Część druga: Migoczący płomień

014 | 015 | 016 | 017 | 018 | 019 | 020 | 021 | 022 | 023 | 024 | 025

Rozdział XVIII - Najsilniejszy z Saiyanów

  Skała eksplodowała z głośnym hukiem, rozpadając się na kawałki, z których żaden jednak nie dotknął ziemi. Wszystkie wyparowały jeszcze w powietrzu, ustrzelone serią szybkich promieni ki.
  - I kto jest najlepszy? - zapytał sam siebie Dashir. - No kto? Dashir, najszybszy Saiyan po tej stronie Mgławicy Mięczaka. Dziękuję, dziękuję. - Pokłonił się wyimaginowanej publiczności. Zaraz potem jednak westchnął ciężko.
  - Pieprzona asteroida - wznowił monolog. - Pieprzona armia. Pieprzone zesłanie. Czym sobie zasłużyłem, żeby tu gnić?
  Tak po prawdzie, wiedział czym. Odesłanie do mało ważnej placówki granicznej było i tak dość łagodną karą za oplucie lanfańskiego oficera, zabicie trzech żołnierzy służb bezpieczeństwa i poturbowanie dalszych czterech. Mógł zostać skazany nawet na śmierć, a powinien co najmniej na wygnanie. Jednak wyrok zamieniono na karną służbę - należał do najbardziej udanych tworów Instytutu Rozwoju i góra nie chciała go stracić.
  - Pieprzony instytut. Pieprzone układy. Pieprzone machinacje genetyczne.
  Nienawidził tego wszystkiego, a chciał od życia tylko jednego - żeby zostawiono go w spokoju. Nie pchał się na świat i uważał, że jest tu całkowicie zbędny. Wychowując się w instytucie widział jak inni poddają się programowi wychowawczemu, jak zaczynają wierzyć w te wszystkie bzdury, którymi ich karmiono. "Odrodzona rasa." "Wpływ na losy wszechświata." "Szansa od losu." Hasła dla malutkich i słabych - potrzebujących poczucia, że ich życie naprawdę ma jakieś znaczenie. Gardził takimi ludźmi, a jednocześnie było mu ich żal. Wszystkich. Nawet Lettusa i tych, którzy podążyli za nim. Jego pożalcie się bogowie "saiyańskich legionów". Owszem, może udało mu się dostrzec, że nie wszystko jest tak jak mówili "ci mądrzy" w instytucie, ale uległ złudzeniu, że będzie w stanie zmienić. Kiedy zaproponował współpracę Dashirowi, ten tylko roześmiał mu się w twarz. Wówczas ich przyjaźń się zakończyła. Szkoda, lubił Lettusa, trzymali się razem odkąd pamiętał.
  Dlaczego życie jest takie popieprzone? - pomyślał.
  Wrota wejściowe bazy otwarły się i z budynku wyszły dwie osoby - Pars i Kara. Dwójka podrzędnych Saiyanów, dla których służba na podobnej asteroidzie była spełnieniem wszelkich marzeń. Pieprzona parka. Wydawało im się, że są tu na wakacjach. Dashir lubił uświadamiać im, że się mylą.
  - Dashir... - zaczął Pars ostrożnie. Bali się go od początku. Wiedzieli czemu tu trafił, a w bezpośredniej konfrontacji nie mieliby żadnych szans. Malutkie dusze, codziennie drżące o swój i tak nic nie warty żywot. - Ruszamy na patrol.
  Saiyan zerknął na nich krzywo. Jasne, na patrol. Jak zwykle, zaszyją się w jakimś lasku skalnym i będą nawzajem patrolować swoje przednie partie, ku chwale Nowej Plant. Takich właśnie żołnierzy nam trzeba - stwierdził w duchu.
  - Gdzie dowódca? - zapytał swoim niskim, lekko wibrującym głosem.
  - Śpi.
  Czyli suka leży zalana w trupa, także nic nowego. Tym lepiej, nie będzie przeszkadzać. Miała chyba jakąś babską słabość do tej dwójki i pewnie kazałaby mu zostać. A on się nudził i zamierzał urozmaicić sobie dzień, choćby zwiedzając asteroidę po raz dwusetny.
  - Lecę z wami - rzucił, z satysfakcją obserwując wyraz zawodu, który pojawił się na twarzach obu młodych. Dzisiaj nie będzie macanka.
  - Ale... - zaprotestował słabo Pars, szybko jednak zamilkł, zgaszony nie znoszącym sprzeciwu spojrzeniem. Wystartowali chwilę później.
  Asteroida na której stacjonowali właściwie nie zasługiwała na swoje miano - był to miniaturowy księżyc, krążący wokół gazowego giganta w jednym z peryferyjnych układów planetarnych Koalicji. Miał nawet swoją nazwę - Manure. Fakt faktem, że dało się go oblecieć, bez przesadnego pośpiechu, w kilka godzin, a krzywiznę linii horyzontu dostrzec nawet bez trudu gołym okiem. Ale księżyc, to księżyc, już nie byle kosmiczna skała.
  Aby dobrze poznać to osobliwe ciało niebieskie wystarczyło spatrolować je trzy, cztery razy. Nieliczne punkty orientacyjne łatwo zapadały w pamięć. Tu krater, tam górka, ówdzie jeziorko albo formacja skalna (choć ilość tych ostatnich kurczyła się z szybkością wprost proporcjonalną do stopnia znudzenia Dashira). I absolutnie nic ciekawego. Nawet atmosfera trzymała się tu tylko dzięki sztucznym generatorom grawitacji zakopanym głęboko pod ziemią. Mimo to Manure miała ogromne znaczenie strategiczne - stanowiła jedyny w promieniu kilku parseków skrawek lądu na tyle stałego, by móc tu zamontować systemy radarowe i zostawić kogoś, żeby ich bronił.
  W praktyce oznaczało to, że gdyby w razie utraty kontaktu z księżycem, należało się szykować na przyjęcie na Nowej Plant czegoś silniejszego od jego ostatniej załogi. Rozważania czysto akademickie, bo w tej części kosmosu nie istniało nic, co mogłoby koalicji zagrozić. A przynajmniej tak mówiono.
  Dlatego też, gdy patrolujący natrafili na obcy statek kosmiczny, zdziwili się niemało. To jednak nic w porównaniu do zaskoczenia, które stało się ich udziałem, gdy ze statku wyszedł mężczyzna o dwóch głowach, w pomarańczowym mundurze. Ukryci za skałą obserwowali go przez chwilę, z przerażeniem przyjmując do wiadomości dane ze skauterów.
  - Czterdzieści megajednostek! - Pars wykrzyczał szeptem. - A w statku może być ich więcej, mają jakieś pole tłumiące. Co robimy?
  Dashir spojrzał na niego z nieukrywaną pogardą. Kolejna cecha słabych - w sytuacji kryzysowej zamiast sami reagować, zawsze szukali wsparcia.
  - A co proponujecie? - zapytał, niezbyt starając się ukryć drwinę w głosie.
  Nic nie zauważyli, zbyt byli przerażeni.
  - To zagrożenie piątego stopnia - przypomniała Kara. - Szkolenie przygotowało nas na radzenie sobie z trzecim, maksymalnie czwartym stopniem. Powinniśmy się wycofać.
  Ucieczka, oczywiście. Właśnie tak jak sądził.
  - Wycofujcie się więc, skoro chcecie. Zawiadomcie dowództwo, i takie tam.
  - A ty? Zamierzasz zostać - odgadła dziewczyna. - Nawet ty nie masz szans!
  - I tak byście nie zrozumieli. - Naprawdę tak myślał, bo sam nie do końca rozumiał swoje motywy. Wiedział jedno; takim poziomem mocy dysponowało trzech, może czterech Lanfanów na Nowej Plant i szanse na zmierzenie się z którymkolwiek z nich należało oceniać na bliskie zeru. Tu zaś okazja sama wpadała mu w ręce. - No już, wypieprzajcie - ponaglił.
  Z ulgą obserwował jak się oddalają. Nienawidził, gdy ktoś mu się wcina w plany. A teraz zamierzał zrobić coś bardzo istotnego, bo właściwie dać się zabić. Jak odejść, to z wielkim hukiem, nie?
  Bez dalszej zwłoki, wyskoczył zza skały, stając z dwugłowym oko w oko, czy raczej oko w oczy.
  - Wkroczyliście na teren Koalicji Saiyańsko-Lanfańskiej - oznajmił. - Wycofajcie się, albo skorzystam z przysługującego mi prawa i wykopię was siłą.
  - Te-Tenks miał rację - stwierdziła jedna z głów. - Wy-wy-wy...
  - Tak, wykryli nas - dopowiedziała druga. - Tym lepiej. Ty tu dowodzisz? - zwróciła się do Dashira.
  - Czyli odmawiacie? - uznał Saiyan, koncentrując ki. Grunt zadrżał mu pod stopami. Dawno już nie przemieniał się w SSJ, zapomniał jak przyjemne bywa to uczucie. Z ulgą uwolnił domagającą się tego moc, zalewając okolicę jasnożółtym światłem. Obie głowy zareagowały na nową barwę jego włosów ze stoickim spokojem. Nic dziwnego, nawet w nowej formie nie miał czterdziestu megajednostek mocy.
  - Nie musimy walczyć - stwierdził ten bez wady wymowy. - Ale w twoich oczach widzę, że bez tego się nie obędzie.
  - Punkt za spostrzegawczość - rzucił Dashir, strzelając w niego ładunkiem ki. Dwugłowy zmuszony był do przyjęcia go na blok, jako że bezpośrednio za plecami miał statek, z którego wysiadł. Przyjął więc, lekkim ruchem dłoni odbijając energię w niebo. Saiyan podążył za swoim atakiem, kopiąc w lewe kolano. Kosmita uskoczył w powietrze, kontrując serią ki-blastów z góry. Niecelnie - Dashir uniknął za pomocą kilku szybkich salt w tył, a przy ostatnim lądowaniu wstrzelił garść miniaturowych pocisków w podłoże. Okolica momentalnie zniknęła w chmurze pyłu.
  Nawigując przy pomocy skautera, złotowłosy rozpędził się i zaatakował zamaszystym kopnięciem. Zaskoczony przeciwnik oberwał bezpośrednio w jedną z głów, aż gruchnęło. Saiyan wykorzystał chwilową przewagę i potraktował go jeszcze serią błyskawicznych prostych z obu rąk, solidnie obijając żebra i brzuch. Zakończył kombo mocnym akcentem - solidną falą ki w korpus, z najbliższej odległości. Kosmita wystrzelił jak z procy, znikając w rzednącym dymie.
  Dashira opanowała euforia, z trudem powstrzymywał się od głośnego śmiechu. Działo się z nim coś dziwnego. Miał poczucie, że gdzieś z wewnątrz, z głębi jego jestestwa wypływa ogromna moc, przekraczająca możliwości Super-Saiyana. Krążyła tuż pod skórą, wystarczyło tylko po nią sięgnąć.
  Sięgnął więc.
  Księżyc Manure zadrżał groźnie i nieomal wypadł z orbity. Lock i Lorr podnieśli się, próbując zachować równowagę na niestabilnym podłożu.
  - W porządku? - zapytał sierżant.
  - Nic mi nie jest. - Lorr splunął krwią z rozciętego dziąsła. Ze zdenerwowania aż przestał się jąkać. - Dobrze, ze zdążyłeś zablokować ten ostatni atak. Generał miał rację. Ci Saiyani są twardzi.
  - Ale nie mieli być aż tak twardzi. Cholera, znowu tu leci!
  Faktycznie, ich złotowłosy przeciwnik ponownie ruszył do ataku. Wyglądał teraz jak jeden wielki, świecący na żółto piorun. Jego włosy wydawały się jeszcze bardziej spiczaste niż przed chwilą.
  - Wariant trzeci - Lock rzucił hasło.
  W sytuacji, gdy każda połowa ciała kontrolowana jest przez osobny, autonomiczny układ nerwowy, nawet nauka chodzenia może sprawiać problemy. Wypracowanie koordynacji niezbędnej do walki to już mordęga do kwadratu. Ale Lockowi i Lorrowi się udało. Co więcej - nieraz udowodnili, iż można taki układ wykorzystać na swoją korzyść.
  Atak przyjęli w powietrzu, obróceni prawym bokiem do przeciwnika. Ta strona należała do Locka i to on miał za zadanie zablokować cios, czego dokonał z pewnym trudem. Następne uderzenia sprawiły mu jeszcze więcej problemów, mimo iż bronił się rękami i nogami, a raczej - ręką i nogą. Piąty z kolei, prawy sierpowy, przyjął już właściwie na twarz.
  - Jak idzie? - zapytał, wycofując ich wspólne ciało o kilka metrów.
  Jedną z jego cech było dzielenie się zawartą w organizmie ki, co oznaczało, iż latanie w jednym kierunku wymagało albo mocnej chęci współpracy albo poddania się jednego z braci woli drugiego. Dla wygody zwykle korzystali z tego drugiego rozwiązania, tak jak teraz, gdy Lorr koncentrował się na czym innym.
  - Kończę - odpowiedział, nie otwierając oczu. - Już!
  Obrócili się momentalnie, tak, że jąkająca się głowa znalazła się dokładnie na wprost szarżującego na nich Saiyana. Lorr uniósł dłoń.
  - DEATHAND! - wykrzyczał, posyłając w kierunku blondyna uformowany w kształcie dłoni ki-blast. Oponent, zbyt rozpędzony, by w jakikolwiek sposób zareagować, zdziwił się dopiero gdy kleiste, energetyczne palce zacisnęły się na jego ciele, przylegając niczym szyta na miarę kamizelka. Zobaczył jak dwugłowy macha mu na pożegnanie, a potem poczuł gwałtownie rosnące ciepło.
  - O kur... - zaczął przekleństwo, ale reszta słowa utonęła w huku eksplozji tak silnej, że mimo iż nastąpiła na sporej wysokości, utworzył się spory krater. Braci odrzuciło niemal poza atmosferę, która kończyła się tu zaledwie kilkaset metrów nad ziemią.
  - Mógłbyś być trochę ostrożniejszy - Lock ofuknął brata. - Mogłeś uszkodzić statek. Ale widzę, że dopracowałeś tę technikę. Nieźle.
  - Dzięki. W osta-ta-tatecznej w-wersji ma na-najpierw pró-próbo-bować zmiażdżyć prze-prze-prze...
  - Ale już jest nieźle - sierżant przerwał mu łagodnie. Nie potrafił zbyt długo słuchać tego jąkania się.
  - O cho-cho... - Lorr panicznym gestem wskazał znów szarżującego na nich Saiyana. Wyglądał na wkurzonego, ale tylko tyle zauważyli, gdyż był naprawdę szybki. Lock oberwał w nos, aż rozległo się nieprzyjemne chrupnięcie. Jego brat próbował skontrować, ale złotowłosy bez trudu uniknął lewego sierpowego i przeskoczył nad braćmi, obunożnym kopnięciem posyłając ich ku podłożu.
  Wyhamowali częściowo - uniknęli wbicia w skalisty grunt, ale i tak rozpłaszczyło ich na powierzchni. Poderwali się zaraz, w ostatnim momencie unikając posłanego swoim śladem ki-pocisku. Rozpędzili się i ponownie poderwali w powietrze, strzelając na oślep we wszystkie strony. Niezbyt dobra taktyka, o czym przekonali się bardzo szybko - gdy na plecy spadł im kolejny cios. Tym razem nie zdołali wytracić pędu.
  - Widzę, że obrywacie, sierżancie - usłyszeli w słuchawkach ociekający słodyczą głos. - Może potrzebujecie jakiejś pomocy?
  - Tenks! Długo tu jesteś?
  - Jakąś chwilę. Tamci w bazie właściwie nie stawili oporu.
  - Dobrze się bawisz?
  - Przyznaję, nieźle.
  - Może byś nam pomógł, do cholery?
  - Nie ma problemu. Bez odbioru.

  Fuzjowiec nie kłamał, oglądał walkę z prawdziwą przyjemnością. Ze względu na tamtego Saiyana. Przerywał mu zabawę z nieukrywanym żalem. Prawdziwie imponująca moc - może nie dzisiaj i nie dla niego, ale jeszcze dziesięć lat wcześniej, na Ziemi... Albo w czasach Majin Buu. Wszystko to wydawało się tak odległe, zupełnie jakby miało miejsce w innym życiu.
  - Dobry jesteś, chłopcze - stwierdził, zastępując Dashirowi drogę. Dostrzegł zdziwienie. - Skauter mnie nie wykryje - uzupełnił. - Potrafię wygasić swoją ki.
  - Jesteś silniejszy od tego dwugłowego freaka? - zapytał rzeczowo tamten, wskazując ruchem podbródka wiszącą bezwładnie, owinietą bandażami prawą rękę Tenksa.
  - Nie pokonasz mnie, jeśli o to pytasz.
  - To się okaże! - Upojony nową mocą Dashir rzucił się do ataku, ale przeszył tylko widmo. Półsaiyan pojawił się za nim.
  - Słuchaj... wiem, że czujesz się teraz niepokonany. Nie dziwne, osiągnąłeś właśnie drugi stopień Super-Saiyana. Znam to.
  - Chcesz mi wmówić, że też jesteś Saiyanem?
  - Pół-Saiyanem, uściślając.
  - Rozumiem, że dlatego twoje włosy są srebrnego koloru?
  - Mniej więcej. To dłuższa historia, więc przejdę od razu do puenty: nie masz szans, ale nie chcę cię zabijać, więc możesz się poddać.
  Tamten roześmiał się tylko.
  - A jeśli uznam to za kiepski blef?
  - Popatrz no w ten swój okular.
  Tenks skumulował moc. Nie całą, to byłaby zbędna popisówka. Uznał, że aby przemówić młodemu do rozsądku wystarczy mniej więcej dwa razy więcej niż on sam posiadał.
  - Niemożliwe! - stwierdził tamten na widok odczytu. - To niemal poza skalą! Zaraz... - Zdjął skauter i wyrzucił go, uśmiechając się z wyższością. - Bardzo sprytne. Ta gadka o Saiyanach i tak dalej. Tak naprawdę nie jesteś jednym z nas, prawda? Jak rozregulowaliście urządzenia? Jakimś wirusem? Ten dwugłowy też nie miał czterdziestu megajednostek, dlatego go pokonałem.
  Tenks westchnął.
  - Pokonałeś go, bo stałeś się silniejszy, tak trudno w to uwierzyć?
  - Silniejszy może. Ale nie tak silny. Saiyani osiągają maksimum około trzydziestu megajednostek, więc co, nagle stałem sie najpotężniejszy? Zebraliście za mało informacji, żeby mistyfikacja się powiodła.
  - Bez kitu, nie ma nikogo silniejszego? - zapytał Tenks, szczerze zawiedziony. - To dlatego tamci w waszej bazie byli tak żałośnie słabi. Cholera, aż się zdołowałem.
  - Dość gadania. Zobaczymy jak silny jesteś naprawdę, kaleko!
  Uwolnił aurę, otoczyły go charakterystyczne dla SSJ2 wyładowania elektryczne, ale nie zdążył zaatakować. Półsaiyan błyskawicznie znalazł się za jego plecami i ogłuszył, trafiając kantem dłoni w kark. Włosy Dashira wróciły do czarnej barwy, a on sam spadł z nieba jak kamień.
  - Mówi się: niepełnosprawny - poprawił fuzjowiec.

  Początkowo słowa generała Joya nie bardzo do niego docierały. Polecieć na Nową Plant, planetę zamieszkaną przez rasy Saiya i Lanfa i wspomóc tamtejszy ruch oporu. Puste zdanie, którego znaczenie dopiero z czasem zdołało wryć się w umysł Tenksa.
  Gasnące Słońca wciąż powiększały kontrolowaną przez siebie część kosmosu i oto na jednej z granic trafiły na niespodziewany opór - Koalicję. Starcia oddziałów zwiadowczych ze strażnikami granic szybko pokazały, że, używając eufemizmu, nie będzie to łatwy przeciwnik. Zwykle w takich momentach przekazywano sprawę wyżej, do Umierających Gwiazd. Tutaj takie rozwiązanie nie było możliwe z prostego powodu - Edge nigdy nie zamierzał rozszerzać swoich wpływów tak daleko. Cathan, działając na własną rękę od prawie dekady, doprowadził do sytuacji w której królestwo niebieskiego olbrzyma stało się stosunkowo niewielkim państewkiem wewnątrz jego własnego, znacznie rozleglejszego.
  Ale oznaczało to, że nie mógł bez wzbudzania podejrzeń wysłać pacyfikatorów Gwiazd na Nową Plant. Gasnące Słońca zaś nie miały w swoich szeregach wystarczająco potężnych wojowników. A przynajmniej Joy sądził, że nie mają. Należało szukać innych rozwiązań, a ściślej - to właśnie generał musiał ich szukać, co czynił od ponad roku. Zgromadzone dane wywiadu dawały wiele możliwości, ale żadnej stuprocentowo pewnej metody. Teraz jednak los jakby sam podsunął mu genialne w swojej prostocie rozwiązanie. Wręcz nie mogło się nie udać.
  "A może by tam wysłać Tenksa i zobaczyć co się stanie?"
  Jak pomyślał, tak zrobił, podając pierwszy pretekst jaki mu się nasunął. Na tej całej Plant mieli swoje konflikty, jakieś organizacje powstańcze i takie tam. Rozkazał krnąbrnemu szeregowcowi dołączyć do jednej z nich. Kto wie, co wydarzyłoby się, gdyby kazał szeregowemu po prostu usunąć planetę z mapy wszechświata. Nie przyszło mu to jednak do głowy, bo jakkolwiek inteligencji mu nie brakowało, to w kwestiach ki miał spore braki wiedzy i wyczucia.
  W ten oto sposób nieświadomie zmienił losy wszechświata.

  Oddział Tenksa zebrał się w kwaterze Koalicji, w centrum łączności. Oryginalny personel, cała czwórka, leżał bez przytomności pod ścianą, obezwładniony przy pomocy środków farmaceutycznych.
  - Okej, podsumujmy - zaczął sierżant Lock. - Tenks, Zoll, bierzecie statek i lecicie na Nową Plant. Oznaczyłem wam miejsca, gdzie możecie wylądować. To tak zwana Wolna Strefa, nie podlega władzy tamtejszego reżimu. Tam poszukacie kontaktu z którąś z grup rewolucyjnych i pomożecie jej wprowadzić jak największe zamieszanie. Ja, Dawg, Blob i oczywiście Lorr, zostaniemy tutaj, bo za bardzo rzucamy się w oczy. Będziemy obsługiwać tutejsze radary, podlewać kwiatki i tak dalej, coby tamci się nie zorientowali, że coś jest nie tak. Na statku macie sprzęt komunikacyjny, Zoll potrafi go obsługiwać. - Muchowaty skinął głową. O ile dało się odczytać z mimiki jego owadziej twarzy, perspektywa przebywania przez dłuższy czas z samym Tenksem niespecjalnie go cieszyła. - Będziecie nam przekazywać regularne raporty. Jakieś pytania?
  Blob uniósł mackę i wymlaskał przydługie zdanie, ale odpowiedziały mu tylko sceptyczne spojrzenia pozostałych, więc zamilkł.
  - Co zamierzacie zrobić z nimi? - Saiyan wskazał Dashira i pozostałych.
  - Najlepiej byłoby ich zabić... - zaczął Dawg'Mutt. Fuzjowiec zmarszczył brwi.
  - Ale równie dobrze możemy zamrozić ich w komorach hibernacyjnych - uspokoił sytuację dowódca. - Niech sobie spokojnie czekają na lepsze czasy.
  - Dobra, ale tego, który cię pobił zabieram ze sobą.
  Pomysł nie spodobał się nikomu. Zoll prychnął, Dawg ze zdziwienia wywalił jęzor, Blob aż podskoczył, a Lorr wyjąkał "po-po-popie-pierdo...?, zanim przerwał mu sierżant:
  - Ocipiałeś? - zapytał. - Po co?
  - Przyda mi się przewodnik.
  - Ucieknie ci i wszystko się wyda.
  - Nie ucieknie...
  - Nie upilnujesz go przez cały czas!
  - Jeśli ucieknie, rozwalę planetę.
  Na to Lock nie miał odpowiedzi. Tenks często zachowywał się jak ostatni wariat, ale gdy mówił coś w tym guście, należało go potraktować poważnie.
  - Dobra - poddał się. - Tylko pamiętaj, żeby w razie czego wcześniej ewakuować siebie i Zolla.
  - Jasne - Saiyan uśmiechnął się tajemniczo. - Możesz mi zaufać.

Koniec rozdziału osiemnastego.

Notka odautorska:
A więc, zgodnie z wcześniejszą obietnicą, wracamy na Nową Plant. Myślę też, że skoro już będziemy w pobliżu, przy okazji można sprawdzić co tam słychać u Amaranta i reszty ;)


-> Wstęp <- | Rozdział XVII <- | -> Rozdział XIX

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.

065536368656d613e000000000000000000000000000000000000003c3f786d6c2076657273696f6e3d22312e302220656e636f64696e673d225554462d3822207374616e64616c6f6e653d226e6f223f3e0d0a3c64733a6461746173746f726549 74656d2064733