Część druga: Migoczący płomień

014 | 015 | 016 | 017 | 018 | 019 | 020 | 021 | 022 | 023 | 024 | 025

Rozdział XVII - Planeta niespodzianek

  - Wyczuwam śmierć - powiedział Gedeon, wpatrując się w dal swoimi przenikliwymi, lisimi oczami. Mroźny wiatr raz po raz smagał jego twarz kolejnymi śnieżno-lodowymi ciosami, ale on zdawał się tego nie zauważać. Unosił się w powietrzu pewnie, nie zwracając uwagi na ataki wichury, mimo iż musiały one wywierać ogromne ciśnienie na rozpostarte na całą szerokość skrzydła. Tych właśnie skrzydeł Calypso zazdrościł bratu najbardziej: pięknych, pokrytych ostrymi jak brzytwy piórami, w barwach krwistej czerwieni i głębokiego błękitu. Nie to co jego własne; szare i błoniaste, jak u nietoperza.
  Chwilę trwało, nim zorientował się, że Gedeon oczekuje od niego odpowiedzi.
  - Nie tylko my potrafimy zabijać - stwierdził, licząc po cichu, że na tym rozmowa się zakończy. Wiedział, że to raczej płonne nadzieje.
  - Ale to nasz teren. Nikt poza nami nie ma prawa tu zabijać. Nie uważasz?
  - Przestań... - Calypso spojrzał bratu prosto w oczy. - Obaj wiemy dokąd to zmierza. I tak tam polecimy. Po co te wszystkie gadki?
  - Ale ty jesteś nudny. Czasami nie wiem po co właściwie kazałem cię stworzyć. - Kiedy młodszy z braci nie odpowiedział na zaczepkę, kontynuował: - Dzisiaj mam ochotę na większe łowy. Daliśmy im dość ostrzeżeń, czas przejść do meritum.
  Po chwili zagłębili się w burzę.

  - Co... co mi zrobiłeś? - wyjęczał Rygyn. - Na bogów... Co... co ty mi zrobiłeś...?
  Tenks nie spuszczał wzroku z przeciwnika, tak jakby nie chciał przegapić ani sekundy ze sceny, która rozgrywała się przed jego oczami. Dyszał ciężko, a z nozdrzy ciekły mu strużki krwi. Także oczy miał przekrwione do granic możliwości. Nie miało to znaczenia.
  - Zapewne zabrzmi to cynicznie - odpowiedział powoli - ale nie jestem w stanie ci wyjaśnić. Nie starczy mi czasu, zanim nie umrzesz.
  Najstarszy syn Cathana na jego oczach obracał się w pył. Przy każdym ruchu, czy nawet podmuchu wiatru jego ciało rozpadało się na mikroskopijne cząstki. Wizualnie bardzo przypominało to efekt powstający, gdy ktoś otrzepuje się z kurzu. Różnokolorowego kurzu.
  - Nie... nie czuję nóg... rąk... - Rygyn mówił coraz słabiej. Właściwie nie dało się go już rozpoznać, skóra twarzy przestała istnieć, pozostała pokryta gdzieniegdzie mięśniami czaszka. - Nie... proszę... odwróć to... pro... - Zamilkł.
  - Nie potrafię - odparł Tenks, nie wiedząc, czy tamten jeszcze go słyszy. Czy w ogóle żyje.
  Kilka chwil później, gdy i resztki szkieletu rozproszyły się na wietrze, chorąży stał się historią.
  Test Disruptora wypadł pomyślnie. Tak jakby.
  Saiyan lewą dłonią otarł krew z twarzy. W prawej, która posłużyła do wykonania ataku, stracił władzę. Ot, nieprzewidziany skutek uboczny. Chwilowy. Chyba.
  Przed oczami latały mu ciemne plamy. Desperacko łapał oddech, próbując zapewnić dopływ odpowiedniej ilości powietrza do mózgu, ale jeszcze przed kilkoma minutami całkowicie sprawne płuca, teraz buntowały się przeciw takiemu wysiłkowi. Nie powinienem był tego robić - pomyślał. - Trzeba było skręcić mu kark albo sprasować klatkę piersiową. Znowu popełniłem błąd.
  Ale na kimś musiał wypróbować technikę. Zdobyć pewność, że nawet Edge jej nie przetrwa. Rzeczywiście, okazała się skuteczna, ale jednocześnie bardzo ryzykowna. Teraz byle chłystek mógł go ustrzelić.
  Braci Rygyna się nie obawiał - musieli oddać całą energię, by chorąży mógł mu dorównać i zapewne stali się bezbronni niczym nowonarodzone kociaki. Wciąż jednak gdzieś tu krążyło rodzime zło planety.
  Ciekawe jak wielkiego pecha musiałbym mieć, by właśnie teraz na nie trafić - zapytał sam siebie.
  Ledwo to pomyślał, kątem oka ujrzał zdekapitowany korpus, który przeleciał nie dalej niż trzy metry od niego. Zamrugał z niedowierzaniem i prawie przegapił zdążającą tą samą trasą głowę. Bez wątpienia należała do jednego z synów Cathana, ale nie rozpoznał, czy był to Kajko, Kokosz, czy może któryś z pozostałych.
  Wkrótce pojawił się i on - anioł zagłady. Najpierw Saiyan poczuł emanację potężnej, mrocznej mocy, a zaraz potem z zamieci wyłoniła się skrzydlata, pokryta krwią istota. Straszna, ale też na swój sposób piękna. Drapieżnik, dla którego Tenks nie był przeciwnikiem, a zaledwie ofiarą. Tak też go zresztą potraktował - jak jastrząb jaskółkę. Spadł z nieba, niczym błyskawica, atakując szponami, które zdobiły jego dłonie i zostawiając na piersi fuzjowca cztery podłużne, czerwone ślady. Tylko dzięki swojemu refleksowi srebrnowłosy uniknął znacznie gorszego losu.
  Napastnik wyhamował płynnie i odwrócił się z gracją wykluczającą latanie wyłącznie za pomocą ki. Widać skrzydła, choć dwukolorowe, nie służyły tylko za ozdobę. Nie miał na sobie ubrania - skórę, od szyi w dół chroniła jasnawa sierść, znacznie krótsza na rękach i nogach.
  Stwór uśmiechnął się nieprzyjemnie, uniósł pazurzastą dłoń i powoli zlizał z palców krew Tenksa. Oczy rozbłysły mu groźnie.
  - Saiyan - stwierdził krótko, a jego głos zabrzmiał jakby mówił "wątróbka".
  - Jesteś pewien? - Srebrnowłosy usłyszał zza pleców. Szybki rzut oka wystarczył, by potwierdzić, że sytuacja jest jeszcze gorsza niż to się przed chwilą wydawało. Dokładnie dwa razy gorsza.
  Ten drugi różnił się trochę od pierwszego. Zamiast futra pokrywała go ciemna łuska, a skrzydła miał raczej "smocze" niż "anielskie". Wszystko to jednak stanowiło nieistotne subtelności, bo z oczu patrzyło mu równie źle.
  - Oczywiście, że jestem pewien, braciszku. Tego smaku się nie zapomina, choć to chyba mieszaniec.
  Łuskowaty niecierpliwie oblizał wargi.
  - Nieważne - powiedział. - Chcę spróbować. Obiecałeś mi następnego.
  - W rzeczy samej - przyznał jego brat, wykonując dłonią zapraszający gest. - Jest twój.
  Tenks nie zamierzał stanowić elementu zimnego bufetu, więc, z braku lepszego pomysłu, postanowił grać na czas:
  - Hola, panowie! Bez nerwów proszę. Może się jakoś dogadamy? No bo wiecie, jestem bardzo żylasty, łykowaty i miejscami strasznie cierpki.
  - I wygadany - zauważył ten z kolorowymi skrzydłami - jak na Saiyana.
  - Widzę, że dobrze nas znasz.
  - Nie słyszałeś, że należy poznać naturę swego wroga?
  - Jesteśmy wrogami?
  Stwór roześmiał się głośno.
  - Nie zasługujesz na to miano - stwierdził pogardliwie. - Saiyani mogący się nazywać moimi wrogami wymarli dawno temu.
  - Przesadzasz - odezwał się "smoczy" brat, jakby nieco znudzony. - Ten, co go spotkaliśmy ostatnio był bardzo silny. Nie zapominaj, że musieliśmy walczyć we dwóch.
  - Wyjątek potwierdzający regułę. - Futrzasty wzruszył ramionami. - Dzisiejsi to ledwie zdegenerowana namiastka dawnych.
  - Jak bardzo dawnych? - zaciekawił się Tenks, dla którego ta rozmowa stała się nagle niezwykle interesująca.
  - Nie byłbyś w stanie tego nawet pojąć.
  - Kim był ten Saiyan? - kontynuował fuzjowiec, niezrażony. - Ten poprzedni. Znacie jego imię? Jak wyglądał? Co się z nim stało?
  - Bardzo żeś wścibski, jak na trupa.
  - Odpowiedzcie! - zagrzmiał srebrnowłosy, akcentując wypowiedź potężnym impulsem ki. Nie wiedział skąd wziął na niego siły, ale moc, którą poczuli wyraźnie wywarła na skrzydlatych wrażenie.
  - Nazywał się Son Goku - stwierdził łuskowaty. - Zabiliśmy go.
  - Kim jesteś, Saiyanie? - zapytał jego brat, mrużąc nienawistnie oczy. - Skąd wy się bierzecie? - wycedził, ale widać było, że traci panowanie nad sobą. - Nie możecie wreszcie wyginąć, jak normalna rasa!? - Rozłożył skrzydła, szykując się do ataku.
  - Gedeon! - powstrzymał go drugi. - On jest mój, nie zapominaj!
  - Więc zabij go! Na co czekasz!?
  - W tej chwili.
  Ale Tenks nie zamierzał umierać. Nie teraz, gdy dowiedział się, że Goku nie żyje. Dotychczas, gdzieś tam w głębi serca wciąż tliła się iskierka nadziei. Że Goku powróci i zaprowadzi porządek, tak jak to dokonywał tego za każdym razem. A teraz, gdy Zaświaty przestały istnieć, nie mógł nawet zostać przywrócony do życia, choćby znalazł się na to jakiś sposób.
  Należało jednak porzucić złudzenie, że wszechświat zawsze będzie mógł polegać na wychowanym na Ziemi Saiyanie. On już swoje zrobił. Teraz odpowiedzialność spoczywała na innych - tych, którzy przetrwali. Ta świadomość nieoczekiwanie zapewniła Tenksowi dziwne poczucie wewnętrznej siły. Na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za dalsze losy kosmosu. Tylko on sam mógł teraz naprawić popełnione błędy.
  Wyczerpanie momentalnie go opuściło. Przedramieniem zablokował zamaszyste kopnięcie łuskowatego, chwycił za kostkę i z całej siły rzucił stworem w jego brata. Zderzyli się z nieprzyjemnym, suchym trzaskiem łamanej kości, tworząc kotłowaninę kończyn i skrzydeł. Fuzjowiec nie zastanawiał się nad tym, tylko ruszył do ataku. Uderzył na odlew w pierwszą głowę, która się z tej konstrukcji wyłoniła, wybijając ząb "anielskiemu". Chciał poprawić z prawej, ale ręka mimo krążącej w żyłach adrenaliny, pozostała bezwładna.
  Stracił ułamek sekundy, co od razu się na nim zemściło. Futrzasty poraził go piekielnie gorącymi promieniami z oczu, parząc twarz. Saiyan zawył z bólu i po chwili oberwał pazurzastą łapą w szyję - Gedeon zdążył odkopnąć brata i odzyskać swobodę ruchu. Trysnęła krew, choć tętnica, na szczęście pozostała cała. Skrzydlaty zamachnął się lewą, celując w głowę, ale fuzjowiec złapał jego nadgarstek i ścisnął, miażdżąc kości i zmuszając przeciwnika do krzyku. Pociągnął go gwałtownie i uderzył czołem w twarz. Nie trafił dokładnie - zęby tamtego poraniły go boleśnie.
  Kolejnego ataku nie zdążył wyprowadzić. Drugi ze stworów, mimo złamanego skrzydła, latał zupełnie sprawnie, co udowodnił mijając walczących na pełnej prędkości i orząc plecy Saiyana ostrymi jak brzytwy szponami. Srebrnowłosy wrzasnął, okręcił się i posłał za nim szybki, ale mocny pocisk ki. Trafiony "smoczy" stracił na moment przytomność i poleciał w dół, dymiąc. Przypominał zestrzelony samolot.
  Na podziwianie tego widoku brakło jednak czasu, bo w międzyczasie ocknął się futrzasty. Rzucił się na Tenksa z furią, wyprowadzając szybkie ataki, na przemian z obu rąk. Saiyan szybko darował sobie blokowanie - pazury tamtego poraniły mu przedramię - i skoncentrował na unikach, próbując dojrzeć jakąś lukę i wyprowadzić kontratak. Znalazł ją dość szybko i od razu wykorzystał - uderzył przeciwnika w podbródek, niemal łamiąc mu przy tym kark.
  Moment triumfu popsuty został przez strumień ciemnej ki, który nadleciał nie wiadomo skąd, trafiając w lewy bark i odpychając o jakieś dziesięć metrów. To "smoczy" powrócił szybciej niż powinien. Tenks uśmiechnął się, ignorując spływające po twarzy krople krwi. Plecy pulsowały bólem, coraz trudniej było złapać oddech. Zaczęło się też robić przeraźliwie zimno.
  Kończysz się, stary - powiedział sobie. - To może być twoja ostatnia walka... albo i nie.
  - Hej, chłopaki! - powiedział na tyle głośno na ile mógł. - Powiedzcie mi coś... jak szybko potraficie latać dzięki tym skrzydełkom?
  Zatrzymali się, zdziwieni i popatrzyli po sobie nawzajem, jakby nie rozumiejąc, albo wręcz przeciwnie - doskonale rozumiejąc co się zaraz wydarzy.
  Saiyan zacisnął pięść i aktywował jasną aurę. Uniósł dłoń w górę, koncentrując na niej pozostałą ki i tworząc błyskawicznie rosnącą kulę energii. Drapieżni bracia obserwowali ten proces z narastającym przerażeniem. Okazali się odważniejsi niż Tenks oczekiwał, a może po prostu mieli słaby refleks - tak czy inaczej, uciekli dopiero, gdy pocisk osiągnął wielkość domku jednorodzinnego.

  - Tu go nie ma - zauważył Dawg'Mutt, omiatając wzrokiem śnieżną wydmę rozciągającą się pod nimi.
  - Co ty nie powiesz - rzucił zgryźliwie sierżant Lock. - Zoll, macie coś?
  - Ja nie, ale Blob chce coś powiedzieć.
  - O bogowie...
  Blob w locie przypominał ubłocony kłębek zgniłozielonej wełny. Jego nietypowa struktura ciała uniemożliwiała założenie sprzętu komunikacyjnego, zaś bulgoty i mlaśnięcia, które z siebie wydawał nie przebijały się przez hałas śnieżycy, dlatego porozumiewał się na migi.
  - Trzy słowa - zaczął zgadywanie Dawg. - Pierwsze... Wydma? Śnieg? Nie. Tutaj? Tak, tutaj! Drugie. Tenks? Tak, wiadomo, to było łatwe. Trzecie. Zaprzeczenie? Aaa, "nie"? Aha, czyli "tutaj Tenks nie"? Hmm, sierżancie...
  - Tak, wiem, Tenksa tu nie ma. Lorr - zwrócił się do syjamskiego brata - powiedz mi coś...
  - T-tak?
  - Dosięgniesz zębami do mojej szyi?
  - C-co? Cze-czemu pytasz?
  - Odgryź mi głowę, mam dosyć.
  - Czy-czy to ro-rozkaz?
  Lock zawył, ale zanim zdążył zrobić coś głupiego, odezwał się Zoll.
  - Sierżancie, chyba widzę w czym problem. Ktoś przesterował nasze odbiorniki. Nie wykrywamy sygnału Tenksa, tylko pewnie jakiś zakopany w śniegu nadajnik. Tak naprawdę on jest...
  W tym momencie na horyzoncie, w oddali pojawił się rozbłysk potężnej eksplozji, tak jasny, że dostrzegli go mimo grubych warstw śniegu i lodu w powietrzu. Sekundy później dotarł do nich najsilniejszy podmuch wiatru, jakiego doświadczyli na tej planecie. Masy mokrej bieli uderzyły w oddział, niemal strącając żołnierzy z nieba, na chwilę zrobiło się też gorąco. Musieli włożyć sporo wysiłku w to, by nie rozwiać się po niebie jak pyłki kurzu.
  - Niech zgadnę. Właśnie tam jest? - zapytał sierżant, gdy sytuacja się uspokoiła.
  - Eee... tak.
  Ruszyli od razu. Sekundy później dotarli na skraj krateru tak ogromnego, że nie mogli dostrzec jego drugiego końca, mimo tego iż fala uderzeniowa wybuchu uspokoiła burzę w promieniu wielu kilometrów. Podążając za sygnałem nadajnika odnaleźli leżącego w śniegu Saiyana. Nie ruszał się.
  - Ży-żyje? - zapytał Lorr, gdy Dawg wylądował przy trupie i dokonał jego oględzin.
  - Obawiam się, że tak...
  - Świetnie - stwierdził krótko Lock. - Zabieramy go i wzywamy transportowiec. To awaryjna sytuacja, nie mogą nam odmówić.
  - Sierżancie, mogę zadać pytanie? - zagadnął muchowaty Zoll.
  - Jeśli musisz...
  - Dlaczego atak, który stworzy taki krater nie zniszczył całej planety?
  - Nie wiem. I mam nadzieję, że nigdy się nie dowiem.

  Generał Joy nie należał do osób tchórzliwych, ale mimo to zawsze odczuwał lekki niepokój, gdy musiał rozmawiać bezpośrednio ze swoim przełożonym. Odczuwał wobec Cathana większy respekt niż wobec kogokolwiek innego. Dlatego też zanim zdał mu raport z wydarzeń na Gehennie, wypalił pół paczki papierosów. Tak na wszelki wypadek, gdyby błękitnooki zapomniał go później zapytać o ostatnie życzenie.
  O dziwo, przyjął on jednak wieści zupełnie dobrze.
  - Rozumiem, że moi synowie nie żyją? - zapytał, z ekranu komputera komunikacyjnego. - Wszyscy? - upewnił się.
  - Tak. Obawiam się, że nie byłem w stanie temu zapobiec. Sytuacja wymknęła się spod kontroli.
  - To bez znaczenia. Ostrzegałem Rygyna, by trzymali się od Tenksa z daleka. Skoro nie posłuchali, sami są sobie winni.
  - No właśnie, Tenks twierdzi, że, nie licząc Rygyna, to nie on ich zabił. Za resztę, jak twierdzi, odpowiedzialne jest "coś" z tej planety.
  - Czy udało ci się ustalić źródło tamtejszego zagrożenia?
  - Nie. Tenks twierdzi, że niewiele pamięta.
  - Jaki jest jego stan?
  - Dobry, nie licząc tej prawej ręki. Jest sparaliżowana. Nasi lekarze nie są w stanie mu pomóc. Udało im się zaledwie powstrzymać obumieranie. Nie wiemy co się mogło stać. Pozostałe rany są do wyleczenia.
  - Dobrze... Nie wysyłaj go więcej na Gehennę. Jeżeli przeszkadza ci w głównej bazie, odeślij go do jakiejś odległej placówki. Im bardziej odległej, tym lepiej.
  - Rozumiem.
  - Wiem, że rozumiesz - stwierdził Cathan sucho. - Czy chcesz jeszcze o coś zapytać?
  - Czy... Czy Tenks jest jedną z Umierających Gwiazd?
  - Jest jednym z Gasnących Słońc - zaakcentował przywódca. - Jeszcze coś?
  - Nie, to wszystko.

Koniec rozdziału siedemnastego.

Notka odautorska:
Gedeon i Calypso to jedne z najwcześniej wymyślonych postaci "Gehenny". Miałem swojego czasu spory dylemat, czy uda mi się wykreować czarne charaktery, które dorównają Caulifowi, Dark Kaioshinowi czy Cieniowi. Wymyśliłem wielu, ale wszystkie projekty odrzucałem, często z niesmakiem. Dopiero ci dwaj wywołali we mnie uczucie, że "będzie dobrze". Czy faktycznie będzie, ocenicie Wy, czytelnicy. Bo, że skrzydlaci bracia jeszcze się pojawią, nie muszę Was chyba zapewniać? ;)


-> Wstęp <- | Rozdział XVI <- | -> Rozdział XVIII

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.

6; \lsdsemihidden0 \lsdunhideused0 \lsdpriority68 \lsdlocked0 Medium Grid 2 Accent 6;\lsdsemihidden0 \lsdunhideused0 \lsdpriority69 \lsdlocked0 Medium Grid 3 Accent 6;\lsdsemihidden0 \lsdunhideused0 \lsdpriority70 \lsdlocked0 Dark List Accent 6; \lsdsemihidden0 \lsdunhideused0 \lsdpriority71 \lsdlocked0 Colorful Shadi