Dragon Ball AZ logo by Gemi

Dragon Ball AZ logo by Gemi


012 | 014

  Piłka zatoczyła łuk nad połową boiska i wpadła do kosza. Tenks wyrzucił ręce w górę, w geście triumfu.
  - Jeeest! Skrzydłowy trafia za trzy punkty w ostatniej sekundzie. Umierające Gwiazdy wygrywają sto dwanaście do stu dziesięciu. Proszę państwa, cóż za mecz!
  Pusta sala odpowiedziała echem. Saiyan westchnął i za pomocą telekinezy przyciągnął piłkę do ręki. Wyglądało to dość zabawnie, zważywszy, że przez plecy przewieszone miał miecze.
  Nudził się.
  Nie lubił zlecanych przez Cathana misji, ale wykonując je, przynajmniej miał się czym zająć. Bezczynność mu nie służyła. Oszalałby pewnie od niej, gdyby mógł oszaleć po raz drugi. Nic, czym próbował się zająć nie potrafiło przykuć jego uwagi na dłużej niż kilkanaście minut. Gdyby choć mógł trenować. Ale nie istniała sala treningowa dość wytrzymała, by zniosła jego poziom mocy. Odpowiednich sparing-partnerów też nie miał, a do medytacji brakowało mu cierpliwości.
  Kiedy tak miotał się po swojej posiadłości, nachodziły go różne myśli. Pomijając już najbardziej trywialne jak teleportacja do Cathana i urwanie mu prawej nogi, albo lewej, a najlepiej obu, zaczęło do niego docierać, iż popełnił błąd. Zrobił dowódcy na złość o raz za dużo. Nie docenił jego inteligencji. Może należało siedzieć cicho i wykonywać rozkazy?
  Nieee!
  Choćby miał siedzieć w areszcie domowym rok, czy nawet dłużej, pojedynczy choćby wyraz zawodu na twarzy błękitnookiego wart był tej ceny. Co prawda nie zdarzały się one zbyt często, ale to czyniło je tym cenniejszymi. Ta jego cudowna frustracja, gdy zdawał sobie sprawę, że tak naprawdę nie może Tenksowi nic zrobić - niemal zgrzytał zębami. Coś pięknego. Saiyan już nie mógł się doczekać, gdy wróci do akcji i znowu będzie miał okazję to wszystko zobaczyć. I jeden jedyny tyci problemik stanowiło to, że jego powrót zależał właśnie od Cathana. Chyba, że Edge nagle zdecyduje iż Tenks jest mu z jakiegoś powodu potrzebny, ale na to się nie zanosiło.
  Utknął tu na dobre.
  Rzucił piłkę w kierunku kosza. Odbiła się od obręczy i potoczyła po wypolerowanej posadzce. Ktoś zatrzymał ją okrytą ciężkim butem stopą.
  Z postawy i zarostu ciemnoskóry mężczyzna przypominał Cathana, także strój nosił podobny, choć utrzymany w zupełnie innej kolorystyce - czerni i czerwieni. Fryzurę miał, dla odmiany, "na Edge'a" - punkowski czub zdobił łysą poza tym głowę.
  - Wydoroślałeś, Uubu - stwierdził srebrnowłosy. - Zastanawiałem się, kiedy mnie odwiedzisz.
  - Wiedziałeś, że tu jestem? - zapytał spokojnie przybysz.
  - Ja dużo wiem. Wiem też, na przykład, po co tu jesteś.
  - I co zamierzasz w związku z tym zrobić?
  - Na razie nic... Bo mimo wszystko moja wiedza ma braki, które możesz uzupełnić.
  - Wszystko ci opowiem - obiecał Uubu - ale najpierw ty mi na coś odpowiedz.
  - Nie.
  - Nie odpowiesz?
  - To jest odpowiedź. Nie, to nie ja zniszczyłem Ziemię. Namek też nie.
  - Więc kto? Edge?
  - Także nie... To długa historia. - Nagle Tenksa tknęła pewna myśl. - Ty i Piccolo zniknęliście w tym samym czasie. Wiesz co się z nim stało?
  - Piccolo nie żyje.
  - To pewne?
  - Widziałem jego śmierć.
  - A więc mamy już tylko jedną szansę.
  - Na co?
  - Dojdziemy do tego. Chcesz mówić pierwszy?
  - Czemu nie. - Uubu skozłował piłkę i rzutem przez całe boisko umieścił ją w koszu, po czym usiadł w pierwszym rzędzie.
  Opowiedział o Intergalaktycznym Turnieju Sztuk Walki, o walce Piccolo z Caulifem i ataku Umierających Gwiazd, o śmierci Nameczanina z rąk Edge'a.
  - Edge, oczywiście - skomentował Tenks. - Co za ironia losu.
  Czarnoskóry wojownik nie zapytał o co chodzi i kontynuował opowieść. Wspomniał o swojej daremnej próbie zabicia niebieskoskórego olbrzyma i równie bezowocnym wstawiennictwie Dao.
  - ...Zostawił mnie umierającego na ginącej planecie. Sądziłem, że już po mnie.
  - Ale przeżyłeś?

1096 dni AZetki!
Podwójny, rocznicowy rozdział XIII!
XIII-A: Czarna Gwiazda


  Z sekundy na sekundę robiło się coraz jaśniej, narastały też drgania gruntu. Planeta rozpadała się. Było to nawet w pewien sposób piękne - strumienie światła wydobywały się spod powierzchni, strzelając w niebo. Czternastolatek patrzył, zafascynowany. Nie miał siły choćby się poruszyć.
  Po chwili poczuł też gorąco, najwyraźniej zbliżała się chwila ostatecznej eksplozji, oraz zimno, gdyż zbliżała się także jego ostatnia chwila. Swoisty wyścig, kto umrze pierwszy.
  Na sekundy przed końcem, Uubu nie potrafił już rozróżnić tego, co naprawdę widział od obrazów serwowanych mu przez jego własny umysł. Dłoń, która silnym chwytem zacisnęła się na jego ramieniu i uniosła go w powietrze mogła być zaledwie złudzeniem.
  Nie była.
 
  Przyjemne, kojące ciepło skojarzyło mu się z Dendem. Ktoś leczył go za pomocą magii. Ból znikał, po chwili pozostawiając po sobie tylko wspomnienie. Ogarnęło go rozleniwienie, tak silne, że nie chciało mu się nawet otwierać oczu.
  - Jak się czujesz, chłopcze? - usłyszał głos.
  - Zmęczony - odparł zgodnie z prawdą.
  - Odpocznij więc. Tutaj jesteś bezpieczny.
  Uwierzył. I zasnął.

  Ktoś szturchał go w bok.
  - Otwórz oczy. No, dalej, otwieraj!
  Posłuchał. Ujrzał kobietę. Nie, dwie kobiety o twarzach okolonych burzami rudych włosów. Przez sekundę sądził, że obraz mu się dwoi w oczach, ale nie - miał do czynienia z bliźniaczkami. Były niewysokie i całkiem ładne. Na oko liczyły po jakieś dwadzieścia pięć lat. Skądś je kojarzył.
  - Dajcie mu spokój - stwierdził ten sam głos, co poprzednio. Teraz Uubu od razu skojarzył do kogo należy. Poderwał się gwałtownie z posłania.
  - Wy jesteście... ludźmi Edge'a!
  - Proszę, co za spostrzegawczość - rzuciła ironicznie jedna z sióstr, ta ubrana na zielono.
  - Owszem, jesteśmy Umierającymi Gwiazdami - potwierdził oparty o ścianę Dao. - Znajdujesz się na Tarey-sei, tu mamy kwaterę główną.
  - Gdzie jest Edge?
  - Pewnie właśnie tam. To po drugiej stronie planety. Ale nie radzę tam lecieć. Jeśli dowie się, że żyjesz, pewnie się zdenerwuje.
  - To znaczy, że nie wie? - zdziwił się Uubu.
  - Zanim odpowiem na to błyskotliwe pytanie, zadam własne. Jesteś może głodny?
  Chłopakowi momentalnie zaburczało w brzuchu. To wystarczyło za komentarz.
 
  - Każda Umierająca Gwiazda ma swoją prywatną posiadłość, gdzie nikt nie ma wstępu bez pozwolenia - powiadał Dao, podczas gdy Ziemianin napełniał żołądek. - Aktualnie znajdujesz się w mojej. W samym jej sercu.
  - Czyli to twój dom? - zapytał między kęsami młody.
  - Tak.
  Schludnie, ale spartańsko urządzone wnętrze wiele mówiło o właścicielu. Żadnego zbędnego przepychu, śladowe ilości ozdób. Zgromadzone sprzęty miały przede wszystkim wartość użytkową.
  - Ładny.
  - Nie przyzwyczajaj się, ty będziesz mieszkał dwa budynki dalej.
  Uubu aż opluł się czymś co przypominało ryż albo kaszę.
  - Jak to "mieszkał"?
  - Musisz mieć jakiś kąt do spania między treningami, nie?
  - Treningami? - Młodzieniec przerwał posiłek. - To znaczy, że nie zamierzacie mnie odesłać na Ziemię?
  - Nie uratowałem cię z dobroci serca. Jesteś mi potrzebny.
  - Do czego?
  - Sądzę, że będziesz w stanie go zabić.
  - Kogo zabić...? Edge'a?! Jak niby miałbym to zrobić?
  - I to jest właśnie pierwszy problem...

  Uubu przesunął wzrokiem po sklepieniu sali treningowej. Solidna robota, zdolna wytrzymać walki naprawdę potężnych wojowników. Dodatkowo, pomieszczenie tłumiło emanacje ki, dzięki czemu obecność Uubu na Tarey mogła pozostać względną tajemnicą.
  - Jesteś całkiem silny - oceniła chłodnym Cinqueda. - Ale nie potrafisz efektywnie wykorzystywać swojej mocy. Masz też wiele słabych punktów, które będzie trzeba wyeliminować.
  Szczupła wojowniczka była czwartą i ostatnią z dopuszczonych do spisku Umierających Gwiazd. Dao próbował skaptować także Sashi-Zoe, ale rudzielec niespodziewanie odmówił. Rozważano też Sworda, ale wtajemniczeni wspólnie uznali, że nie odważyliby się mu zaufać.
  - Ile czasu według Ciebie potrzebuje, by osiągnąć odpowiedni poziom? - zapytał staruszek.
  - Jakieś pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt lat - rzuciła.
  Ziemianina nieco wcięło. Dao westchnął.
  - A czego zdołasz go nauczyć, powiedzmy, w rok?
  - Jeśli zamierzacie go posłać przeciw Edge'owi za rok, to szkoda naszego czasu. Równie dobrze może od razu popełnić samobójstwo.
  - Ej! - obruszył się Uubu. - Chyba mnie trochę nie doceniasz!
  - Czyżby? - wyraziła wątpliwość.
  Momentalnie znalazła się przy nim, tak blisko, że mógłby poczuć zapach jej perfum, gdyby zdążył zaczerpnąć oddech. Poczuł uderzenie i ułamek sekundy później zwijał się z bólu na ziemi, nie mogąc złapać oddechu. Miał wrażenie, jakby ktoś wbił mu kołek w serce. Spazmatycznie otwierając i zamykając usta, jak ryba wyrzucona na brzeg, próbował zaczerpnąć powietrza. Nagle okazało się to trudniejsze niż użycie dwustukrotnego Kaioken.
  - Musiałaś go od razu zabijać? - mruknął zawiedziony Dao.
  - Sam się prosił.
  - Nieprawda. Nie powiedział "zabij mnie, jeśli potrafisz", ani nawet "pokaż na co cię stać". Stwierdził tylko, że go nie doceniasz. Jesteś przewrażliwiona, moja panno.
  - Ale miałam rację.
  - Właśnie o tym mówię! - podniósł głos. - Nie wystarczy ci pewność, że masz rację. Musisz to w kółko wszystkim udowadniać. Pokazujesz w ten sposób, że brak ci dojrzałości.
  Zmroziła go wzrokiem, ale po chwili skłoniła lekko głowę, jakby przyznając rację.
  Uubu mimowolnie przysłuchiwał się tej wymianie zdań, do czasu aż przed jego oczami zaczęły latać ciemne plamy. Tylko po to go ratowali? Żeby zginął już następnego dnia, tuż przed pierwszym treningiem? Do oczu napłynęły mu łzy. Nie chciał umierać, nie w ten sposób.
  Nagle blokada ustąpiła i zbawczy tlen wypełnił pęcherzyki płucne. Stało się oczywiście za szybko, więc właściciel pęcherzyków strasznie się rozkaszlał. Ale choćby miał tak kaszleć do końca życia i tak wolał obecny stan od poprzedniego.
  - Dwie sekundy wcześniej niż sądziłam - stwierdziła Cinqueda. - Faktycznie cię nie doceniłam.
  - Co... co to było? - wycharczał, nawet nie czując, że z jego ust ciekną strużki śliny.
  - Oberwałeś w punkt krytyczny - wyjaśnił Dao, podchodząc i pomagając mu się podnieść. - Trochę mocniej, a naprawdę gryzłbyś glebę. - Uśmiechnął się i poklepał młodego po plecach. - Przyznaj, miałeś pietra.
  - No jasne, że miałem! - zdenerwował się Uubu. - Myślałem, że umrę.
  - O to chodziło. Chcieliśmy ci pokazać, że w każdej chwili możemy cię zabić. Ale też, że nie należy lekceważyć żadnego przeciwnika. Nawet jeśli jest słabszy fizycznie, jak Cinqueda, może mieć w zanadrzu inne sztuczki.
  - Słaba? Ledwo widziałem jej atak! Powaliła mnie jednym ciosem!
  - Co nie zmienia faktu, że twoja ki jest silniejsza. Przegrałeś z techniką. A raczej z kilkoma. Cinqa? - zwrócił się do wojowniczki.
  - Nie nauczę cię wyczuwać punktów krytycznych, bo to wrodzona zdolność. Ale są cztery techniki kontroli ki, które musisz poznać. Właściwie, poznać musisz trzy, czwartą już znasz.
  - Kaioken - odgadł.
  - Tak - potwierdził staruszek. - Technika polegająca na spalaniu ki wewnątrz organizmu, stworzona przez dwóch braci, królów planet, czyli bogów galaktyk. Nauczyłem się jej za młodu od jednego z nich. Jak przypuszczam, tobie przekazał ją ten drugi.
  - Jego uczeń, a mój mistrz, Son Goku. Ale udało mi się ją trochę ulepszyć.
  - Ja też tak sądziłem, nazwałem to nawet Dao-ken, na swoją cześć. Ale właściwie obaj ją zaledwie przeskalowaliśmy. Cinqueda nauczy cię naprawdę ulepszonej wersji.
  - Tak? Super! - ucieszył się Uubu.
  - Zostaw cieszenie się na po fakcie. Dla mnie okazała się za trudna.
  - Boś stary - wtrąciła wojowniczka.
  Dao pogroził jej palcem.
  - Stary to jest wszechświat, kobieto. Ja jestem tylko doświadczony.
  - A te inne techniki? - zapytał Ziemianin.
  - Potrójne k, czyli kręcenie, kompresja i kierunkowanie - powiedziała wojowniczka. - Zaczniemy od najprostszej: kręcenia, czyli wprawiania ki w ruch wirowy. Podstawy są nietrudne, każdy może się ich nauczyć. Schody zaczynają się przy większych prędkościach.
  - Jak coś zrobisz źle... SPLAT! Żebra na ścianie, mózg na suficie - wyjaśnił obrazowo staruszek, akcentując wypowiedź gestami.
  - To nie tajemnica, że każda z tych technik stanowi ogromne obciążenie dla organizmu. Stosowanie wszystkich na raz to samobójstwo. Ale efektywne użycie choćby dwóch jednocześnie, może zwielokrotnić twoje możliwości.
  - Wow! To mi da dużą przewagę w walce z Edge'em!
  Cinqueda skrzywiła się niemal niedostrzegalnie, Dao zaś wybuchnął śmiechem.
  - Chłopcze - powiedział, kładąc dłoń na ramieniu Uubu - to ci nic nie zapewni, zaledwie zniweluje JEGO przewagę.
  - To znaczy, że...?
  - Tak, on już dawno się nauczył.
 
  Siedziba Dao przypominała jedno wielkie centrum treningowe. Panował akademicki nastrój, w dzień po okolicy kręcili się adepci, trenerzy i ludzie z obsługi. Razem kilka tysięcy istot - nieduże miasto. Cele ich szkolenia bywały różne. Niektórzy chcieli stać sie silniejsi, by móc bronić swych planet. Inni, mimo ostrzeżeń Dao, liczyli, że po szkoleniu tutaj, bez trudu dostaną się do grona Umierających Gwiazd. Nigdy nikomu się to nie udało. Mało który z pretendentów w ogóle pozostawał przy życiu. A ci, którzy pozostawali, często tego żałowali.
  Nie przeszkadzało to próbować kolejnym.
  Uubu żył poza całą tą społecznością. Nie bardzo miał zresztą czas na jakieś życie towarzyskie. Całe dnie wypełniały mu treningi pod okiem Umierających Gwiazd. Staruszek uczył go technik, Cinqueda kontroli ki, a z bliźniaczkami przeprowadzał regularne sparingi. Jeśli żadne z nich nie miało czasu, ćwiczył sam, lub - podczas dłuższych nieobecności - nadzorowany przez jednego z licznie zgromadzonych tu mistrzów sztuk walki. Wielu z nich posiadało zupełnie unikatowe umiejętności, ale żaden nie znał techniki Shunkanido.
  - Nauczę cię - obiecywał Dao. - W swoim czasie.
  Ziemianin nie martwił się o swoją rodzinną planetę. Wiedział, że Edge ją oszczędził. A był pewien, że z każdym innym zagrożeniem Son Goku bez trudu sobie poradzi. Owszem, tęsknił za domem i zastanawiał się, co się tam może dziać. Czy Piccolo został wskrzeszony? Czy ziemscy Saiyani w ogóle mieli świadomość jego śmierci? Chciał polecieć - choćby na chwilę - i im to powiedzieć. Bliźniaczki mogły go tam teleportować i odstawić z powrotem. Staruszek jednak wciąż odmawiał, szczerze wyjaśniając, że jeszcze nie ufa mu na tyle, by dać mu szansę na ucieczkę.
  Pewnego wieczora, jakieś pół roku po przybyciu Uubu na Tarey i w kilka dni po tym, jak kolejna partia rekrutów opuściła centrum w poszukiwaniu szczęścia, Dao poprosił go na poważną rozmowę. Coś w tonie jego głosu, spojrzeniu i twarzy sprawiło, że chłopak domyślił się wieści, zanim słowa zostały wypowiedziane. I tak przeżył szok.
  Ziemia przestała istnieć - Sabre i Dagger potwierdziły to naocznie, a jedynym ocalałym okazał się Tenks, najnowszy nabytek oddziału Edge'a. Efekt fuzji za pomocą kolczyków Potara zupełnie nie przypominał Gotena ani Trunksa, miał gwałtowny charakter i jak każdy fuzjowiec - rozdmuchane ponad miarę ego. Jego poziom mocy zadziwiał i przerażał zarazem. Podejrzeń, że to on unicestwił Ziemię, nie dało się łatwo rozwiać. Uubu postanowił trenować jeszcze mocniej, by któregoś dnia być w stanie wydusić ze srebrnowłosego prawdę. Na razie musiał go uznać za kolejną przeszkodę na drodze do zabicia Edge'a.

  Mijały kolejne, wypełnione treningiem miesiące. Ziemianin czynił szybkie postępy. Szybsze, niż zakładano, ale oczywiście nie dość duże, by móc już myśleć o mierzeniu się z przywódcą Umierających Gwiazd. Ta możliwość zaledwie majaczyła gdzieś na horyzoncie i choć Uubu pędził ku niej z całych sił, wciąż wydawała się odległa i nieuchwytna niczym sen.
  Młody wojownik co rano wstawał z przeświadczeniem, że musi się stać silniejszy. Na rozwijaniu swoich możliwości schodziły mu całe dnie, przerwy czynił tylko na jedzenie i sen. Czasem wydawało mu się, jakby jego życie nigdy nie miało żadnego innego sensu, tylko trening. Coraz trudniej przychodziło uświadamianie sobie, że wszystko to jest tylko środkiem do celu, a nie celem samym w sobie.
  Polubił Dao i jego charakterystyczne, ironiczne podejście do życia. Niewiele rzeczy mogło popsuć dobry humor staruszka, nawet lata ludobójstwa, których dopuszczał się oddział nie zmieniły jego osobowości. Historię życia miał nieco jak Goku. Tak samo jak Ziemski Saiyan, wytrwałością i ciężką pracą osiągnął status czempiona w swojej części wszechświata. Spotykały ich nawet podobne przygody, choćby trening w zaświatach, u Króla Planet.
  Bliźniaczki stanowiły zagadkę. Z rozmów z nimi i z Dao, wywnioskował, że są wręcz fanatycznie oddane Edge'owi. Owszem, staruszka też ceniły - żeby nie powiedzieć: uwielbiały. Ale nawet on sam przyznawał, że urwałyby mu łeb na jedno skinienie dłoni przywódcy. Dlaczego więc brały udział w spisku na jego życie? Kiedyś Uubu zapytał o to wprost.
  - On cierpi - odparły krótko, jakby te dwa słowa miały wszystko wyjaśnić.
  Wszystkie tajemnice sióstr bledły jednak momentalnie, gdy brało się pod uwagę Cinquedę. Wojowniczka była jednym wielkim workiem pytań bez odpowiedzi. Nigdy nie mówiła nic o sobie, a zagadywana zbywała rozmówcę milczeniem. Ziemianin jednakże nie poddawał się i uparcie poruszał temat. Minęło dużo czasu nim uzyskał reakcję, i to taką, której nie bardzo dało się określić jako satysfakcjonującą.
  - Nie musisz tego wiedzieć. Prawda wcale by ci się nie spodobała, więc nie zadawaj pytań - powiedziała po prostu.
  Te słowa tylko pobudziły ciekawość chłopaka, więc tym bardziej postanowił nie dawać za wygraną. I tak jak kropla drąży skałę, tak on powoli przebijał mentalną barierę szczupłej kobiety. Aż wreszcie, któregoś dnia, osłona pękła.
  - Historia nie jest ciekawa, ani pouczająca - zastrzegła. - Moja planeta od zawsze leżała w kręgu zainteresowania Kręgu, organizacji kosmicznych zabójców. Ich wysłannicy przybywali do nas co roku, w poszukiwaniu świeżej krwi. Wybierali jedno, czasem dwoje pięciolatków rocznie. W swoim czasie, zabrali i mnie. Następne piętnaście lat spędziłam na szkoleniu. Było trudne. Z początkowej grupy dwustu kandydatów po pierwszych pięciu latach zostało jakichś czterdziestu. Po kolejnych pięciu, już tylko dziewięć osób.
  - Przyjaźniliście się?
  - Tak. Mieszkaliśmy i jedliśmy wspólnie. Wiele zadań musieliśmy wykonywać drużynowo, więc zdążyliśmy się zżyć. To był dodatkowy test odporności - opowiadała beznamiętnie wojowniczka. - Sprawdzali jak zareagujemy na śmierć towarzyszy broni. Niektórzy załamywali się i sami tym dyskwalifikowali. A wracając do wątku, po piętnastu latach została nas tylko dwójka. Wciąż o jedno za dużo. Zwycięzcę miał wyłonić pojedynek na śmierć i życie. Ja zwyciężyłam.
  - Przykro mi - powiedział smutno Uubu.
  - Dlaczego? - zapytała chłodno.
  - Ten drugi zapewne był twoim przyjacielem.
  - Riffle? Moim kochankiem, od dwóch lat. Był też ode mnie silniejszy. Miał przewagę, ale w kluczowej chwili zawahał się przed zadaniem ciosu. To dało mi szansę na zwycięstwo. Wykorzystałam ją.
  Wszystkie te słowa wypowiedziane zostały zupełnie obojętnym tonem, bez cienia emocji. Zaszokowany tym Ziemianin milczał, nie znajdując słów. Wreszcie się przełamał.
  - Wiedzieliście o tym?
  - O czym?
  - O tym, że tylko jedno z was przeżyje?
  - Nikt tego otwarcie nie powiedział, ale taka możliwość istniała. Dlatego związałam się z Riffle'em emocjonalnie, wiedziałam, że to mi może dać przewagę. Był z nas najsilniejszy i miał największe szanse dotrzeć do końca.
  - Ale...
  - Ostrzegałam, że prawda może ci się nie spodobać. Mam mówić dalej?
  - Tak.
  - Okazało się, że istniały jeszcze cztery grupy szkoleniowe podobne do mojej, co oznaczało, że byłam jedną z pięciu nowicjuszy w Kręgu. Nowicjat trwał oczywiście pięć lat. Wykonywaliśmy takie same zadania co starsi rangą zabójcy, ale nie otrzymywaliśmy za to wynagrodzenia. W ten sposób płaciliśmy za szkolenie. Dopiero po tym okresie staliśmy się pełnoprawnymi członkami organizacji, wszyscy trzej, którzy przeżyli. Zrezygnowałam po regulaminowych pięciu latach. Zostałam wolnym strzelcem.
  - Aż pewnego dnia otrzymałaś zlecenie na Edge'a - uzupełnił Uubu.
  - Tak - odparła krótko, ale myślami była zupełnie gdzie indziej.

  Nie błagali o litość. Nie dlatego, że zabraniał im honor - zabójcy Kręgu dążyli do celu wszelkimi dostępnymi środkami. Po prostu zdawali sobie sprawę, że to nic nie da. Nie, kiedy przeciwniczką była jedna z nich.
  Teoretycznie nie miała szans. Sama jedna przeciw kilkudziesięciu podobnym sobie. Ale wiedziała, że nie należy ulegać złudzeniu ich przewagi. Pojedynczo nie dorastali do jej poziomu. Najsilniejszych wyeliminowała w terenie, gdzie nie mogli liczyć na wsparcie. Kwaterę główną zaatakowała dopiero mając pewność zwycięstwa. Nie pomyliła się. Nawet przywódcy stawili niewielki, jak na jej możliwości, opór.
  - Dlaczego? - zapytał jeden, tuż przed tym jak zmiażdżyła mu krtań stopą.
  - Zlecenie - wyjaśniła krótko.
  - Kto?
  - Riffle.
  Nie wiedział o kim mówiła. I już się nie dowiedział.
  Wojowniczka uroniła pojedynczą łzę, ostatnią w swoim życiu. Następnie odwróciła się i odeszła zostawiając za sobą zgliszcza i sterty trupów.
  Tak zakończyła się historia Kręgu.

  Uubu zacisnął pięści, próbując opanować wirującą wściekle aurę. Bez skutku, uwolniona moc wcale nie chciała dać się okiełznać, zupełnie jakby żyła własnym życiem i cieszyła się uzyskaną na moment swobodą. Nadludzkim wysiłkiem woli czarnoskóry wojownik zdołał skupić całe energetyczne tornado na przedramieniu. Wyglądało to efektownie - jakby przygotowywał się zadania naprawdę silnego ciosu. Mniej więcej, zresztą, taka właśnie była idea. Jednakże, sprawienie, by ki nie wyciekała na zewnątrz organizmu wciąż przewyższało jego możliwości. Trzy lata treningu, a nie osiągnął nawet tego - na samą myśl chciało mu się wyć.
  Rozproszył aurę i wyczerpany padł na podłogę. Pot ściekał po nim strumieniami, formując na brodzie kropelki, które po chwili rozpryskiwały się o posadzkę.
  - Kręcenie przyzwoicie, kompresja też nieźle, ale z kierunkowaniem wciąż masz problemy - podsumowała Cinqueda, gdy przestał dyszeć jak maszyna parowa.
  - To na nic! - zdenerwował się. - Nigdy nie opanuję tego tak dobrze jak ty!
  - Pewnie nie - przyznała. - Ale możemy temu częściowo zaradzić. Myślę zresztą, że jesteś już gotowy - stwierdziła zagadkowo. - Rozbieraj się.
  - C-co? - zapytał z niedowierzaniem.
  - Nie zrozumiałeś? Rozbieraj się - powtórzyła.
  - Ale... ale...
  - Co za "ale"? Potrzebujesz pomocy?
  - Nie - speszył się - ja tylko... Ale, Cinqueda-sensei, co ty robisz!? - wykrzyknął przerażony, widząc że jego nauczycielka zaczyna zdejmować górną część granatowego stroju.
  - Chcę ci coś pokazać - wyjaśniła beznamiętnie, nie przestając rozsznurowywać bluzy.
  - Ale ja wcale nie chcę tego widzieć! To znaczy, oczywiście, jesteś bardzo ładna. Ale ja w ogóle nie czuję się gotowy. To znaczy, może i tak, ale nie z tobą. Ja... ten, tego...
  Zmarszczyła lekko brwi.
  - O czym ty mówisz?
  - Ja... eee... a pani o czym? - zapytał.
  - O tym. - Uwolniła z rękawa prawe ramię i Uubu ujrzał, że pokryte jest siatką cieniutkich, wyrytych w skórze fantazyjnych wzorów, ni to blizn, ni tatuaży.
  - Co to jest?
  - Prezent od Kręgu. Małe oszustwo, które pomaga w kontroli energii.
  Odetchnął z ulgą i podszedł bliżej.
  - Nie zauważyłem tego u innych - stwierdził, przyglądając się rysunkom.
  - Nikt nie wie. Tylko Cathan i Tenks mają wystarczający talent, by "ścieżki" coś im dały, a ich zysk nie jest w moim interesie, więc trzymam to w tajemnicy.
  - A Edge?
  - Edge kontroluje ki znacznie lepiej ode mnie. On i Sashi-Zoe nie potrzebują czegoś takiego. Więc jak, jesteś zdecydowany? Pierwszą partię mogę wykonać od razu. Musisz zachować tajemnicę. I nosić więcej ubrań.
  - Czy to boli?
  - Tylko przy tworzeniu.
  - Aha... A czy te "ścieżki" są wszędzie?
  - Wszędzie, którędy przepływa ki.
  Uubu ponownie odetchnął.

  Minęły ponad dwa lata nim otrzymał komplet ścieżek. Rysowanie ich nie było proste i składało się z wielu etapów. Pierwszy polegał na zbadaniu struktury wewnętrznej jego organizmu. Energia przepływała przez wszystkie komórki, ale posiadała swoje ulubione drogi, "ścieżki" miały powstać równolegle do nich, tuż pod skórą. Po analizie, Cinqueda ostrzem ki nacinała skórę i precyzyjnym strumieniem wypalała niewielkie korytarzyki. Następnie należało zaczekać na zagojenie ranek i przyzwyczaić się do nowych możliwości. Trwało to około dwóch tygodni, po których można było stworzyć kolejny fragment siatki.
  Ziemianin zaczął nosić strój podobny do tego, w jaki ubrany chodził Piccolo. Z czasem niezbędne stały się też rękawice.

  Dao wreszcie nauczył go Shunkanido. Ryzyko, że Uubu ucieknie przestało istnieć znacznie wcześniej - zwyczajnie nie miał dokąd. Zresztą, Tarey-sei, czy raczej ta jej część którą poznał najlepiej, stała się jego domem.
  Poznawszy technikę teleportacji był wreszcie w stanie swobodnie przemieszczać się po wszechświecie, z której to możliwości korzystał dość swobodnie. Kilkukrotnie miał okazję zaobserwować jak Edge syci swój głód zniszczenia, unicestwiając kolejne światy. Wciąż jednak nie mógł nic na to poradzić. Powoli zresztą zaczął sobie zdawać sprawę z tego, że zapewne nigdy nie osiągnie wystarczającej siły, by mierzyć się z przywódcą Umierających Gwiazd. Niby miał walczyć z udziałem pozostałych spiskowców i to po tym jak pozostawią przeciwnika bez sojuszników, ale nawet w takich warunkach ich szanse prezentowały się dość marnie.
  Istniało jednak mnóstwo innych okazji, by wykorzystać wrodzone i nabyte zdolności. Zadziwiające, ile ludów wszechświata potrzebowało pomocy silniejszych. Niemal na każdej planecie było do zrobienia coś, z czym rdzenni mieszkańcy nie potrafili sobie poradzić. Dotyczyło to także układów kontrolowanych przez Umierające Gwiazdy, które teoretycznie miały zapewnioną opiekę. Rzeczywistość pokazywała, że praktycznie nikt nie miał odwagi o tę protekcję wystąpić. Przykłady tych, którzy jednak wystąpili dowodziły, iż nie zawsze się to opłacało. Cathan lubił egzekwować długi.
  Ale problemy nie znikały. Dlatego Uubu bardzo szybko stał się osobą rozpoznawalną i cenioną w tym zakątku wszechświata. Jego związek z oddziałem Edge'a był tak oczywisty, że nie dało się go ukryć. Dlatego też, także ze względu na kolor skóry, szybko zyskał sobie przydomek Czarnej Gwiazdy.

  - Owszem, przeżyłem - odpowiedział Uubu, po czym streścił Tenksowi swoje doświadczenia z ostatnich lat, pomijając trochę szczegółów dotyczących Cinquedy, w tym tajemnicę "ścieżek". Półsaiyan wysłuchał go uważnie i nawet nie przerywał, co najwyżej kiwał głową ze zrozumieniem lub okazywał zdziwienie uniesieniem brwi.
  - Wszystko jasne - skomentował, kiedy jego młodszy kolega zakończył opowieść.
  - Nic więcej nie masz do powiedzenia?
  - Właściwie... Jest coś. To nie Cathan doprowadził do konfliktu między Swordem i Ray'Pire'em, prawda?
  - Nie, to my. To był początek eliminacji sojuszników Edge'a i test jednocześnie. Chcieliśmy wiedzieć, jakie będą skutki.
  - Nie mogliście wybrać kogoś innego? Lubiłem Sworda, z nim jedynym akurat dało się tu pogadać - stwierdził srebrnowłosy, po czym zapytał: - Dlaczego właściwie tu przyszedłeś, Uubu?
  - Chciałem się upewnić co do losu Ziemi i Namek.
  - Tylko tyle? Mało prawdopodobne. A zresztą, nawet jeśli, czemu akurat dzisiaj? Miałeś tyle okazji przez te dziewięć lat. Dopiero teraz zebrałeś się na odwagę? - zapytał sceptycznie.
  - Nie, istnieje ku temu powód.
  - Ale mi go nie zdradzisz.
  - Najpierw chcę się dowiedzieć, co się stało na Ziemi od czasu mojego i Piccolo zniknięcia.
  - Dobrze...
  Tenks doświadczył ostatniego roku w historii Ziemi dwukrotnie - jako Goten i Trunks. Mimo to, udało mu się opowiedzieć całą historię dość spójnie. On także pominął nieco nieistotnych szczegółów, głównie dotyczących wymiaru Future Trunksa. Uubu dowiedział się o Brollym, Saladinie, królu Vegecie, o losie Gohana, o Lanfanach, androidach Zeta, wreszcie o Mrocznym Kaioshinie, Cieniu. Nie poznał tylko okoliczności anihilacji swojej planety.
  - Jak więc widzisz, choć nie zniszczyłem Ziemi osobiście, przyczyniłem się do tego. Gdybym został na miejscu, być może udałoby się pokonać Cienia.
  - Myślisz, że to on ją zniszczył? Sądzisz, że mógł przeżyć?
  - Nie wydaje mi się, by miał możliwość unicestwić cały świat. Nie, to raczej niemożliwe. Cień poluje na żywe istoty, kosmiczna skała, choćby nie wiem jak duża, nie zainteresowałaby go nawet. Dlatego sądzę, że to kto inny zniszczył planetę i że zrobił to, żeby zabić Cienia. Eksplozja tej siły powinna go unicestwić, choć istnieje oczywiście minimalna szansa, że tak się nie stało.
  - Skąd wiesz tyle o Cieniu? Od smoka?
  - Tak. Z jakiegoś powodu uznał, że ta wiedza będzie mi potrzebna. Mam w głowie tysiące informacji dla których nie znajduję zastosowania. Można od tego oszaleć. - Nagle uśmiechnął się upiornie. - Naprawdę, można.
  - Wierzę.
  - A teraz powiedz mi, czemu wpadłeś mnie odwiedzić akurat dzisiaj.
  Uubu zawahał się, ale postanowił powiedzieć prawdę.
  - Bo jutro możesz już nie żyć - wyłuszczył.
  - Dlaczego Edge miałby chcieć mnie zabić? - Tenks szybko przeprowadził rozumowanie przyczynowo-skutkowe.
  - Ponieważ mu się sprzeciwisz.
  Półsaiyan zrobił wielkie oczy.
  - W czym?
  - Jutro przeniesie cię do Gasnących Słońc, pod komendę Cathana.

1096 dni AZetki!
Podwójny, rocznicowy rozdział XIII!
XIII-B: Wschodzące słońce


  - Że co?! - krzyknął Tenks. - O czym ty mówisz?! Dlaczego?! Skąd to w ogóle wiesz?!
  - Dao ma informatorów wszędzie. Pomysł wyjdzie oczywiście od Cathana.
  - Jakżeby inaczej. Zabiję tego błękitnookiego dupka!
  - Popieram - stwierdził lekko ironicznie czarnoskóry. - Wówczas Edge zabije ciebie i straci dwóch sojuszników. Dla planu Dao to będzie jak dar niebios.
  - Rozumiem aluzję. Co proponujesz?
  - Nic.
  - Nic? - zdziwił się Saiyan.
  - Nic. To nie była aluzja. Dao naprawdę liczy na taki rozwój wypadków.
  - Ale ty mnie przed tym ostrzegasz. Dlaczego?
  - Bo sądzę, że lepiej się nam przysłużysz jako sojusznik. Nie będę ukrywał, że mam złe przeczucia odnośnie naszego starcia z Edge'em. Gdybyś zdecydował się przejść na naszą stronę, szanse zwycięstwa znacznie by wzrosły.
  Tenks momentalnie spoważniał i delikatnie pokręcił głową.
  - Obawiam się, że nie mogę ci pomóc. To zresztą bez znaczenia.
  - Jak to?
  - Z moją pomocą, czy bez niej. Nigdy nie pokonacie Edge'a.
  - Mylisz się, mój trening...
  - Gówno nie trening! - zdenerwował się srebrnowłosy. - Żadne Kaiokeny, czy inne "potrójne k" ci nie pomogą! Chocbyś stał się dziesięciokrotnie silniejszy od niego, i tak przegrasz.
  - O czym ty mówisz?
  - Obca moc, nie z tego wszechświata! Tak inna od ki, że wyczuwamy ją jako wręcz nieograniczoną, albo nie wyczuwamy wcale. Jeden pocisk wyrwie ci w sercu dziurę, nieważne jak silny będziesz!
  - Jesteś szalony!
  Saiyan roześmiał się.
  - Owszem, ale w porównaniu do waszego pomysłu zabicia Edge'a, zaledwie nieco ekscentryczny. Zresztą - rozłożył ręce - Uubu, o czym my rozmawiamy? Ty wcale nie chcesz go zabijać.
  - Nie?
  - Sam przyznałeś, że Piccolo nie żyje. W takim razie Edge jest naszą jedyną nadzieją, żeby kiedykolwiek odzyskać Ziemię. - Nagle posmutniał. - I Gohana.
  - Mówiłeś, że został unicestwiony.
  - Ale jest sposób. - Tenks mówił coraz bardziej chaotycznie. - Nie tkwię tu bez powodu. Czekam. Przełom wkrótce musi nastąpić.
  - Przełom?
  - Tak, przełom! Czekam na niego od prawie dziesięciu lat.
  - Edge odnajdzie tego, kogo szuka?
  - On nikogo nie szuka! Już nie musi. Jest bliski dotarcia do Rdzenia. To nasza jedyna szansa.
  - Tenks, uspokój się! Nie mam pojęcia o czym mówisz!
  - Ja też nie! Ta wiedza... Jest tego za dużo... Łapię tylko fragmenty. Nie potrafię ci tego wszystkiego wyjaśnić, musisz mi uwierzyć na słowo!
  Uubu zawahał się.
  - Ja... nie wiem. Muszę to przemyśleć. - Nagle coś go tknęło, jakby wyczuł zbliżającą się obcą ki. - Nie mogę tu dłużej zostać. Odpowiedz mi na coś. Czy jeżeli wystąpimy przeciwko Edge'owi, staniesz po jego stronie?
  - Nie muszę, on...
  - Odpowiedz! Tak, czy nie?
  - Tak, stanę po jego stronie.
  - Powinienem więc od razu cię zabić... Obyśmy się więcej nie spotkali.
  Powiedziawszy to, przyłożył dwa palce do czoła i zniknął.
  - Zabić mnie? - mruknął do siebie Saiyan. - Musisz kiedyś spróbować. Tak, bardzo bym chciał, żebyś spróbował...
  Zachichotał nieco obłąkańczo, po czym zdecydował się iść spać. Jutro zapowiadało się na męczące.

  - Domyślasz się, dlaczego zostałeś wezwany? - zapytał Edge.
  Tenks przeniósł spojrzenie chłodnych oczu z podłogi sali audiencyjnej na dowódcę i towarzyszącego mu Cathana. Niebieskoskóry wydawał się być tego dnia w całkiem niezłym humorze. Takiej okazji nie należało zmarnować.
  - Mogę co najwyżej zgadywać. Sądzę, że okres mojej kary się zakończył. Chcesz mi rozkazać powrót do służby, tak?
  - Nie - zaprzeczył olbrzym. - Uznałem, że...
  - Uznałeś, czy Cathan podsunął ci pomysł?
  Edge zmarszczył lekko brwi.
  - Jeśli jeszcze raz mi przerwiesz, zabiję cię - uprzedził krótko. - Po zapoznaniu się z sytuacją, uznałem, że musisz wykazać się dobrą wolą i udowodnić, że potrafisz wykonywać rozkazy. Dlatego postanowiłem, na czas nieokreślony, przenieść cię do oddziałów Umierających Słońc.
  - A cóż to jest? - bardzo przekonująco zdziwił się Saiyan.
  - To podległe mi wojska pomocnicze - wyjaśnił Cathan.
  - Uważaj, Catty - rzucił srebrnowłosy z uśmieszkiem - wchodząc dowódcy w słowo ryzykujesz, że cię zabije.
  - Pan sobie chyba nie zdaje sprawy ze swojej sytuacji, panie Tenks.
  - Ależ nie, wszystko rozumiem, może nawet lepiej niż sądzisz, Catty. Edge, za pozwoleniem, mogę mówić szczerze?
  - Jak zawsze - zachęcił dowódca.
  - Mogę zostać jednym z ołowianych żołnierzyków Cathana, jeśli tego koniecznie chcesz. Ale chciałbym wierzyć, że ma to jakiś cel. Bo z mojej perspektywy wygląda to, jakbyś dawał chłopcu nową zabawkę, bo stare mu się już znudziły.
  - No i widzisz, Tenks. Sam odpowiedziałeś na swoje pytanie. Nie wierzysz, że to ma sens? Proszę bardzo, nie wierz sobie, byle ta niewiara nie wpływała na twoją skuteczność. Gówno mnie obchodzi w co wierzysz. Masz wykonywać rozkazy. Rozumiesz to?
  Tenks skinął lekko głową.
  - Teraz, gdy wytłumaczyłeś to tak łopatologicznie, rozumiem bardzo dobrze.
  - Bardzo mnie to cieszy. - Skinął na Cathana, który podniósł ze stołu metalową obręcz.
  - Podczas swojej służby w Gasnących Słońcach będzie pan nosił tę obrożę, panie Tenks.
  Jak pies, do cholery - pomyślał Saiyan. - Uważaj, bo nie wypadły mi jeszcze wszystkie zęby. - Głośno zaś powiedział:
  - A odważysz się założyć mi tę obrożę osobiście, Catty?
  Błękitnooki zignorował go.
  - Nie wolno panu jej zdjąć ani na moment, będzie to traktowane jako złamanie rozkazu. Obroża będzie śledziła pana położenie i stan fizyczny. Jeżeli choć na chwilę znajdzie się pan poza obszarem, w którym powinien pan być, także potraktujemy to jako złamanie rozkazu. Identyczny skutek będzie miało użycie przez pana techniki Shunkanido.
  - Nie wolno mi się teleportować?
  - Ta umiejętność będzie panu najzupełniej zbędna. Wolno jej panu użyć tylko na wyraźny rozkaz dowódcy Edge'a, lub mój. Podczas całego okresu służby zastępczej będzie pan zobowiązany przestrzegać oddziałowego regulaminu. Jakiekolwiek jego pogwałcenie...
  - Będzie traktowane jako złamanie rozkazu? - strzelił Tenks.
  - ...Zostanie ukarane zgodnie z zasadami dyscyplinarnymi Gasnących Słońc.
  - Tak? - ożywił się Saiyan. - A jaka kara grozi za, powiedzmy, zabicie głównodowodzącego?
  - Śmierć.
  - Kurcze, a za okaleczenie?
  - Także śmierć.
  - Może chociaż jedno jedyne uderzenie? - zapytał srebrnowłosy, z nadzieją w głosie.
  - Śmierć.
  - To może coś na "o"? Oplucie? Osikanie? Obrzucenie obelgami?
  - Wystarczy. - Edge przerwał monolog, choć na jego twarzy majaczył cień uśmiechu. Może zresztą właśnie dlatego. - Masz jakieś pytania albo uwagi?
  - Tak jest! Póki jeszcze jestem Umierającą Gwiazdą, mam jedną uwagę do dowódcy operacyjnego Cathana. Chciałbym mu ją przekazać na osobności.
  - Zezwalam. Cathan poinstruuje cię co dalej. Liczę, że następnym razem spotkamy się w lepszych okolicznościach.
  Z tymi słowy wyszedł z sali, zostawiając swoich podwładnych samych.
  - Jakąż to uwagę chciał mi pan przekazać, panie Tenks?
  - Proszę o pozwolenie podejścia bliżej, bym mógł ją przekazać bez konieczności podnoszenia głosu!
  - Nie zezwalam - rzekł beznamiętnie Cathan. - Odnoszę wrażenie, że może to być uwaga zupełnie niekonstruktywna.
  - Melduję posłusznie, że wrażenie jest błędne!
  - Niech się pan streszcza...
  - Nie ma sprawy, Catty, powiem krótko. Dopiąłeś swego, zostałem, przynajmniej na chwilę, jednym z twoich żołnierzyków. Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił moim kosztem. Ale chcę, żebyś pamiętał o dwóch rzeczach.
  - Zapiszę sobie nawet, na wszelki wypadek.
  - Po pierwsze, radzę ci być ostrożnym, bo ta zabaweczka jest inna niż te, które do tej pory cię zajmowały. Jest przeznaczona dla dzieci od siedmiu lat, więc uważaj gdzie wpychasz paluchy. Po drugie zaś, i to jest nawet ważniejsze, pamiętaj... Choćbyś przeniósł do Gasnących Słońc nas wszystkich, i tak nigdy nie zbliżysz się do poziomu Edge'a.
  Błękitnooki zmarszczył gniewnie czoło, ale już po sekundzie stłumił emocje.
  - Czy to wszystko? - zapytał chłodno. - W takim razie, proszę założyć tę obrożę.

  Chęć zabicia Cathana powróciła w chwili, w której Tenks otrzymał mundur. Wściekle pomarańczowy. W porównaniu do takiej zniewagi, nawet obroża wydawała się zalewie lekką niedogodnością. Nie pozwolono mu też nosić mieczy, ani kolczyków, choć mógł je przynajmniej zabrać ze sobą.
  Czekało go też kilka przyjemnych niespodzianek. Rola błękitnookiego ograniczyła się do dostarczenia Saiyana na T'Jarpi - planetę-bazę Gasnących Słońc - i oddanie go w ręce generała Joya, realnego dowódcy oddziałów. Potem powrócił na Tarey. A więc na co dzień pierwszy oficer Gwiazd nie zajmował się swoimi wojskami.
  Sam Joy okazał się rozsądnym facetem w średnim wieku. Przypominał Ziemianina, z tym, że jego skóra miała bladopomarańczowy kolor. Włosy, niegdyś ciemnoniebieskie, straciły już część pigmentu i ich barwa przypominała tę bezchmurnego nieba. Przekazał Tenksowi mundur i elektroniczną kopię regulaminu.
  - Zostałem poinformowany, że nie jesteś zwykłym żołnierzem, szeregowy - mówił, kiedy Tenks przebierał się za parawanem. - Ale nie wiem na czym ta niezwykłość miałaby polegać.
  - O, na pewno chodzi o to, że zostałem tu chwilowo zdegradowany z Umierających Gwiazd, i prawdopodobnie jestem potężniejszy niż wszyscy twoi pozostali żołnierze razem wzięci.
  - Rozumiem. Tak, to pewnie to - przyznał generał, zerkając na adnotację "niestabilny psychicznie" w otrzymanym od Cathana profilu nowego żołnierza. - Mam tu pluton, w który idealnie się wpasujesz.

  Oczekiwanie na załatwienie roboty papierkowej srebrnowłosy umilił sobie czytaniem regulaminu. Plutony składały się z trzech do dziesięciu żołnierzy, w tym lidera, i mogły zarówno stanowić części większych oddziałów, jak i samodzielne jednostki. W celu integracji i zapewnienia lepszej współpracy, członkowie jednej drużyny mieszkali we wspólnych kwaterach. To oznaczało dla Tenksa konieczność przeskoczenia z etapu wielohektarowej posiadłości na Tarey do ciągłej obecności kogoś w tym samym pomieszczeniu. I to kogoś, kogo nie będzie mógł zabić - regulamin zabraniał.
  - Ech - westchnął. - Życie jest niesprawiedliwe.
  Wreszcie uporano się z dokumentacją i Saiyan mógł udać się do swojego nowego miejsca pobytu. Reszta oddziału została uprzedzona o jego przybyciu. Towarzyszący mu adiutant generała ulotnił się przy pierwszej okazji, więc szeregowy wkroczył do baraku sam.
  Pierwszym co go uderzyło, był charakterystyczny zapach amoniaku, na szczęście niezbyt silny. Drugim - pusty kubek, który trafił go w twarz. Zaskoczony, nie zdążył się uchylić. Prawdziwe zdziwienie jednak przeżył dopiero, gdy zobaczył kto rzucał. Mężczyzna miał grubo ponad dwa metry wzrostu i błękitny odcień skóry, ale nie to czyniło go łatwo zapadającym w pamięć. Z potężnych ramion wyrastały dwie głowy.
  - Ha! W dziesiątkę! - wykrzyknęła triumfalnie pierwsza, ciemnowłosa.
  - Je-je-jesteśmy na-najlepsi. Pła-płacisz - stwierdziła druga, o jasnej czuprynie, spoglądając na stojącego obok miniaturowego grubaska o twarzy mopsa. Swojemu towarzyszowi sięgał zaledwie do kolan.
  - Spier... - odparł karzeł. - Nadal jesteście mi winni czterysta kredytek.
  Poza stojącą na pierwszym planie dwójką, w pomieszczeniu przebywał jeszcze przypominający muchę osobnik, który siedział przy stoliku za ich plecami i pił coś ssawką z szerokiego talerza. Wnętrze baraku miało niezbyt formalny wystrój. Na ścianach i suficie, bez żadnego ładu i składu pozawieszano ozdoby wielorakiego pochodzenia, a w pobliżu wspomnianego stolika leżało coś o kształcie pomiędzy egzotyczną rośliną doniczkową, a talerzem spaghetti. Chyba właśnie to wydzielało osobliwą woń unoszącą się w powietrzu. Tenksa naszła myśl, że chyba ktoś robi sobie z niego jaja.
  Dwugłowy dryblas podszedł do niego.
  - Odmeldujcie się, szeregowy! - warknęła prawa głowa. Na barku, obok szyi z której wyrastała, widoczne były insygnia sierżanta. Na lewym, przy drugiej, już tylko kaprala.
  - Szeregowy Tenks zgłasza się na rozkaz - powiedział niepewnie Saiyan, zerkając to na jedną twarz, to na drugą. Wydawały się identyczne.
  - Patrzcie na mnie, kiedy do was mówię! - krzyknął oficer. - I odpowiadajcie! Macie jakiekolwiek pojęcie dlaczego skierowano was do naszego oddziału?
  Saiyan postanowił zachować prawdę dla siebie, jako zbyt niewiarygodną.
  - Melduję, że nie rozumiem pytania, panie sierżancie.
  - Nie rozumiesz. Przyjrzyj się więc nam wszystkim dobrze i się zastanów, a może zrozumiesz.
  - Panie sierżancie, nie muszę się przyglądać. Widziałem już w życiu takie rzeczy, że nawet gdyby miał pan siedem głów i zionął ogniem, nie zdziwiłoby mnie to.
  Obie głowy roześmiały się.
  - Nadasz się - stwierdził oficer. - Wejdź i rozgość się. Jesteś Tenks, tak? Mam na imię Lock, a mój brat-blondyn to Lorr.
  - Ba-bardzo mi-mi-mi-miło - wyjąkał kapral.
  - Ten mały to Dawg'Mutt, ale mów mu Dawg. A tam przy stoliku są jeszcze Blob i Zoll.
  - Są? - zdziwił się Tenks, bo widział tylko tego muchowatego.
  - Tak, Zoll siedzi na krześle, a Blob na podłodze. Nie nosi munduru, więc czasem trudno go rozpoznać. Blob, przywitaj się.
  Roślino-spaghetti zabulgotało i pomachało jedną z macek. Saiyan na ten widok o mało co nie zaliczył gleby. Dawg podszedł i obwąchał mu nogawki.
  - Kur... - stwierdził. - Nic nie czuję. Przysłali nam normalnego!
  - To straszne - stwierdził dowódca. - Na pewno w ten sposób dowództwo chce nas zniszczyć. Eee, Tenks, nie podawaj ręki Zollowi. Ma odnóża pokryte kwasem.
  - Aha... - Saiyan cofnął dłoń. - Czy on w ogóle mówi?
  - Rzadko. Ubzdurał sobie, że najsilniejsi w oddziale są małomówni.
  - Więc on jest najsilniejszy?
  - Nie, ale chciałby.
  Blob zabulgotał wesoło.
  - Mó-mó-mówi, że-że wy-wyglądasz bardzo sma-smakowicie - przetłumaczył Lorr.
  - Naprawdę? - Srebrnowłosy skrzywił się.
  - Tak naprawdę, to nie mamy pojęcia, ale chyba cię polubił.
  - To dobrze?
  Karłowaty pies roześmiał się nieprzyjemnie, Lock wzruszył ramieniem i rozłożył bezradnie rękę.
  - Wybierz sobie pryczę. Mamy dużo wolnych. Tamta jest moja i Lorra. - Wskazał duże, szerokie małżeńskie łoże. - Ta owinięta folią anty-erozyjną jest Zolla. Kojec należy do Dawga. Blob sypia w łazience. A właśnie - ściszył głos - w nocy tam nie wchodź. Jakieś pytania?
  - Chwilowo nie.
  - W takim rozgość się. Do południa mamy czas wolny.
  - Tak, a co w południe?
  - Trafiłeś na dzień podsumowania. Normalnie o tej porze wracalibyśmy z porannej zaprawy, ale dzisiaj pozwalają się nam wyspać. W południe wszyscy przejdą testy i na ich podstawie niektórzy zostaną przeniesieni do innych oddziałów.
  - Nas nigdy nie przenoszą - wtrącił Dawg.
  - To pra-pra-prawda, na-nasz pluton jest wy-wyjątkowy pod-pod tym względem.
  Muchowaty Zoll warknął pod nosem coś niezrozumiałego.
  - Ach, prawda, Zoll jest z tego powodu bardzo niezadowolony, uważa, że powinien należeć do którejś z elitarnych drużyn.
  Z perspektywy Tenksa, rozmowa o elitach wśród Gasnących Słońc wydawała się dość zabawna. Nie licząc Edge'a, był przecież najpotężniejszą z Umierających Gwiazd, co zapewne równało się najpotężniejszej istocie we wszechświecie. Wiedział, że nie ma szans spotkać tu kogoś na choćby zbliżonym do siebie poziomie.
  Miał rację. Ale i tak czekało go duże zaskoczenie.

Koniec rozdziału trzynastego.

Notka odautorska:
Trudno uwierzyć, że to już trzy lata. Cztery pierwsze rozdziały DBAZ, autorstwa Bahamuta_13, pojawiły się na stronach nieistniejącego już serwisu TDB 12-go maja 2002-go roku. Od tamtej pory wiele się zmieniło: autor, strona macierzysta, forum (reaktywowane chyba trzykrotnie). Wiele razy chciałem sobie z tym tekstem dać spokój (nie ma tygodnia, by ta myśl nie powracała ;), ale za każdym razem, rozbijający się po mojej głowie Edge i inni bohaterowie zwyciężali.
Próbowałem pisać w tym czasie inne rzeczy, ale AZetka zdominowała moja wenę niemal całkowicie. "Dragon Bols" odpadł w przedbiegach (ale pozostaje moim ulubionym dziełem). Gościnne odcinki do "The Last Song" Maxa Demage'a powstały właściwie jedynie dla odsapnięcia między przewodnikiem do DKS, a "Edge Story". Najpoważniejszym projektem było TSH, do którego z całą pewnością wrócę, być może nawet wcześniej niż zakładam.
Za największą porażkę DBAZ uważam nieudany i niedokończony "Lanfa-jin Series", ale wciąż jest nadzieja, by to kiedyś naprawić. Mniejszą porażką jest nigdy nie powstały "King Vegeta Special", może się nią też okazać nadal planowany "Son Goku Special". Mógłbym zresztą napisać specjala o co drugim bohaterze fanfika, tylko nie wiem kiedy, po co i kto by to czytał... Może kiedyś wrzucę niektóre historie do jakiejś "Encyklopedii AZ" czy czegoś takiego. Chyba że uda mi się je jakoś przemycić, jak historię Cinquedy w powyższym tekście.
Dzięki wszystkim, którzy czytają! Bez was ten fanfik na pewno by nie powstał.


-> Wstęp <- | Rozdział XII <- | -> Rozdział XIV

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.