Część pierwsza - Saiyański książę

Wstęp | Prolog
001 | 002 | 003 | 004 | 005 | 006 | 007 | 008 | 009 | 010 | 011 | 012

Rozdział XI - Dobrzy, źli i oozaru

  Penya-hoshi, jedna z tysięcy gwiazd w Megagalaktyce Północnej, nazywana była po prostu "Słońcem" przez mieszkańców Skma-sei, jedynej zamieszkałej planety w układzie... Do czasu aż na Skma przybył Edge i została z niej zaledwie chmura asteroid. Gwieździe nie sprawiło to różnicy, płonęła obojętnie, choć jej życiodajne światło i ciepło niknęły w otchłaniach wszechświata.
  Ale to miało się zmienić teraz, gdy do tego zakątka wszechświata dotarła iskierka życia.
  Krążące skalne resztki przyspieszyły ruch, jednocześnie wypadając z dotychczasowej orbity. Wciąż wirując, coraz szybciej i szybciej, skały i kosmiczny pył zaczęły się łączyć w większe fragmenty, odtwarzając jądro, a potem kolejno płaszcz i skorupę.
  I na tym proces się nie zakończył, wkrótce powierzchnia planety na powrót pokryła się zielenią. Drzewa, krzewy, trawy i kwiaty rosły w oczach, a już po chwili pojawiły się wśród nich przywrócone do życia zwierzęta. Równie szybko nastąpiła rekonstrukcja cywilizacji Skma-jinów. Lud rozumnych gadów, którego wygląd cechowały zapadnięte nozdrza i jasnobłękitna skóra, był niezbyt zaawansowany technologicznie, ale za to silnie uduchowiony. Ich szamani nie potrzebowali wiele, by zrozumieć kto jest odpowiedzialny za powrót całej rasy do świata żywych.
  Zarządzono święto dziękczynne dla Wielkiego Stwórcy. Festyn trwał do samego rana.
Stwórca nie wziął udziału, ale obserwował wszystko z wielkim zadowoleniem.

  Kuuja nie lubił Saiyanów. Istniały oczywiście wyjątki, jak Saladin czy Pan, ale generalnie sposób bycia tego gatunku działał mu na nerwy. Całe to ich dążenie do udowadniania innym swojej wyższości (co gorsza, często uzasadnione) i ciągłego testowania własnych możliwości było drażniące i na dłuższą metę, strasznie męczące.
  Bo przecież nie mógł pozwolić, by pokazali, iż są lepsi od niego...
  Tymczasem przyszło mu użerać się z księciem tej rasy. Co prawda w żyłach Amaranta płynęło tylko pięćdziesiąt procent saiyańskiej krwi, ale za to najwyraźniej najwyższej jakości. Przynajmniej takie wrażenie białowłosy odnosił obserwując jego dzikie harce wokół wielkiej małpy.
  Zaczął nieźle - przelatując pół metra od pyska oozaru. Głupie, ale przynajmniej skuteczne. Gigant od razu rzucił się za nim w pogoń, ignorując swój dotychczasowy cel, czyli właśnie Kuuję, któremu zdecydowanie należała się chwila wytchnienia. Ale potem w księciu odezwały się - jakżeby inaczej - instynkty odziedziczone ze strony ojca. Za wszelką cenę chciał pokazać, że jest od swojego poprzednika większym ekspertem w odwracaniu uwagi ogromnych, wściekłych, owłosionych potworów.
  Jedno należało przyznać - z tym swoim energetycznym tornadem był całkiem szybki. Ciekawa technika, być może warta uwagi. Ale przyjdzie na to czas, na razie należało zająć się oozaru. I tu właśnie pojawiał się problem. Odciągnięcie giganta - to jedno, powstrzymanie - co innego. Zwłaszcza, że należało go unieszkodliwić nie zabijając przy tym. To zaś stanowiło spory problem. Przemienieni w wielkie małpy Super-Saiyani pod wpływem stresu, mieli tendencje do bezwolnego przyjmowania złotowłosej formy. Czy raczej próby jej przyjęcia, jako że te dwa stany wzajemnie się wkluczały. Było to dla organizmu zabójcze w najbardziej dosłownym znaczeniu - najczęściej nie wytrzymywało serce.
  Otworzył kanał komunikacyjny i przekazał swoje spostrzeżenia Amarantowi.
  - Podsumujmy więc - odpowiedział półsaiyan, uciekając w międzyczasie przed kolejnymi ciosami. - Mamy to ogłuszyć, ale delikatnie. Tak żeby się nie wkurzył, bo wtedy zdechnie?
  - Można to tak ująć.
  - Luzik. To jaki jest plan?
  - Właśnie myślę.
  Przez chwilę w eterze zapanowała cisza.
  - Kuuja...
  - No?
  - Może mógłbyś... uch... myśleć szybciej?

  Książę miał kłopoty. Kilka minut uników i już czuł się zmęczony. Nic dziwnego, działał maksymalnie skoncentrowany i na granicy możliwości swojego organizmu. Nigdy wcześniej nie musiał korzystać z techniki Flair równie długo w jednym ciągu. Cały się spocił, a serce wściekle waliło. Brak reakcji ze strony białowłosego sojusznika nie pomagał.
  Nie miał wyboru - musiał zmienić taktykę.
  Przy kolejnym zamachu wielkiej małpy odleciał na dalszą odległość, dezaktywując wir energii. Potwór zaryczał i zaszarżował, więc Amarant odskoczył ponownie, lądując na jakimś pagórku. Liczył na kilka sekund wytchnienia.
  - Idioto! - usłyszał krzyk Kuuji. - Natychmiast uciekaj!
  - Co? - zdążył się zdziwić, gdy niespodziewanie oozaru zionął w niego potężnym, jasnym strumieniem ki. Skała pod stopami księcia eksplodowała w oślepiającym błysku. Rzuciło nim bezwładnie. Poczuł gorąco fali uderzeniowej i trafienia twardych i ostrych kamieni, po czym grawitacja niedelikatnie sprowadziła go na ziemię. Uderzył się w głowę.
  Przez chwilę nie wiedział co się dzieje, po czym nagle coś szarpnęło go za rękę. Gdy odzyskał zmysły, Kuuja stał nad nim. Małpa szalała kilkadziesiąt metrów dalej, zasłaniała ją kamienna ściana.
  - Czujesz nogi? Możesz wstać?
  - Tak.
  - No to wstawaj, mamy robotę.
  - Cholera - zaklął książę, podnosząc się. - To zabolało.
  Lanfan spojrzał na niego z politowaniem.
  - To oozaru - przypomniał. - Ciesz się, że żyjesz. Dobra, do rzeczy. Wygląda, że stracił zainteresowanie domem Brussel, ale jeśli zbyt długo pobędzie w tej formie, wysiądzie mu pikawa. Musimy go ogłuszyć.
  - Wymyśliłeś coś?
  - Tak. Strzelę mu w łeb najsilniejszym atakiem jaki znam.
  Książę skrzywił się lekko.
  - Taki plan to i ja bym wymyślił.
  - To zaproponuj coś innego.
  - Luz, nie powiedziałem, że wymyśliłbym "lepszy", tylko "taki". Mi pasuje.
  - Świetnie. Będę potrzebował trochę czasu.
  - Rozumiem, że mam ci go kupić?
  - Tylko nie przepłać. Walczymy o jego życie, nie chcemy stracić naszych. - Urwał na chwilę, jakby ważąc kolejne słowa. - Tej techniki mogę użyć tylko raz, więc nie możesz mu pozwolić wyjść z zasięgu rażenia. No i... w kluczowym momencie powinieneś się odsunąć.
  Zabrzmiało to bardzo poważnie, więc Amarant skinął tylko głową na potwierdzenie.
  Kuuja uniósł się w powietrze, podwinął rękawy białego stroju, zamknął oczy i rozłożył ręce szeroko. Zacisnął pięści, żyły i mięśnie na przedramionach zarysowały się wyraźniej. Aktywował aurę, po czym jakby aktywował ją ponownie. Otaczające go białe płomienie zgęstniały do niemal materialnej postaci.
  Normalnie ki spoczywała w komórkach ciała w statycznej, uśpionej formie. Sama jej obecność wzmacniała organizm, dając mu ogromne możliwości, czyniąc odpornym na ciosy, ale także i choroby. Obudzenie energii polegało na wprawieniu jej cząstek w swoiste drgania - właśnie wówczas skautery wykrywały pełną moc, a wojownik mógł korzystać z całego drzemiącego w nim potencjału. Aura pojawiała się dlatego, iż drgająca pod skórą ki momentami wyciekała na zewnątrz, spalając się w kontakcie z atmosferą.
  Taak, jeśli chodzi o teorię, nie mam sobie równych - zauważył książę z autoironią.
  Wyglądało, że Kuuja, zaciskając zęby z wysiłku, celowo uwalniał energię przez skórę, tylko po co? W ten sposób bardzo szybko wyczerpie wszystkie zapasy. Chyba, że... Nie, niemożliwe.
  Nie przypadkiem pociskami strzelało się z dłoni - tylko w ten sposób można było w rozsądny sposób dozować i kontrolować opuszczającą ciało energię. Czyżby Lanfan zamierzał złamać tę zasadę?
  Rozmyślania przerwał ryk oozaru, który najwyraźniej zauważył, że coś się święci. Albo zwyczajnie dostrzegł potencjalną ofiarę. Tak czy inaczej, należało wkroczyć do akcji. Amarant uaktywnił Flair i wystartował.
  - Hej, tu jestem, brzydalu!! - krzyknął do giganta. Ten warknął i ruszył w jego kierunku, tratując wszystko po drodze. Półsaiyan ledwo uniknął zamachu potężnej łapy. Małpa zatrzymała się gwałtownie, krusząc skaliste podłoże, po czym wykonała nagły zwrot i uderzyła ponownie, z lewej. Wielki paluch przeleciał kilka centymetrów od twarzy księcia, który poczuł się jak mucha w konfrontacji z uzbrojonym w packę łowcą. Rzucił się w bok, uciekając przed kolejnym ciosem od góry. Rozwścieczony niepowodzeniami olbrzym ryknął ponownie i wystrzelił kolejny strumień ki z zębatej paszczy.
  Tym razem szarowłosy nie dał się zaskoczyć i na pewno zdołałby uniknąć ataku, gdyby nie bliski dystans i mała ilość czasu na reakcję. Fala przypaliła mu lewy bark i ramię, aż krzyknął z bólu. I mimo, że bardzo chciał, przed kolejnym ciosem już się nie uchylił.
  Trafiony wielką dłonią, wystrzelił w powietrze niczym piłka do hyperballa. Zabolało dopiero, gdy uderzył w pierwszą skałę. Nigdy nie spodziewałby się, że mógłby przebić ją na wylot, ale przebił, tak samo jak dwie kolejne. Kiedy wreszcie zatrzymał się, wbity na dwa metry w skałę, poczuł ogromną ulgę. Żył. I chyba nawet mógł się ruszać, przynajmniej częściowo. Wnioskując z bólu, lewą rękę miał połamaną. Prawy bark także łupał, pewnie zwichnięty. O obitych żebrach nie wspominając.
  Dla niego walka już się zakończyła.

  Sytuacja Kuuji stała się wybitnie stresująca. Został sam, a wciąż nienasycony krwią oozaru zbliżał się w jego stronę. Żeby tylko zbliżał - pędził w akompaniamencie ogłuszającego ryku wściekłości! A technika, którą krępy Lanfan planował zastosować nijak nie chciała się udać. Potrafił zachować spokój niemal w każdych warunkach, ale obecna chwila zaczynała go powoli przerastać. Jego odporność poddawana była ciężkiej próbie.
  Klnąc w duchu, desperacko próbował ustabilizować wypływającą z jego ciała energię. Aby osiągnąć punkt krytyczny, musiał doprowadzić pokrywającą jego skórę ki do stanu względnej równowagi. Czuł, że jest już blisko.
  Ale czy oozaru nie był bliżej? Do ciężkiej cholery!
  - Chrzań się, małpo! - wykrzyknął. - ULTIMA!!
  Wyrzucił obie ręce przed siebie, otaczająca go energia wystrzeliła szerokim strumieniem w kierunku szarżującego olbrzyma. Trafiła centralnie, osadzając potwora w miejscu, a nawet odpychając o kilka metrów. Wielkie stopy ciężko zaparły się w podłoże, znów miażdżąc skałę. Wszystko bezskutecznie - wciąż bezwolnie cofał się pod naciskiem Ultimy.
  Lanfan oczami wyobraźni ujrzał nadchodzące zwycięstwo. Co prawda, technika miała wywołać eksplozję przy zderzeniu z celem, ale - jak na nieprzygotowaną w pełni - i tak działała zupełnie nieźle. Jeszcze kilkanaście metrów i jego wielki przeciwnik oprze się plecami o wzniesienie na które był spychany. Wówczas wreszcie energia nie będzie miała dokąd uciec, nastąpi przekroczenie masy krytycznej i wszystko zniknie w efektownym wybuchu.
  Gigant, mimo wysiłku, z każdą sekundą zbliżał się do pionowej kamiennej ściany. Kilka sekund... pięć... cztery... trzy...
  - Dobrze się bawisz? - Kuuja usłyszał tuż nad uchem. Nerwowym ruchem odwrócił głowę.
  - Choke!
  Jeden, symboliczny wręcz, cios w twarz wystarczył. Białowłosy stracił koncentrację i kontrolę nad własną techniką. Uwolniony strumień mocy ominął oozaru i poleciał gdzieś w dal. Rozległ się potężny huk i nad okolicą wyrósł spory grzyb dymu i pyłu.
  Lanfan opadł na ziemię. Szybciej niż by sobie tego życzył. Ultima miała jedną wadę - zużywała naprawdę wiele ki. Dlatego nie mógł ścigać Zajęczej Wargi, mimo iż teraz wyraźnie wyczuwał jego obecność. Dlatego też, na widok zbliżającego się potwora odruchowo przełknął ślinę.
  Ratunek przyszedł z nieoczekiwanej strony. Ktoś krzyknął, głośno, wysoko i przeciągle, po czym uwagę wielkiej małpy przykuły dwa latające obiekty, w tym jeden TurboJet.
  Głupi gówniarze, nie zdawali sobie sprawy z niebezpieczeństwa!
  Przez dłuższą chwilę olbrzym oganiał się od nowych "komarów", ale dzieciaki miały dość skuteczną taktykę. Mniej zwrotny w swojej maszynie Brolly trzymał się poza zasięgiem wielkich łap, ale za to wciąż przed oczami goryla. Piekielnie szybki Vivi krążył natomiast wokół głowy ich wspólnego wroga. W ten sposób rozpraszali jego uwagę, z tym, że jednocześnie coraz bardziej go irytowali. Prędzej czy później musiało to doprowadzić do jakiegoś nieszczęścia.
  No i doprowadziło. Rozwścieczony oozaru ryknął głośniej niż zwykle, zrobił trzy szybkie kroki do przodu i strącił TurboJeta jednym zamachem. Pojazd rozbił się o skały, życie pilota uratowały poduszki powietrzne.
  Ten incydent był początkiem końca walki, choć ten nie nastąpił w okolicznościach, jakich Kuuja oczekiwał. Wszystko przez niespodziewaną reakcję Viviego, którego momentalnie otoczyła intensywna aura ki.
  - Tyyy...! - wykrzyknął małolat, wyraźnie rozwścieczony. - Ty małpo! Zostaw go w spokoju!! METEOR!!!
  Gigant zalany został nawałem ki-blastów, tak intensywnym, że nie wytrzymał naporu i upadł. Ale mały Lanfan wcale na tym nie poprzestał. Posyłał jedną serię za drugą, stosując modelowe wręcz Renzoku Energy Dan. Przy czym, jednocześnie, każdy pocisk zawierał zadziwiająco duży ładunek energetyczny. Eksplozje wyrywały nawet kilkumetrowej średnicy dziury w ziemi. Kuuja z niedowierzaniem włączył skauter i niemal spocił się, widząc odczyt. Aż taka moc drzemie w tym karzełku?
  - Widzisz to samo co ja? - Ze słuchawki dobiegł głos Amaranta. - Jesteśmy uratowani!
  - Na to wygląda.
  - Nie mówiłeś mi, że ten mały tak wymiata!
  - Nie wiedziałem. Idę sprawdzić, czy Brolly żyje. Rany, Pan wypruje nam flaki.
  - Też postaram się tam dotelepać.
  Po kilkunastu sekundach intensywnego ostrzału, Vivi przerwał atak. Cała akcja kosztowała go wiele wysiłku. Dyszał ciężko i nieco chwiejnie utrzymywał się w powietrzu. Ale zwyciężył. Ginger-oozaru leżał nieprzytomny, a już chwilę później zaczął kurczyć się do normalnych rozmiarów. Na ten widok mały dokonał nagłego zwrotu i wylądował obok rozbitego TurboJeta.
  - Brolly, nic ci nie jest?!
  - Nic. - Jasnowłosy Saiyan właśnie kończył wygrzebywać się z wraku. - Ale totalnie rozwalił maszynę. Ze dwa dni będę to naprawiał...
  - Pokonałem go, pokonałem! - wykrzyknął uszczęśliwiony Lanfan.
  - No, przecież mówiłem, że dasz radę - uśmiechnął się ogoniasty.
  - Kazałem wam się nie wtrącać - zganił ich Kuuja, docierając na miejsce. - Mogło się wam coś stać.
  - Prędzej wam by się coś stało, bo zamiast walczyć wolałeś się wygłupiać - odparł sucho blondynek.
  Lanfan zmierzył go wzrokiem. Czy to możliwe, by ten dzieciak wiedział? Nie... Niby skąd.
  - Pokpiłem sprawę. Nie sądziłem, że pozostali dwaj zdecydują się wtrą... - urwał. Czemu tłumaczył się temu dziecku? - Swoją drogą, musimy zachować ostrożność, oni wciąż gdzieś tu są. O, jest i nasz książę - wskazał lewitującego w ich stronę półsaiyana, który wyglądał bardzo źle. Cały jego strój był w strzępach. Lewa ręka zwisała bezwładnie, a prawą poruszał z wyraźnym trudem.
  - Jakim cudem wyszedłeś z tego tylko z jednym zadrapaniem? - zapytał białowłosego, z wysiłkiem ocierając czoło z krwi. - Wygraliśmy?
  - To zależy co zdecydują się zrobić tamci dwaj. Ale nie sądzę, by któryś z nich miał dość odwagi, by postawić się teraz naszemu atomowemu karzełkowi. - Białowłosy poklepał Viviego po czuprynce.
  - Właśnie, mały, niezła robota! - pochwalił Amarant, robiąc dobrą minę do złej gry. Fakt, że nawet lanfańskie dziecko przewyższało go siłą, niezbyt mu się podobał.
  - Nie mów na mnie "mały", bo ci skopię tyłek!

  - To zły pomysł - stwierdził Choke, zaciskając kapsułkę w dłoni.
  - Jestem silniejszy - nalegał Marrow. - Nie zawiodę, jak Ginger. Jako oozaru rozgniotę ich na miazgę!
  - Nie, powinniśmy się wycofać.
  - Nie będę uciekał, jeśli mamy inne wyjście!
  - Będziesz, jeśli ci każę - zimno stwierdził Zajęcza Warga. - O ile pamiętam, ciągle ja tu dowodzę.
  - W takim razie... przejmuję dowodzenie!
  Wyczerpany wcześniejszą walką Choke nie miał szans w porę zareagować. Ciosami w podbródek i żołądek, podwładny powalił go na ziemię i - już leżącego - kopniakiem pozbawił przytomności. Wyłuskał z palców dowódcy kapsułkę i przemienił ją w walizkę. Nie znał efektów ubocznych działania PFR-032, postrzegał środek tylko jako klucz do potęgi. Wkrótce miał się przekonać, że nieświadomość zabija.

  Urządzenie kompresujące TurboJeta nie ucierpiało, na szczęście, od uderzenia. Brolly przemienił pojazd w kapsułkę i grupa powoli zbierała się odstawić Amaranta do najbliższej komory regeneracyjnej, gdy ryk oozaru sprawił, że wszyscy, jak na komendę, podskoczyli.
  - Chyba już to przerabialiśmy - mruknął książę na widok ogromnej małpy, ciężko kroczącej w ich stronę.
  Kuuja sięgnął do skautera i zaklął cicho na widok odczytu.
  - Tym razem będzie ciężko - podsumował.
  - Jak to, czyli poprzednio było łatwo? - zdziwił się półsaiyan.
  - Mieliśmy szanse. Teraz nie mamy - wyjaśnił białowłosy. - Musimy uciekać, do Brussel, wezwać Złoty Szwadron.
  - Zaczekajcie. - Brolly gestem powstrzymał zapędy drużyny. - Czuję inną ki.
  - Potrafisz to? - Książę nie zdołał ukryć zaskoczenia.
  - On ma rację - podchwycił Kuuja, operując przy elektronicznym monoklu. - Ktoś się zbliża. - Znowu zaklął, głośno i bardzo brzydko.
  - Kłopoty?
  - Nie, jesteśmy uratowani - odparł ponuro Lanfan.
  Szarowłosy zazgrzytał zębami i o nic więcej nie pytał. Odpalił skauter i pobladł widząc wyświetlane na szybce liczby. Poziom mocy nowego oozaru sięgał dwudziestu czterech jednostek, ale i tak było to nic w porównaniu do drugiego z wykrytych wojowników. Pięćdziesiąt jeden MJ! Nawet Czerwoni Gwardziści nie dysponowali taką mocą.
  A jednak, jeden dysponował.
  Otoczona karmazynową aurą sylwetka Super-Lanfana przecięła powietrze, uderzając w giganta niczym grom z jasnego nieba. Goryl zachwiał się, ale nie zdążył upaść - oberwał kilkoma silnymi pociskami w plecy. Złapał równowagę i odwrócił się, zionąc strumieniem ki, ale nie miał szans trafić tak szybko poruszającego się celu.
  Wojownik ostrzelał ziemię pod stopami olbrzyma serią mocnych ki-blastów, sprawiając, że ogromne cielsko zapadło się niemal po pas. Unieruchomiony oozaru nie miał już żadnych możliwości reakcji. Kolejne pociski spadały na niego z bezlitosną celnością i dosłownie zabójczą skutecznością.
  Poraniony potwór ryczał z bólu i przerażenia, rozpaczliwie próbując wydostać się z pułapki. Potężne łapy bezsilnie ryły skałę. Dwukrotnie prawie udało mu się wygrzebać z wilczego dołu, ale impet ataków Czerwonego Gwardzisty każdorazowo uniemożliwiał ucieczkę. Widok upokorzonego giganta przepełniał dziwnym żalem.
  - On go zabije! - krzyknął Vivi. - Kuuja, zrób coś, on go zabije!
  - Wiem, mały. Ale nic nie na to nie poradzimy.
  - Jak to!? - krzyknął książę. - Na pewno jest sposób, żeby to jakoś powstrzymać!
  - To porucznik Rufus, nic nie powstrzyma go od zabicia Saiyana, jeśli ma do tego okazję. Próbując mu przeszkodzić sami narazimy się na śmierć.
  - Zaraz zobaczymy!
  Amarant uniósł się w powietrze. Tak szybko, jak tylko mógł w obecnym stanie leciał ku atakującemu z zacięciem gwardziście. Próbował zmusić organizm do większego wysiłku, ale mimo starań miał wrażenie, że porusza się przeraźliwie powoli. Zbyt wolno. Nagle poczuł dotyk dłoni na plecach, szybki rzut oka wystarczył, by zobaczyć, że dołączyła do niego reszta drużyny. Vivi, który zachował najwięcej energii pomagał mu przyspieszyć. Z prawej, z wyraźnym wysiłkiem, leciał Kuuja, z lewej, z zadziwiającą swobodą - mały Brolly.
  - Mam nadzieję, że wiesz co robisz - mruknął Lanfan.
  - Poruczniku Rufus! - krzyknął książę, gdy znaleźli się w odległości z której mógł zostać usłyszany. Czerwony Gwardzista przerwał ostrzał, rybie oczy, w tej formie dodatkowo pozbawione tęczówek, z zaciekawieniem omiotły zbliżającą się grupkę. Oozaru wciąż żył, ale już nie miał siły uciekać. Leżał tylko w kałuży własnej krwi, poparzony i pokiereszowany.
  - Cóż za spotkanie - zagadnął Lanfan w mundurze, gdy zbliżyli się jeszcze bardziej. - Kuuja, Vincent, Brolly i... książę Amarant, prawda? - odgadł z szerokim uśmiechem. - To dla mnie zaszczyt. - Skłonił się symbolicznie.
  - Cieszę się, że mnie pan rozpoznał, poruczniku. To nam zaoszczędzi czasu. Zabraniam panu zabijać tego Saiyana.
  - Czyżbym źle zrozumiał sytuację, wasza wysokość? Zdawało mi się, że wam zagraża... Macie prawdziwe szczęście, że przypadkiem znajdowałem się w pobliżu.
  - Tak, ale nie musiał go pan tak katować!
  - Pragnę przypomnieć, że za atak na członka rodziny królewskiej przewidziano karę śmierci...
  - Nie obchodzi mnie to, niech go pan zostawi w spokoju!
  Rufus uśmiechnął się jeszcze szerzej.
  - Pragnę również przypomnieć, że Czerwona Gwardia podlega wyłącznie królowi, co oznacza, że jedynymi osobami które mogą mi wydawać rozkazy, są ojciec waszej wysokości i komandor Zidane. Ale skłonny jestem posłuchać tej prośby, walka jest już zakończona.
  - Amarant... - Kuuja położył dłoń na ramieniu księcia, którego przeszyło nagłe złe przeczucie.
  Niedawny oozaru wrócił do normalnej formy, nie ruszał się. Skauter nie wskazywał oznak życia.

Koniec rozdziału jedenastego.

Notka odautorska:
Pisząc ten rozdział uznałem, że cytowanie za każdym razem jakiegoś utworu to chybiony pomysł. Takie cytaty będą się pojawiać tylko przy wyjątkowych okazjach. W "normalnych" rozdziałach pojawią się inne bonusy (najczęściej właśnie takie notki).
Dotyczy to także pierwszych dziesięciu rozdziałów, które zostały "wstecznie poprawione" pod tym względem :)


-> Wstęp <- | Rozdział X <- | -> Rozdział XII

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.

Outside Reality
Dragon Ball AZ logo by Gemi