywitała krótkim pocałunkiem w usta.
  - Co się stało, że Wielki B tak cię zaaferował? - zapytał moment póŸniej, wskazujšc kamiennego olbrzyma podbródkiem.
  - Nie wiem. Kiedy tak mu się przyjrzałam zaczšł mi się wydawać dziwnie znajomy.
  - Hmm, to faktycznie dziwne. - Szarowłosy objšł dziewczynę w pasie i udał zamyœlenie. - Sšdzisz, że to może dlatego, że mieszkamy w Bardock City, a jego oblicze jest na co trzecim skrzyżowaniu? - zapytał bardzo poważnie. Po chwili zarobił kuksańca w bok.
  - Bardzo œmieszne. No już, puœć mnie, bo jeszcze Kuuja nas zobaczy.
  Pokręcił głowš, ale spełnił proœbę.
  - Wcišż nie rozumiem dlaczego się przed nim kryjemy.
  - Nie znasz go tak dobrze jak ja. Wiem co robię, tak będzie lepiej.
  - Prędzej czy póŸniej będziemy musieli mu powiedzieć!
  - To nie takie proste. Tłumaczyłam ci przecież, dorównaj mu w walce, to sytuacja się zmieni. A właœnie, może wczoraj dałeœ radę?
  Skrzywił się wyraŸnie.
  - To nie takie proste - powiedział, zanim zdšżył ugryŸć się w język. - SpóŸniłem się, bo długo siedziałem w komorze regeneracyjnej. Ale nadal nie rozumiem o co właœciwie chodzi - stwierdził z wyrzutem.
  - Uwierz mi, znam go od lat. Mógłby to wszystko opacznie zrozumieć.
  - To znaczy jak?
  - Co jak? - zapytał Kuuja, który właœnie lšdował na placu. - Czeœć Pan, dawnoœmy sie nie widzieli.
  - Kuuja! - zdziwili się jednoczeœnie. - Jakim cudem nasze skautery cię nie wykryły? - zapytała dziewczyna.
  - Trenowałem tłumienie ki do ostatniej chwili. Myœlę, że całkiem nieŸle mi idzie. Dobrze, że już jesteœcie, mam dobre wieœci. Możemy zrobić próbę generalnš przed starciem z NLV. Reaktywowali "Pod Pełniš". Już całkowicie legalnie.
  - O - zdziwiła się Pan. - To... œwietnie!
  - Niestety, zresetowali rankingi - dodał Lanfan.
  - Rozumiem, że będziesz chciał odzyskać fotel lidera? - zapytał Amarant.
  - Nie, po cholerę mi to? Ale chętnie wypróbuję na kimœ postronnym to, czego mnie nauczyłeœ przez ostatnie tygodnie, zanim rzucę się na Lettusa.
  - W sumie, mogę chyba powiedzieć to samo. To mogš zresztš być ostatnie dni moich wakacji. Ci zieloni ambasadorzy zbierajš się już do odlotu. Lada chwila zostanę księciem na pełen etat.
  - Biedaku - ironizował Kuuja - jakże my ci współczujemy. Ale, cholera, wtedy znowu zostanę sam na cały Legion - uœwiadomił sobie. - Pan, mam nadzieję, że ty też trenowałaœ?
  - Oczywiœcie. W naszej sali grawitacyjnej. I trochę z Vivim.
  - Z Atomowym Karzełkiem? Z litoœci nie zapytam, czy chociaż raz wygrałaœ.
  - Zdziwiłbyœ się.
  - Tak? No to zobaczymy.

  Swojska mordownia nie zmieniła się zbytnio od czasu ich poprzedniej wizyty. Wcišż przypominała skrzyżowanie dyskoteki z kameralnym stadionem do hyperballa, a przynajmniej tak widział to Amarant. Œredniej wielkoœci arena walk otoczona trybunami (wyłšcznie miejsca stojšce) na jakieœ dwieœcie osób plus, w pewnym oddaleniu od ringu, trochę stolików i maszyny z prowiantem suchym i płynnym.
  Główna różnica w porównaniu do pierwszych odwiedzin księcia w tym miejscu polegała na znacznie mniejszej niż wtedy frekwencji. O tej porze większoœć bywalców odsypiała walki z poprzedniego wieczora. Mimo to, plotka, że kiedyœ przyłapano tu syna króla zrobiła swoje i nawet teraz, rankiem zjawiło się kilkudziesięciu wojowników, w tym paru naprawdę niezłych, choć tu Kuuja był innego zdania.
  - Co za dno, nikogo ciekawego. Same cieniasy.
  - Hej! - zaprotestował stojšcy najbliżej saiyański byczek, ale Lanfan osadził go na miejscu samym spojrzeniem. Reputacja pół-legendarnego niepokonanego i do tego lubišcego łamać ręce robiła swoje.
  - Spójrzcie na tablicę rankingowš - białowłosy kontynuował krytykę. - W takim towarzystwie nawet Pan zostałaby liderkš. Bez urazy, mała - rzucił do Saiyanki, którš Amarant już musiał przytrzymywać, by nie wydrapała ich wspólnemu przyjacielowi oczu.
  Po jakimœ kwadransie znudzony totalnie Kuuja wyzwał na pojedynek pierwszego z brzegu Super-Saiyana. Pokonał go w niecałš minutę, nawet nie zakładajšc stroju ochronnego. Przysmażył złotowłosemu twarz na osłonie wokół areny, po czym machnšł na wszystko rękš i usiadł przy jednym ze stolików, sšczšc napój karmelowy. Pan wzięła udział w trzech walkach z jakimiœ nisko notowanymi wojownikami, zwyciężajšc oczywiœcie bez problemów. Amarant zgodził się na starcie z jakšœ odzianš w obcisłš skórę Saiyankš, wyraŸnie majšcš nieczyste zamiary. Na wszelki wypadek zakończył to szybko, pozbawiajšc przeciwniczkę przytomnoœci jednym Kiaiho. Poza tym dał się sfotografować z trzema czy czterema młodzieńcami, którzy rozpoznali go jako księcia.
  Na tej idylli minęła im jakaœ godzina. Wówczas, tuż po tym jak Amarant wzišł się za wypełnianie dziennego zapotrzebowania na kalorie (spieszył się, więc œniadanie zjadł bardzo lekkie - ledwo trzy dania) do klubu wszedł krępy osobnik na którego od razu wszyscy zwrócili uwagę, gdyż ani Saiyanem, ani Lanfanem nie był choćby po częœci. Niewielu z obecnych jednak zdało sobie sprawę z kim majš do czynienia, gdyż mało kto orientował się jak wyglšdajš wysłannicy Wszechsojuszu Planet.
  Opatulony w wielowarstwowš szatę kosmita o zielonej twarzy najpierw niespiesznie rozejrzał się po wnętrzu budynku, a następnie podszedł do pierwszego z brzegu Saiyana i zaczšł go chyba o coœ wypytywać. Ksišżę i jego przyjaciele siedzieli zbyt daleko, by słyszeć rozmowę, ale tak to właœnie wyglšdało, gdyż przybysz co chwilę kiwał w zadumie głowš. Po dłuższej chwili ambasador ruszył w kierunku terminalu rejestrujšcego. Kuuja momentalnie poderwał się z krzesełka.
  - Oszalał! - stwierdził.
  - Jak to? - zdziwiła się Pan.
  - Przecież nie może tu walczyć! Ambasadorzy sš nietykalni, jeœli coœ mu się stanie, będzie wojna.
  - O chołeła - zaklšł z pełnymi ustami ksišżę. Przełknšł po sekundzie. - Co robimy?
  - Skšd mam wiedzieć? Ty tu jesteœ księciem!
  - Fakt - przyznał Amarant, niestety od zawsze miał ten problem, że podczas jedzenia jego poziom IQ drastycznie spadał. - Musimy... eee... go powstrzymać.
  - Błyskotliwe - skomentował Lanfan. - Wprost nie mogę się doczekać, gdy przejmiesz tron, naprawdę...
  - Może póŸniej pobawimy się w sarkazm? - zasugerowała Pan.
  - Dobra - rzucił białowłosy. - Zostawcie to mnie. - Szybkim krokiem podszedł do kończšcego rejestrację kosmity. Ukradkiem rzucił okiem na monitor, wyłapujšc spoœród danych interesujšce go imię. - Ambasador Bass, o ile się nie mylę?
  Obcy odwrócił się, byli podobnego wzrostu, ale zielonoskóry miał wyraŸnie mocniejszš budowę ciała.
  - Tak, a...?
  - Mam na imię Kuuja, jestem synem lorda Garlanda. Ojciec wiele mi o panu opowiadał.
  - Aha. Tak, tak, kojarzę go - przyznał tonem sugerujšcym, że jego zdanie o lordzie nie jest zbyt pochlebne.
  - To zaszczyt pana tu spotkać, ambasadorze. Czy mogę zapytać, co pana tu sprowadza?
  - Nic takiego. Interesuje mnie kultura saiyańska. Chciałem zobaczyć jak te wasze, o przepraszam - zreflektował się - ich oœrodki rozbudzania agresji wyglšdajš od œrodka.
  - Wyzwalania - poprawił Lanfan. - Kontrolowanego wyzwalania agresji.
  - Właœnie. Skoro już tu jesteœ, może pomożesz mi wybrać przeciwnika odpowiedniego do moich umiejętnoœci. Ciekawi mnie tutejszy poziom.
  - Nie wiem czy to dobry pomysł, ambasadorze. W trakcie walki mógłby pan zostać ranny.
  - Wštpię. Poza tym, to wszystko przecież niegroŸna zabawa. Tak przynajmniej wma... mówili nam Saiyani z Rady Królewskiej.
  - No tak, ale czasami zdarzajš się wypadki...
  - Zaryzykuję - przerwał mu kosmita. - Więc, kto tu jest najsilniejszy?
  - Tak się składa, że ja.
  - W takim razie wyzywam cię na pojedynek.
  - Obawiam się, że muszę odmówić.
  - Mówiłeœ, że nazywasz się Kuuja? - Zaczšł stukać w klawiaturę. - O, jesteœ. Tylko jedna walka, niezbyt dobre miejsce w rankingu. Nie możesz odmówić.
  - Mogę, system zaliczy walkower.
  - No tak, powinienem był się tego spodziewać. Lanfa-jin. Jesteœcie rasš tchórzy.
  Białowłosy uœmiechnšł się.
  - Tak jest - przyznał. - Bardziej tchórzliwej i dwulicowej pan nie znajdzie. Kradniemy Saiyanom geny, by stać się silniejsi, a potem każemy im wierzyć, że sš od nas gorsi. Nic dziwnego, że nas nienawidzš, prawda?
  - Prawda. A teraz odsuń się...
  - Nie. Wyzywam pana na pojedynek, ambasadorze.

  - Możesz mi wyjaœnić jak do tego doszło? - zapytała Pan, gdy Kuuja zaczynał zrzucać swój zwyczajowy biało-niebieski strój. Czarny kombinezon i zbroja już czekały obok.
  - Nie jestem pewien. Swojš drogš, mogłabyœ wyjœć? To męska szatnia!
  - Myœlisz, że nigdy nie widziałam gołego faceta? - zapytała z szelmowskim uœmiechem. Amarant z jakiegoœ powodu zakrztusił się właœnie pitš z butelki wodš mineralnš.
  - Gówno mnie to obchodzi - niezbyt przekonujšco wymamrotał Lanfan, po czym skupił się na przywdziewaniu stroju bojowego.
  - Więc, jaki jest plan? - zaciekawił się ksišżę.
  - Wchodzimy na arenę, wymieniamy kilka przyjacielskich uwag, po czym kończymy walkę i idziemy na piwo.
  - A poważniej?
  - Nie wiem. Coœ dziwnego jest w tym goœciu.
  - Skauter wykrył niecałe cztery emjotki - przypomniała Pan.
  - Jestem pewien, że tłumi ki. Ale nie o to mi chodzi. To nie jest ambasador.
  - Nie?
  - To znaczy, jest oczywiœcie ambasadorem wszechsojuszu, ale nie zapominaj, że mój ojciec jest dyplomatš. Potrafię rozpoznać ten gatunek. Nasz Bass zachowuje się, porusza i mówi jak wojownik. Choćby wrzucił na siebie jeszcze tonę ubrań, nie zdoła tego ukryć.
  - Nie chcę podważać twoich zdolnoœci wywiadowczych czy spostrzegawczoœci - zaczęła Pan tonem, jakby za chwilę zamierzała właœnie to zrobić - ale chyba trochę przesadzasz? Nasi ojcowie sš w radzie i majš z nim kontakt na co dzień. Gdyby był taki groŸny, chyba nie pozwoliliby mu poruszać się po planecie swobodnie?
  Saiyanka, nie zdajšc sobie z tego sprawy, miała dużo racji. Niestety, wyznaczony do œledzenia Bassa wojownik Złotego Szwadronu miotał się w tej chwili po stolicy, zastanawiajšc się gdzie też mógł zniknšć jego cel. Był trzecim z kolei "opiekunem" ambasadora, ale nie radził sobie z pilnowaniem zielonoskórego dużo lepiej niż poprzednicy.
  - Może i przesadzam, ale instynkt mówi mi to, co mówi. Dlatego zamierzam po raz pierwszy założyć to badziewie. - Podniósł zbroję z hypergumy. - Jak to się rozpina, do ciężkiej cholery?!

  - Nie założył pan regulaminowego pancerza - zauważył Kuuja, gdy znaleŸli się już z Bassem na arenie.
  - Mój strój całkowicie mi wystarczy, chyba że ci przeszkadza, mogę walczyć bez ochraniaczy.
  - Nie przeszkadza.
  Od czasu zalegalizowania OKWAka nie stosowano tu już specjalnych okolicznoœci walki, więc po kilkunastu sekundach wojownicy otrzymali sygnał do rozpoczęcia walki - z głoœników na pełen regulator poleciał pasujšcy do klimatu lokalu szlagier Guano Oozaru - "Under The Red, Bloody Moon". Kuuja nawet lubił tę kapelę, więc od razu poczuł skok adrenaliny. Jego zapał ostudził przeciwnik, który momentalnie zjawił się pół metra przed nim i krótkim, ale mocnym hakiem posłał na osłonę wokół areny. Lanfan odbił się od niej nogami i po salcie wylšdował z powrotem na ziemi. Stał tam jakieœ półtorej sekundy, zaraz błyskawicznie podcięty. Nim dotknšł gruntu, potężne kopnięcie posłało go w powietrze. Na szczęœcie wiedział co robić w takich sytuacjach - wprawił ciało w ruch wirowy, jednoczeœnie próbujšc okreœlić położenie przeciwnika. Wyczuł go i zobaczył nad sobš - zielony przyczaił się na suficie. Lanfan wykorzystał impet lotu, by zaatakować obrotowym kopnięciem. Bass sparował je bez wysiłku, po czym wstrzelił w Kuuję strumień energii z najbliższej odległoœci. Białowłosy przebył drogę powrotnš ku podłodze kilkukrotnie szybciej niż w górę. Głucho uderzył o posadzkę.
  Wstał po kilku sekundach. Krótki rzut okiem na tablicę wyników potwierdził jego własne odczucia. Przegrywał zero do czterech. Trafiona szczęka promieniowała bólem, ciosy na korpus zostały na szczęœcie złagodzone przez zbroję, która jednak nadwerężyła się nieco.
  Bass powoli opadł na podłoże w pobliżu osłony. Nic nie powiedział, ale jego kpišcy wzrok i uœmieszek wyrażały wystarczajšco wiele treœci. Kuuja postanowił więc nieco wyrównać starcie. Zaparł się stopami w ziemię, zacisnšł pięœci i rozpoczšł gromadzenie mocy. Mięœnie na udach i ramionach zadrgały, po chwili to samo stało się z podłogš. Atmosferę wypełniło wrażenie mocy zbliżajšcej się do krytycznego punktu. Wkrótce został on przekroczony - energia Lanfana eksplodowała jasnš aurš, na moment oœlepiajšc wszystkich obserwatorów.
  Gdy odzyskali wzrok, ukazał się im zupełnie nowy Kuuja. Teraz z całš pewnoœciš dorównywał muskulaturš Bassowi, może nawet lekko go przewyższał. Przede wszystkim jednak rzucała się w oczy nowa barwa jego włosów - czerwona.
  - On jest Super-Lanfanem! - wykrzyknęła zdumiona Pan. - Widzisz to, Amarant!?
  - Cóż... - mruknšł ksišżę. Spojrzała na niego podejrzliwie.
  - Wiedziałeœ, prawda? - syknęła niczym rasowa żmija. - I nic mi nie powiedziałeœ!
  - Cóż... - Rozłożył bezradnie ręce, ale na wyjaœnienia zabrakło czasu, gdyż pojedynek właœnie miał się rozpoczšć na nowo.
  Tym razem to Kuuja zaatakował. Wystartował sprintem ku przeciwnikowi, z takim impetem, że przy każdym kroku pozostawiał w podłodze ringu lekkie wgłębienia. W połowie drogi zniknšł, materializujšc się sekundę póŸniej w powietrzu, za plecami zielonego. Uderzył potężnym kopniakiem z półobrotu w kark. Ambasador przeleciał pół areny zanim zarył twarzš w twardš posadzkę. On także nie podniósł się od razu. Ale kiedy już wstał, to bardzo dynamicznie, bez żadnych problemów.
  - Tego mniej więcej się spodziewałem - stwierdził, chrupišc szyjš na prawo i lewo. - Słyszałem, że wojownicy z tej planety lubiš podobnie zaskakiwać, ale pierwszy raz widzę to na własne oczy. Ale jeœli sšdzisz, że sytuacja zmieniła się choćby minimalnie, to muszę cię wyprowadzić z błędu. Żeby zmusić mnie do walki na serio wcišż brakuje ci z pół metra włosów i dwadzieœcia centymetrów w barach.
  - Zamknij się i walcz - odparł krótko Kuuja, błyskajšc pozbawionymi tęczówek oczami.
  - Czemu nie. - Bass wzruszył ramionami. - Choć nie widzę w tym większego sensu, chyba że trzymasz jeszcze w rękawie jakieœ asy...
  Zaatakował od razu gdy skończył mówić, podobnie jak za pierwszym razem pojawiajšc się tuż przed Kuujš i uderzajšc, czy raczej taranujšc, z obu pięœci w klatkę piersiowš. Lanfan usłyszał tylko pękajšcš zbroję (a przynajmniej miał nadzieję, że to nie żebra) i poleciał do tyłu, jak wystrzelony z procy. Tym razem nie zdołał odwrócić się w żaden sposób i wpadł na osłonę całš powierzchniš ciała, przypalajšc sobie lekko lewy łokieć. Odbił się tak szybko, jak mógł, przechodzšc do kontrataku, przynajmniej w założeniu. Zadał kilka ciosów, których ambasador uniknšł bez problemów, nie odchylajšc się nawet specjalnie od pionu. Lanfan zastosował podcięcie, ale Bass uskoczył, kopišc jednoczeœnie w twarz. Siła jego ciosów zadziwiała, Kuujš rzuciło jak manekinem i musiał włożyć trochę wysiłku w odzyskanie równowagi. Nie na wiele się to zdało - gdyż zielony wystrzelił żółtawy ki-blast, który i tak posłał młodego wojownika na ziemię.
  Tym razem podniósł się od razu, ułożył dłonie w szpony, przybliżył je do klatki piersiowej, nieco z prawej i rozpoczšł gromadzenie czerwonej ki. Zamierzał wykorzystać jeden z ataków, których potrafił używać wyłšcznie w formie Super-Lanfana. Ambasador, czujšc gęstniejšca energię, zatrzymał się, zaciekawiony co też się stanie.
  - Znam to! - krzyknęła Pan, ponownie zdumiona. - Widziałam go raz. To technika pani Garnet!
  Tym razem Amarant nie komentował, Kuuja nigdy mu się nie chwalił niczym podobnym. Żaden sparing go do tego nie zmusił. To tylko uœwiadamiało księciu jak wiele jeszcze wysiłku musi włożyć, by dorównać swemu lanfańskiemu przyjacielowi. O ile w ogóle kiedykolwiek zdoła.
  Między dłońmi czerwonowłosego utworzyło się coœ na kształt sztucznych ogni - skwierczšcy i sypišcy iskrami, intensywny energetyczny płomień krwistej barwy. Po chwili Lanfan, układajšc nadgarstki doœć podobnie jak przy starej, ziemskiej Kamehameha, z okrzykiem "FLARE!", uwolnił ki. Nastšpił błysk i moc pomknęła wšskim, jasnym strumieniem w kierunku przeciwnika. Ten przyjšł atak na skrzyżowane ramiona i został dosłownie zdmuchnięty, a zaraz potem przyszpilony do elektrycznej œciany otaczajšcej ring, gdzie, po kilku sekundach naporu fali, nastšpiła eksplozja. Cała mordownia utonęła w ogłuszajšcym huku i czerwonej poœwiacie, widzowie na trybunach oberwali deszczem drobnych, twardych odłamków - osłona nie wytrzymała.
  Ale Bass wytrzymał.
  Ambasador stał twardo w miejscu, wcišż ze skrzyżowanymi przed twarzš ramionami. Częœciowo popalone rękawy odsłaniały dłonie i ozdobione bršzowymi plamami przedramiona. Palce miał zakończone krótkimi, ale ostrymi pazurami.
  Widzšc to wszystko, Kuuja zaklšł. Skoro Flare nie zadziałało, znaczyło, że ma większe kłopoty niż mu się wydawało. Zwłaszcza, że organizm przekazywał mu wyraŸne sygnały o koniecznoœci zwolnienia tempa.
  - NieŸle, chłopcze - pochwalił zielony. - Moja kolej! - BASS RIFF! - wykrzyknšł, skupiajšc energię. Cofnšł ręce, po czym wyrzucił je gwałtownie do przodu, strzelajšc trzema strumieniami ki na raz - jednym z ust. W locie smugi zaczęły wirować wokół siebie i formujšc się w charakterystyczny warkocz, pomknęły po lekkim łuku w kierunku Kuuji. Lanfan wyczekał do ostatniej chwili i uskoczył na lewo. Niewiele to dało - atak, zamiast przelecieć bezpiecznie obok, ni z tego, ni z owego eksplodował, i to zanim jeszcze Kuuja zdšżył ponownie dotknšć ziemi. Krótki, ale zadziwiajšco mocny wybuch aż wyrzucił go na trybuny. Gdy wreszcie, po kilku kozłach od twardej nawierzchni, zatrzymał się, poczuł jak coœ ciepłego i lepkiego œcieka mu po twarzy i szyi. Krwawił z nosa i uszu. Nic nie słyszał, nie liczšc może uporczywego wysokiego pisku gdzieœ ze œrodka głowy. Zaklšł ponownie, bardzo brzydko, a miny pochylonych nad nim Saiyanów z publicznoœci zdradziły, że ich zmysły sš w jak najlepszym porzšdku. Chyba nawet coœ mówili. Spróbował wstać i pociemniało mu przed oczami.
  - Koniec walki - ogłosił Bass, masujšc jednš z dłoni.
  - To jeszcze nie koniec - Pan zaprotestowała zdecydowanie. - Nie stracił drugiej formy, więc jest przytomny.
  - Nawet jeœli, już się nie podnie... - Zamilkł, gdyż Kuuja przyjmował właœnie pozycję pionowš. Chwiał się trochę i dyszał potwornie, ale z sekundy na sekundę stał coraz pewniej. Z twarzš pokrytš krwiš i jednolicie białymi oczami wyglšdał doœć makabrycznie. Popalona i popękana zbroja nadawała się już wyłšcznie na œmietnik.
  - Tylko na tyle cię stać? - zapytał, spluwajšc krwiš. - Czymœ takim nie pokonasz Saiyana...
  Bass nie słuchał. Przyœpieszył momentalnie, dopadajšc do przeciwnika i wbijajšc mu pięœć w brzuch. Kuuja skulił się, właœciwie zawisajšc na pięœci zielonego. Poprawka w podbródek posłała go w powietrze. Po odbiciu się od jednej ze œcian ponownie wylšdował na posadzce. Zakaszlał kilka razy, po czym znów zaczšł się podnosić. Nie zdšżył - Bass był szybszy. Kopniakiem w bok posłał młodego Lanfana w kolejnš wycieczkę lotniczš.
  Pan zacisnęła usta, żeby nie krzyczeć. Dłonie same zaciskały się jej w pięœci, wiedziała jednak, że Kuuja nigdy by jej nie wybaczył, gdyby teraz się wtršciła.
  Amarant także to wiedział, ale on nie wychowywał się na Nowej Plant, gdzie ki-wojownicy kroczšcy po ulicach byli na porzšdku dziennym. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że w tym wypadku zwrot "nigdy nie wybaczy" należy traktować dosłownie. Dlatego też, gdy Bass uniósł rękę do następnego ciosu, ksišżę chwycił go za przedramię i doœć mocno odepchnšł - tak, że tamten aż uderzył o œcianę. Zaskoczony ambasador dopiero po kilku sekundach wrócił do rzeczywistoœci. Widzšc z kim ma do czynienia, uœmiechnšł się przymilnie i nieprzyjemnie.
  - Jesteœ tutejszym księciem, prawda? Czy właœnie nie zaatakowałeœ mnie, i to zupełnie nie sprowokowany? Bardzo ciekawe, następca tronu rzuca się na nietykalnego ambasadora i to przy pięćdziesięciu œwiadkach!
  - Nie ma żadnych œwiadków - uœwiadomiła mu Pan, podchodzšc powoli. - Ty tam - wskazała najbliższego Saiyana o bardzo długich włosach - widziałeœ coœ?
  - Eee... nie, nic a nic - odparł z lekkim uœmiechem.
  - Wy, pod œcianš. Czy ksišżę zaatakował ambasadora?
  - Nie jesteœmy pewni, akurat patrzyliœmy w innš stronę.
  - Jestem pewna, że kamery także nic nie zarejestrowały. Saiyańska technologia, często zdarzajš się awarie... Widzi pan więc, ambasadorze Bass, że musi się pan jeszcze raz zastanowić zanim zacznie pan rzucać oszczerstwa przeciw następcy tronu Nowej Plant. - Przykucnęła obok Kuuji, który wyglšdał już, jakby zupełnie nie miał œwiadomoœci co się wokół niego dzieje.
  - Jeszcze zobaczymy - odparł zielony z dziwnš pewnoœciš siebie.
  Powiedziawszy to, skierował się do wyjœcia. Zaraz po nim "Pod Pełniš" opuœcił Saiyan z widocznymi na pancerzu oznaczeniami NLV. Pan na ten widok nieco zbladła, Amarant wyraził swoje zdanie dosadniej.
  - Jak to jest - zaczšł, gdy wyczerpał mu się repertuar przekleństw - że zawsze jak tu przychodzimy, ładujemy się w kłopoty?

Koniec rozdziału dziewiętnastego.

Notka odautorska:
Nigdy wczeœniej nie pisałem dwuczęœciowego rozdziału, ten zresztš też nie powstawał z takim założeniem. Dopiero w trakcie pisania dwudziestki uznałem za dobry pomysł połšczenie ich wspólnym tytułem.
Sama idea chodziła mi po głowie od dawna. W DKS'ie, gdzie co drugi czapterek kończył się zawieszeniem akcji, nie miało to jednak zbytnio sensu. Fabularna konstrukcja "Gehenny" jest nieco inna, więc oczekiwałem, że okazja nadarzy się prędzej czy póŸniej. No i nadarzyła się właœnie teraz.


-> Wstęp <- | Rozdział XVIII <- | -> Rozdział XX

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należšcych do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi zwišzanych.

!‹šÚĺÇ°OďѡŁoFś´iŰMz6ôiŁkFÖ­­hÓFÚHÓFš6´i2ľíš%…ꇞJTůG6‰ŁĺQÚą“?(ăÚO<˛Ćô•źęÓVŢ­˝ZjŇlć…[ØźŤc‘>ž?R:-›Z´ŮŚÍ6iŤoV“9ŻR”EúyeĘTś“ “%l†É[!˛^É{!˛!ą˛)ąąˇĆÂĘLä‘)awý›'ýüî⍬ÔÔÔĐÔÔŮoU5ZŃMŃĘhă6ÖM2i›o&™6˛mdÚÉŚLź™y0ÉŚMŹ›Y4É˝fŰÍŚmŠ|̖'5czĽKŇŮŰGł—y¤HälQňFŽÍŚm3mpÚáŚm3iţGÍüHÜ~QÍ