Część druga: Migoczący płomień

014 | 015 | 016 | 017 | 018 | 019 | 020 | 021 | 022 | 023 | 024 | 025

Rozdział XVI - Na poważnie?

  Planeta Gehenna uraczyła Gasnące Słońca chłodnym przyjęciem. Ba, żeby tylko chłodnym - przeraźliwie mroźnym. Na całym globie szalała burza śnieżna, i to nie jakaś zwyczajna. Nie dość, że poruszanie tu się wymagało ogromnego wysiłku i siły woli. Nie dość, że widoczność zredukowana została niemal do zera. Nie dość, że ostry wiatr wpychał miniaturowe, lodowate, drapiące skórę kryształki w każdą, najmniejszą nawet szparę w ubraniach. Nie, to wszystko były zaledwie drobne niedogodności. Najgorsze, że panujące tu, dziwne promieniowanie uniemożliwiało komunikację na długie dystanse. Przytępiało także szósty zmysł Saiyana, ten odpowiedzialny za wyczuwanie ki, przez co szeregowy czuł się jak niepełnosprawny.
  Przebywając na powierzchni, czy raczej nad nią, bo bardzo rzadko zdarzało się tu dotknąć gruntu, wojownicy nie mieli żadnego kontaktu z umiejscowioną na orbicie stacją kosmiczną. Raz dziennie statek wysadzał ich w górnych partiach atmosfery, raz dziennie także zabierał wszystkich, którzy zdołali stawić się z powrotem. Każdy z żołnierzy otrzymał specjalistyczne gogle, umożliwiające łączność na krótkie dystanse i pozwalające częściowo śledzić pozycje pozostałych członków drużyny poszukiwawczej.
  Najzabawniejsze Tenksowi wydawało się właśnie to, że wysłane tu pięć plutonów miało stanowić ekipę ratunkowo-badawczą. Oficjalnym celem misji było odnalezienie zaginionych tu przed miesiącami zwiadowców i wyjaśnienie okoliczności ich zniknięcia. Przypominało to szukanie igły w stogu siana będąc ubranym w kaftan bezpieczeństwa i z zawiązanymi oczami.
  Ki-wojownikom nie groziło zamarznięcie, co miało swoje dobre i złe strony. Te drugie polegały na tym, że w ramach ograniczania kosztów postanowiono nie dawać im specjalistycznych kombinezonów środowiskowych, zadowalając się po prostu ocieplanymi mundurami. A wokół panowało co najmniej trzaskające minus sześćdziesiąt.
  Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że srebrnowłosy szczęka zębami z zimna. Nie, przy tak horrendalnym poziomie mocy jaki posiadał, nie musiał korzystać nawet z jednego procenta, czy choćby promila energii, by utrzymać temperaturą ciała. Żuchwa chodziła mu ze strachu, a raczej: z przerażenia.
  Bali się wszyscy, każdy pojedynczy żołnierz ze skierowanych tu dziesięciu plutonów szczał po nogach ze strachu zawsze, gdy musiał wysiąść z transportowca i zagłębić się w śnieżno-lodowy tuman. Nic dziwnego, skoro codziennie ktoś nie wracał. Zwykle brakowało jednego, rzadziej dwóch żołnierzy. Oddział sierżanta Locka miał na razie szczęście, gdyż zdołał zachować pełny stan. Już sześć dni. Tylko jeszcze jeden pluton wciąż operował w komplecie - oczywiście synowie Cathana.
  Tenks jednak nie dlatego odchodził od zmysłów. Los pomarańczowych ludków obchodził go niewiele, a na zagrożenie ze strony planety plułby pewnie zamarzającą szybko śliną, gdyby nie fakt, że dobrze znał tę nazwę.
  Gehenna.
  Dla towarzyszących mu Słońc słowo to oznaczało przerażający, zamarzający świat, gdzie znalezienie się oznaczało śmierć, prędzej czy później. Dla Saiyana znaczenie sięgało znacznie głębiej, prosto w esencję zgromadzonych w podświadomości pokładów wiedzy. Wszystko, czego dowiedział się na Ziemi od Boskiego Smoka, wszystkie możliwości naprawienia wszechświata, uratowania zabitych, a nawet przywrócenia do życia Gohana. Wszystko to kręciło się wokół tego właśnie słowa. Tak przynajmniej on sam to postrzegał.
  Zdawał sobie jednak sprawę, że w rzeczywistości wygląda to nieco inaczej. Miał świadomość, że wiedza, którą zdobył nie była przeznaczona dla mózgu śmiertelnika. Dlatego nigdy nie zdołał jej ogarnąć. Próbował wiele razy, ale płacił za to tylko pogłębiającym się wciąż szaleństwem. Dostrzegał niektóre fragmenty, nie potrafił jednak ujrzeć całości. Wiedział, że część utracił już bezpowrotnie, ale nie przejmował się tym. To, co posiadał, miało wystarczyć. Musiało.
  Nic jednak nie mógł poradzić na to, że teraz z każdą chwilą coraz bardziej pogrążał się w paranoicznym strachu. Bo razem z wiedzą o Gehennie smok przekazał mu świadomość ogromnego zagrożenia czającego się na niej. Potęgi tak niewyobrażalnie starożytnej, że sięgającej chyba czasów narodzin wszechświata. Uczucie przerażenia wypływało razem z wiedzą - z podświadomości i za nic nie dawało się opanować. Saiyan z trudem hamował instynkt nakazujący mu uciekać, jak najszybciej i jak najdalej.
  To coś gdzieś tu krążyło i w każdej chwili mogło zaatakować.
  - Tenks, słyszysz mnie, do ciężkiej cholery!? - dobiegło ze słuchawki.
  - Przepraszam, sierżancie, zamyśliłem się.
  - Przemieszczamy się, nie wyleć z zasięgu.
  - Jasne.
  Nie trzeba było tego powtarzać, gdyż zwykle nie odzyskiwano łączności z tymi, którzy zostali odcięci.
  Oddział Tenksa miał na razie szczęście, ale miał też pecha, gdyż posiadał jednego z lepszych dowódców w Słońcach. Jednego z najbardziej lojalnych. Ktoś o mniejszym poczuciu obowiązku, a większej woli przetrwania już dawno "zgubiłby" Saiyana podczas którejś z wypraw poszukiwawczych. Zapewne wówczas, cudownym zbiegiem okoliczności, cała szeroko zakrojona akcja ratunkowa zostałaby odwołana i to, co zostało z plutonów powróciłoby na macierzystą T'Jarpi. Ale Lock postawił sobie za punkt honoru zachowanie plutonu w pierwotnym stanie osobowym. Nie przysparzało mu to popularności, podobnie jak jego podwładnym. Najbardziej znienawidzony wśród lokalnej, zgromadzonej na stacji kosmicznej, społeczności był oczywiście sam Tenks. Nikt jednak nie odważył się go tknąć, gdyż spośród zgromadzonych tu wojowników mało kto mógł ludziom Locka podskoczyć. Chyba tylko synowie Cathana, ale nawet oni się nie kwapili - choć nikt nie wiedział czemu.
  Sam Saiyan wiedział czemu. W skrytości ducha podziwiał nawet błyskotliwość generała Joya, mimo iż dowódca Słońc usilnie starał się go zabić.
  Genialne - pomyślał - wysłać cel na planetę z której mało kto wraca, a razem z nim wysłać tych którzy chcieliby się go pozbyć. Dla plutonu Rygyna to podwójna motywacja. Nie dość, że mają możliwość wykończyć mnie w taki sposób, by całkowicie uszło im to płazem, to jeszcze powinni to zrobić jak najszybciej, żeby samemu nie zniknąć na Gehennie. Planeta jest zresztą dodatkowym zabezpieczeniem, gdyby synalki zawiodły. Genialne - przyznał ponownie.
  Pozostałe osiem plutonów to zasłona dymna, ofiary konieczne, by plan mógł się powieść.
  Tymczasem zapanowała niezdrowa sytuacja, gdyż po mancie jakie Tenks spuścił Rygynowi w jego własnym gabinecie, pierworodny Cathana miał opory przed zaatakowaniem go. I w ten sposób już sześć dni krążyli wśród wirujących płatków śniegu i kryształków lodu, czekając nie wiadomo na co. Ale srebrnowłosy wiedział, że wkrótce nastąpi przełom. Sposób myślenia najstarszego z braci łatwo dało się rozszyfrować. Po paru dniach musiał uznać, że przegrał przypadkiem, nieuczciwie i w ogóle jakoś tak dziwnie. A tak właściwie, to wcale nie przegrał, tylko dał się zaskoczyć i musi wkrótce ponownie spróbować sił. Tenks spodziewał się, że nastąpi to lada chwila.
  Nagłe wrażenie obecności czegoś groźnego pojawiło się i momentalnie zniknęło. Saiyan zamrugał pod goglami, próbując opanować nerwy. Nic się nie dzieje - przekonywał sam siebie. Miewał podobne przeczucia co najmniej kilka razy dziennie i zawsze okazywały się tylko paranoją. W każdym przypadku oczywiście zdawało się, że tym razem jest inaczej, że tym razem faktycznie TO tam jest.
  Tym razem również mu się tak wydawało.
  Jakaś postać zamajaczyła w śnieżycy. Saiyan spocił się, mimo panującego wokół przenikliwego zimna. Sylwetka na pewno nie mogła należeć do nikogo ze znanych mu żołnierzy. Mimo dziwaczności niektórych, żaden nie miał skrzydeł.
  Spokój - powiedział sobie w duchu. - Masz przywidzenia. Nie pierwszy raz.
  Zaswędziało go pod obrożą. Nagle zapragnął usłyszeć głos któregoś z towarzyszy broni. Irracjonalna potrzeba, ale jednak wymagająca natychmiastowego zaspokojenia.
  - Tu szeregowy Tenks - powiedział do słuchawki. - Melduję możliwy kontakt z czymś niezidentyfikowanym.
  Zgłaszał podobne rzeczy niejednokrotnie, ale zawsze okazywało się, że ściga widma. Dlatego też oczekiwał teraz usłyszeć jakąś niewybredną wiązankę przekleństw, albo coś w tym guście. Przeliczył się - odpowiedziała mu martwa cisza.
  - Halo? Sierżancie? Jesteście tam? - zapytał z niepokojem.
  Zerknął na radar i ku swojemu przerażeniu nie dostrzegł tam zupełnie nic. Został odcięty! Serce zaczęło mu walić jak oszalałe i nie chciało się uspokoić, mimo iż rozsądek bardzo starał się przywrócić je do normalnego trybu pracy.
  Lock i reszta i tak nic by mi nie pomogli - myślał. - Przecież są o wiele słabsi. Nie mam się czego bać, jestem prawie najsilniejszy we wszechświecie. - Nawet świadomość tego faktu nie pomagała, gdyż "prawie" robiło tu wielką różnicę.
  Teoretycznie nadal mógł odnaleźć statek transportowy, kiedy ten przybędzie. Może zresztą zaraz odzyska łączność?
  Nic jednak na to nie wskazywało. Urządzenia wciąż milczały. Oszołomiony specyficzną aurą planety szósty zmysł także wydawał się bezużyteczny. Jednak w tych warunkach i tak był najpewniejszym co Tenks miał. I rzeczywiście, to on ostrzegł przed zbliżającym się niebezpieczeństwem - w ostatniej chwili, ale jak wiadomo, lepiej późno niż wcale.
  Tenks uchylił się przed ognistym pociskiem, który niechybnie wypaliłby mu dziurę w klatce piersiowej. Nie zdziwiło go nawet, że to znów ta "dziwna ki". Skończyło się na osmalonym ramieniu. Saiyan skontrował od razu, posyłając w zamieć serię ki-blastów, zupełnie na ślepo. Nie wiedząc czy w coś trafił, rozpoczął krążenie w powietrzu, aby stanowić ruchomy cel. Postanowił zachować przesadną ostrożność póki nie zdoła ustalić tożsamości napastnika, czy napastników.
  Kolejne pociski nadleciały z wielu stron na raz, jakby na potwierdzenie tego, że agresorów jest kilku. Srebrnowłosy uniknął ich zwinnie, domyślając się z kim ma do czynienia. Momentalnie humor mu się poprawił. Skupił w sobie odpowiednią dawkę energii i uwolnił ją w jednym impulsie, rozświetlając okolicę, niczym stuwatowa żarówka włączona w piwnicy. Śnieg i lód unoszące się w powietrzu w promieniu dwóch kilometrów stopniały momentalnie, a wokół Tenksa utworzyła się chwilowo strefa ciszy.
  Zaskoczyło to wszystkich synów Cathana, ale nie wszyscy to okazali.
  - Co zrobiliście z moim plutonem? - zapytał najbliższego.
  - Szukają cię dwa sektory dalej, stamtąd dobiega twój sygnał.
  - To wy mnie odcięliście? Uff, a już sądziłem, że to coś poważnego.
  - Dla ciebie to sprawa życia i śmierci - stwierdził Rygyn, zbliżając się wraz z resztą braci. Wiatr zaczął nanosić nowe kłęby białego zimna. - Dzisiaj zakończymy sprawę na dobre.
  - Nie wiem czy to dobry pomysł... Mamy się bić trzeci raz w tak krótkim czasie? To niezgodne z regułami dramatyzmu, będzie później kiepsko wyglądać w opowieściach.
  - O czym ty gadasz, do cholery!?
  Tenks westchnął i machnął ręką.
  - Nieważne, i tak byś nie zrozumiał.
  - Za chwilę stracisz dobry nastrój - warknął chorąży. - Już na zawsze.
  - Proszę cię - jęknął Saiyan - nie mów tak stereotypowych rzeczy takim poważnym tonem, bo wychodzi śmiesznie... Ale okej, dam ci szansę. Jakiż to genialny plan opracowałeś, by mnie pokonać? - zapytał z udawanym entuzjazmem.
  Rygyn uśmiechnął się lekko, pokazując, że zęby ma nieco spiczaste.
  - Nie doceniasz nas, chłopcze. Jesteśmy braćmi i znamy się od urodzenia. Sądzisz, że nie potrafimy sobie poradzić z jednym gnojkiem, nawet jeśli wystaje nieco ponad przeciętną? Zaraz ujrzysz... Środkowy Palec!
  Gotowe do wypowiedzenia słowa uwięzły srebrnowłosemu w gardle.
  - No... masz mnie - przyznał adwersarzowi. - Nie wiem jak to skomentować. Ale ostrzegam, że w odwecie jestem w stanie pokazać ci dwa środkowe palce. - Aby nie zostać posądzonym o pustosłowie, natychmiast spełnił groźbę. - A jak będzie trzeba, to nawet du...
  - To nazwa techniki, idioto!
  - Aaa... Hmm, wiesz, mogliście wymyślić jakąś bardziej chwytliwą.
  - Ta jest idealna.
  - Bo jesteście z braćmi jak pięć palców jednej dłoni, a ty, lider, jak najdłuższy, środkowy palec?
  - Eee... tak - potwierdził zaskoczony Rygyn.
  - Głębia tej analogii jest wprost porażająca...
  Chorąży zmrużył gniewnie oczy.
  - Za chwilę zmuszę cię, byś zaczął traktować nas poważnie.
  - Szczerze wątpię, ale skoro powiedziałem, że dam ci szansę, to dalej, pokaż na co cię stać.
  Dowódca dał znak ruchem głowy. Bracia ustawili się w szeregu, rozpościerając ręce na boki w taki sposób, że ich dłonie niemal się złączyły. Musieli mieć to przećwiczone, skoro tak od razu potrafili ocenić właściwą odległość. Wkrótce między palcami sąsiadujących wojowników zaczęły przeskakiwać wyładowania elektryczne. Z początku niewielkie i pojedyncze, ale po chwili już zupełnie solidne, nawet z punktu widzenia Tenksa. Aura wokół całej piątki znacząco wzrosła, może nie do poziomu, który mógłby mu zagrozić, ale do znacznie wyższego niż by tego oczekiwał. I z każdą sekundą stawała się coraz silniejsza.
  Saiyan wciąż miał do siebie żal o porażkę z Rygynem wtedy na arenie. Poddając się postąpił nie jak wojownik, nie jak ktoś, w kogo żyłach płynęła krew Son Goku i Vegety. Owszem, sytuacja wyglądała beznadziejnie, ale co to za usprawiedliwienie? Mało to razy tamci wychodzili z gorszych? Zachował się jak zapatrzona w siebie Umierająca Gwiazda, nie jak walczący o wszystko Wojownik Z i nie mógł sobie tego darować. A najbardziej gryzła go świadomość, że Gotenks pewnie by się nie poddał.
  Dlatego teraz, gdy los dawał mu szansę rehabilitacji, odczuwał zrozumiałą radość. Nie zamierzał przerywać "chłopakom" koncentracji, niech pokażą pełną moc. Tym większa będzie przyjemność ze zwycięstwa.
  Tymczasem wokół tamtych utworzyła się prawdziwa burza elektryczno-energetyczna, tak intensywna, że śnieg i lód unoszące się w pobliżu, sublimowały momentalnie w parę wodną. Kilka sekund później nastąpiła kulminacja - wyładowania skupiły się w postaci potężnego pioruna kulistego na lewitującym w centrum Rygynie i wyniknęły w niego w ułamku sekundy. Chorąży szarpnął się i skulił, jakby przeszyło go nagle dziesięć tysięcy wolt, co zapewne było bliskie prawdy. Gdy po chwili odzyskał wyprostowaną sylwetkę, bił od niego zupełnie nowy majestat. A oczy iskrzyły od mocy. Jego rodzeństwo tymczasem spowijała niezwykła aura. Niby nadal wisieli tam w powietrzu, ale wydawali się być pogrążeni w jakimś transie. Tenks w ogóle nie wyczuwał ich obecności, jakby zostali wymazani z tego świata, a przynajmniej zupełnie od niego odizolowani.
  - Nieźle - przyznał. - Zupełnie nie...
  Reszty zdania nie zdołał wypowiedzieć, wypluł ją wraz ze śliną, oberwawszy potężną fangą w żołądek. Chorąży nie tracił czasu. Od razu też poprawił z główki, rozbijając Saiyanowi skroń, po czym zasadził mu zamaszystego kopa z kolana w twarz. Srebrnowłosy wykonał mimowolne salto w tył i stracił przeciwnika z oczu. Tamten w międzyczasie zdołał odlecieć na kilkadziesiąt metrów i teraz staranował fuzjowca, trafiając wyprostowaną nogą w plecy. Ktoś o mniejszej odporności miałby pewnie pogruchotany kręgosłup, ale nie Tenks, który tylko poleciał bezwładnie do przodu, zaraz zresztą wyhamowując i odwracając się.
  Kolejny atak nadszedł z flanki. Rozpędzony syn Cathana przebił na wylot widmo szeregowego, po czym sam został przeszyty atakiem od góry. Saiyan widząc, że i jego przeciwnikowi nieobce są tajniki Zanzoken, błyskawicznie okręcił się, atakując zgiętą w kolanie nogą za plecy. Nie pomylił się, ale Rygyn sparował jego uderzenie, chwycił za stopę i przerzucił oponenta pod siebie, po czym rozpoczął szaleńcze pikowanie w kierunku ziemi. Tenks nie zdołał się wyrwać i kilka sekund później, po przebiciu dolnej warstwy atmosfery i zalegającej na powierzchni planety masy śniegu, wbił się w twardą pokrywę lodową na głębokość niemal kilometra.
  Zabolało.
  Nie zdołał nawet pomyśleć o wydostaniu się, gdy wokół rozpętało się piekło. Najwyraźniej chorąży chciał szybko zakończyć pojedynek, gdyż w okolica zamieniła się w jeden wielki piec energetyczny, ani chybi z jakiejś niedorzecznie potężnej fali ki. Saiyan rozpaczliwie rzucił się do ucieczki, dziękując w duchu niebiosom, że była to jednak zwyczajna ki. Prawdopodobnie Rygyn nie mógł używać tamtej dziwacznej "edżowatej" mocy na dużą skalę. Ale i ta normalna sprawiała dość kłopotów. Najstarszy z braci korzystał teraz z energii całego rodzeństwa. Nie mógł tego czynić zbyt długo, dlatego od razu zaatakował na poważnie. Wystarczyło ukryć się i przeczekać, by zwycięstwo mieć w kieszeni. Ale takie wyjście nie wchodziło oczywiście w grę.
  Normalnie Tenks zastanowiłby się, dlaczego tak potężny atak nic nie zrobił samej planecie, ale teraz, rozgrzany walką, nie zwrócił na to uwagi.
  Wystrzelił w górę niczym torpeda, z aurą tak intensywną, że rozpraszała burzę w okolicy. Odszukał przeciwnika wzrokiem i rzucił się na niego, pozornie chaotycznie i bezmyślnie. Chorąży wyczekał go i w kluczowym momencie skontrował, celując w środek twarzy. Ale Saiyan panował nad sytuacją. W odpowiedniej chwili impulsem ki wprawił ciało w ruch wirowy, sprawiając, że pięść rywala minęła jego policzek o centymetry i samemu trafiając go stopą w podbródek. Podbity w górę Rygyn został na sekundę czy dwie zamroczony, co wystarczyło fuzjowcowi na zaserwowanie dokładki - kolanem w tył głowy.
  - Ha! I kto jest szybszy? - zapytał retorycznie. Odpowiedź otrzymał błyskawicznie, w postaci kopnięcia w twarz tak mocnego, że numer buta syna Cathana odcisnął mu się na czole. Wkurzyło go to, więc trzasnął chorążego złączonymi pięściami w szczękę. Sam po chwili oberwał serią trzech ciosów na korpus.
  Co jest, kurde? - pomyślał. - Nie idzie. Mam z nim walczyć na serio, czy jak?
  Nie używał pełni mocy od tak dawna, że nie pamiętał już, czy jeszcze potrafi. Przy tak horrendalnym poziomie, jaki prezentował, zwykle okazywało się to zabójcze dla otoczenia.
  - I co, już widzisz, że nie jesteś w stanie mnie pokonać? - zapytał Rygyn, wciąż iskrząc z oczu. - Z mocą swoich braci jestem najpotężniejszy we wszechświecie. Przygotowywałem ją na ojca, ale stanowisz całkiem przyzwoitą próbę generalną.
  - Chyba jeszcze nikt nie obraził mnie tyle razy w jednym zdaniu, co ty teraz - odparł Saiyan. - Ja próbą przed tym dupkiem? Ja słabszy od niego? Ty poza moim zasięgiem? Oj, nieładnie. Brzydko wręcz - Fuzjowiec wyraźnie się rozkręcał. - Ta zniewaga krwi wymaga, i tak dalej... A teraz, patrz uważnie, bo ujrzysz coś, co zmieni twój światopogląd. Pokazałeś mi technikę na Cathana? No to ja pokażę ci coś, co od dawna szykuję na Edge'a...

Koniec rozdziału szesnastego.

Kącik poziomów mocy:

typowy żołnierz Gasnących Słońc: około 50,000
elita Gasnących Słońc: okolice 1,000,000
typowy żołnierz oddziałów Zaćmienia: co najmniej 5,000,000

synowie Cathana (elita Zaćmienia):

Tredur (syn Cathana #5): 32,000,000
Gerkaba (sC #4): 37,000,000
Ming (sC #3): 38,000,000
Amurdan (sC #2): 45,000,000
Rygyn (sC #1): 51,000,000
Rygyn (technika Środkowego Palca): ok. 200,000,000

pluton Tenksa:

Dawg'Mutt: około 12,000,000
Zoll: nie wiadomo, ale na pewno ponad 25,000,000
Blob: 33,333,333
Lock & Lorr: 39,999,847 (osiągają 40,000,000 jak mają dobry dzień ;)
Tenks (moc wyczuwalna): ok. 10,000,000
Tenks (naprawdę): 138,000,000
Tenks (nieco bardziej poważnie): 207,000,000
Tenks (max mocy): 276,000,000


-> Wstęp <- | Rozdział XV <- | -> Rozdział XVII

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.

\'e0\loch\f431 \hich\f431 \'f2\'e0\'ea\'e6\'e5\loch\f431 \hich\f431 \'f1\loch\f431 \hich\f431 \'ef\'f0\'ee\'e3\'f0\'e0\'ec\'ec\'e0\'ec\'e8\loch\f431 \hich\f431 \'f2\'f0 \'e5\'f2\'fc\'e8\'f5\loch\f431 \hich\f431 \'eb\'e8\'f6\loch\f431 ;}{\rtlch\fcs1 \af38\afs20 \ltrch\fcs0 \fs20\lang1049\lan