Część pierwsza - Saiyański książę

Wstęp | Prolog
001 | 002 | 003 | 004 | 005 | 006 | 007 | 008 | 009 | 010 | 011 | 012

Rozdział VII - NLV

  Nad ranem Kuuja z pewnym rozczarowaniem stwierdził, że jego ojciec najprawdopodobniej w ogóle nie przeczytał wiadomości od Saladina. Garland musiał wyjść wcześnie, a notatka na stole nie poruszała spraw poważniejszych niż śniadanie. Tak więc wtopa z wczoraj miała młodemu Lanfanowi ujść na sucho. Tak samo jak wszystkie poprzednie. Ciekawe, czy ojczulek zauważyłby, gdyby jego syn kogoś zabił? I to się pewnie wkrótce okaże.
  Brak reakcji był jednak Kuuja wybitnie na rękę. Plany, które miał na dziś wymagały maksimum swobody poruszania się po planecie. Oraz obecności Pan i Amaranta.
  W celu zapewnienia tego drugiego, Kuuja niezwłocznie po śniadaniu ruszył do pałacu. Księcia zastał przy posiłku. Po namowach, półsaiyan zgodził się zrezygnować z szóstego i siódmego dania, choć uczynił się to z nieukrywanym żalem. Gorzej było z odnalezieniem dziewczyny. Nie zjawiła się w umówionym miejscu - umieszczonej na zapleczu pałacu kafejce dla oficerów i urzędników. Amarant także nie wiedział gdzie mogłaby być. Pozostało czekać.
  - Jak tam spotkanie z ojcem? - zagadnął obojętnie Kuuja, kiedy milczenie stało się męczące.
  - Nieźle - odparł książę, ziewając. Miał na sobie lekki strój bojowy barwy czerwieni z lekkim odcieniem fioletu. Ozdobiony dodatkowo niewielkimi emblematami rodziny królewskiej. - Choć trochę się przeciągnęło, dlatego dopiero co wstałem. Wygląda, że póki są tutaj ci faceci z Wszechsojuszu, mam wakacje.
  - Co zamierzasz robić?
  - To planeta wojowników nie? Chciałbym sprawdzić jak wysoko stoję tutejszym w łańcuchu pokarmowym. Wczoraj wspominałeś, że są na to ciekawsze sposoby, niż te mordownie...
  - Bo są, ale... O, widzę Pan. Zaraz się wszystkiego dowiesz.
  Dziewczyna, w pancerzu i z charakterystycznym, nieco topornym skauterem na prawym oku, właśnie weszła do lokalu. Wyglądało, że nie jest w najlepszym humorze. Zbliżyła się szybkim krokiem, kilka razy nerwowo oglądając za siebie.
  - Co ON tu robi? - zapytała z wyrzutem, wskazując Amaranta.
  - Będzie nam potrzebny - wyjaśnił Kuuja. - Nie uważasz, że wczoraj udowodnił, że jest wart uwagi jako wojownik?
  Dziewczyna prychnęła lekceważąco, ale nagle zmieniła nastawienie.
  - A, właśnie. A'propos wczoraj. Przypomniało mi się, po co tu właściwie przyszłam.
  - To znaczy? - zapytał z głupia frant Lanfan.
  Nic więcej nie zdążył powiedzieć. Nieduża, ale twarda jak skała pięść trafiła go w twarz z szybkością błyskawicy. Poleciał bezwładnie na najbliższy, obstawiony krzesłami stolik. Efekt był analogiczny do wywoływanego przez kulę uderzającą z dużym impetem w środek zestawu kręgli. Zatrzymał się dopiero na ścianie.
  - Hej, spokojnie, ludzie jedzą! - krzyknął w ich stronę jakiś Saiyan, który przypadkiem oberwał jednym z mebli. Innych reakcji nie było.
  Amarant, gotów w razie konieczności do natychmiastowego uniku, kątem oka zerknął na dziewczynę. Uśmiech satysfakcji obecny na jej twarzy sugerował, że Saiyanka chwilowo nie zamierza uciekać się od dalszej przemocy.
  Kuuja z pewnym trudem podźwignął się na nogi i oparł o ścianę, próbując otrząsnąć z zamroczenia. Chwiał się przez moment, zanim odzyskał jasność widzenia. Na lewym policzku miał wyraźnie odciśnięty ślad damskiej pięści.
  - Za... za co to było?! - zapytał.
  - Za to, że wczoraj mnie oszukaliście.
  - To dlaczego tylko ja dostałem?!
  - Hm, dobre pytanie - stwierdziła Pan, przenosząc wzrok na Amaranta. Ten rozpaczliwie zamachał rękami.
  - Eno, chwilunia! Sama założyłaś, że nie jestem księciem. My cię tylko nie wyprowadzaliśmy z błę... du...
  Pod ciężarem spojrzenia dziewczyny kolejne słowa wypowiadał coraz ciszej i wolniej, aż wreszcie całkowicie zamilkł. Saiyanka jednak szybko przestała się nim interesować. Zerknęła nerwowo w stronę wejścia.
  - Po co kazałeś mi tu przyjść? - zapytała Kuuja. - Tylko się streszczaj.
  - Zamierzam skopać tyłek Lettusowi.
  - Co to za Lettus? - zainteresował się Amarant, ale został zignorowany. Najwyraźniej obietnica, że wkrótce wszystkiego się dowie nie do końca miała pokrycie w rzeczywistości.
  - Sądzisz, że masz szanse? - zapytała sceptycznie dziewczyna.
  - Niech cię o to śliczna główka nie boli. Powiedz raczej, czy mi pomożesz.
  - Z tym może być problem, bo... - urwała, znów się rozglądając.
  - Saladin - domyślił się.
  - Zabronił mi opuszczać pałac.
  Lanfan skrzywił się, ni to zawiedzony, ni zdegustowany.
  - A dlaczego sądzi, że ten zakaz będzie skuteczniejszy niż cztery ostatnie?
  - Sęk w tym, że tym razem przydzielił mi żandarmów.
  - Tam jest! - coś krzyknęło od strony wejścia.
  - No właśnie. - Westchnęła.
  Kuuja spojrzał na źródło głosu i zaklął cicho. Amarant także spojrzał. I nic nie powiedział, bo zabrakło mu słów.
  Zauważył je dopiero po chwili: dwa podobne gnomom stworzenia dziarsko drepczące w ich stronę. Mimo niewielkich gabarytów były na swój sposób przerażające. Oba płci męskiej i na pierwszy rzut oka identyczne, przy bliższym przyjrzeniu zdradzały wiele różnic.
  Idący z przodu, mniejszy, wyglądał jak nieco powiększona wersja plastikowej zabawki przedstawiającej Zidane'a, dostępnej w każdym sklepie. Ubrany w miniaturkę munduru i z dokładnie skopiowaną fryzurą odtwarzał przywódcę Czerwonej Gwardii aż nadto wiernie. Smaczku dodawał napis "Zidane Rządzi" wypisany na przedzie dużymi, jaskrawozielonymi literami.
  Drugi z chłopców, mimo bujnej (choć nieco oklapniętej) blond czupryny z całą pewnością należał do saiyańskiej rasy. Dowodził tego pokryty jasną sierścią ogon, w tej chwili uniesiony, co zdradzało ekscytację właściciela, który podobnie jak jego mniejszy towarzysz miał na sobie nietypowy ubiór - naszpikowane kieszeniami ogrodniczki.
  - Co... co to ma być? - zapytał z niedowierzaniem książę. - Czy ja śnię?
  - Niestety nie.
  - Ooo, to Kuuja! - zawołał mniejszy z karzełków. - I jeszcze... O rany! To książę Amarant!! - krzyknął, zwracając uwagę postronnych osób.
  - Naprawdę? - zdziwił się ten drugi. Jego ogon zadrgał nerwowo. - Rzeczywiście!
  W mgnieniu oka ten na przedzie przebiegł resztę dystansu, dopadając do Amaranta. Pan i Kuuja przezornie się odsunęli.
  - Prawdziwy książę! Wczoraj przyleciałeś? Podoba ci się tu? Opowiedz o Yasan! - wołał, uczepiony jego nogawek.
  - Czy ktoś może mi wyjaśnić...? - zapytał bezradny Amarant, wskazując kciukiem w dół.
  - Poznaj mojego brata, Piekielnego Dzieciaka i jego najlepszego kumpla - powiedziała Pan.
  - Twojego brata? Który to? Ten z ogonem? - domyślił się.
  Kiwnęła głową.
  - Ma na imię Brolly. Ten wczepiony w twoje spodnie to...
  - Vincent Vegeta Hawk! - przedstawił się mały.
  - W skrócie Vivi - wyjaśniła Saiyanka. - Nie wspominaj przy nim o Zidane'ie.
  Nieduży Lanfan usłyszał jej słowa. Odskoczył od półsaiyana i wskazał palcem wyciągniętej ręki na twarz dziewczyny.
  - Coś ci się nie podoba? A może chcesz się bić?
  Na te słowa zareagował drugi z dzieciaków, do tej pory spokojnie stojący obok.
  - Vivi, obiecałeś! - powiedział poważnie do kolegi.
  - Ale ona obraża mojego ojca!
  - Nie obraziła go - sprostował niebieskooki blondynek.
  - Ojca? - zdziwił się książę. - Jesteś synem Zidane'a?
  - A tak! - warknął młody. - Masz coś do niego? A chcesz się bić?
  - Hej, luz. Po prostu nie wiedziałem, że ma dzieci.
  - Dziecko!
  - Spokój, nizioły! - uciął dyskusję Kuuja, bo wszyscy obecni w kafejce utkwili w ich grupce nieprzychylne spojrzenia. - Wychodzimy stąd - rzucił do całej grupy. - Chodźcie, pogadamy przy fontannie.

  Rzeczona fontanna umieszczona była w centrum wewnętrznego dziedzińca pałacu, który z założenia stanowić miał miejsce odpoczynku dla zapracowanych urzędników. Mogli się tu odprężyć, zrelaksować, porozmawiać w miłej atmosferze czy pokarmić gołębie.
  Rzeczywistość pokazała, że gdyby ptaki faktycznie opierały swój reżim żywieniowy na tym co tu dostaną, dawno wyzdychałyby z głodu. Zwykle puste miejsce, nadawało się idealnie na względnie dyskretne miejsce spotkań. Nie było tu kamer systemu ochrony.
  - Dobra, ferajna - zaczął Kuuja. - Mamy wyraźny konflikt interesów. Chłopcy, Pan będzie nam dzisiaj potrzebna. Jaka jest szansa, że dacie jej spokój na pół dnia?
  - Żadna - odparł Brolly. Jak na swój wiek miał wyjątkowo dojrzałe i inteligentne spojrzenie, które dziwnie kontrastowało z twarzą cherubinka. Emanował też wewnętrznym spokojem, coś zupełnie niespotykanego u dzieci. - Tata nakazał mi jej pilnować, jej pilnować mnie, a nam obu kategorycznie zabronił opuszczać pałacu i zbliżać się do jakichkolwiek komputerów.
  - Znowu grzebałeś w tajnych bazach danych?
  - Sprowokowali mnie - wyjaśnił blondynek, uśmiechając się łobuzersko, jego ogon zwinął się w spiralę, co zapewne oznaczało, że trochę kręci. - Ostatnio powprowadzali dodatkowe zabezpieczenia. Chciałem tylko sprawdzić, czy skuteczne...
  - Jesteś hackerem? - zapytał z niedowierzaniem Amarant. - Ile ty masz lat?
  - A jakie to ma znaczenie? - Chłopiec zmroził go spojrzeniem błękitnych oczu. - Liczy się serce, zapał...
  - Ma dziewięć lat - przerwał Kuuja.
  - Ja mam osiem, książę - wtrącił Vivi. - Ale i tak mógłbym ci skopać tyłek!
  - To dowcip, prawda? - książę zwrócił się do dwójki swych starszych towarzyszy. - Wkręcacie mnie. Kazaliście tym dzieciakom udawać. One naprawdę takie nie są?
  - Hej, chcesz się bić!? - oburzył się mały Lanfan.
  - I niech to ci starczy za odpowiedź. - Kuuja poklepał Amaranta po ramieniu. Ten chwiejnym krokiem odszedł na stronę, usiadł na brzegu fontanny i ukrył twarz w dłoniach, masując skronie. - Teraz musimy popracować nad rozwiązaniem naszego problemu.
  - Co chcesz zrobić? - zapytała Pan.
  - Jak zwykle. - Wzruszył ramionami. - Przekupimy czymś młodych, żeby ci dali spokój. No, chłopcy, jaka jest wasza dzisiejsza cena?
  - Dzisiaj jesteśmy nieprzekupni - stwierdził twardo Brolly.
  - Chyba, że zabierzecie nas ze sobą! - sprostował jego kolega. - Na pewno lecicie się bić!
  Białowłosy zamyślił się.
  - Dobra - powiedział po chwili.
  - Co? - zdziwili się wszyscy jednocześnie. Poza Amarantem, który i tak nie czaił o co biega, więc dla zabicia czasu rysował palcem kółka na wodzie. Chłopców zaskoczyło to, że Kuuja tak łatwo ustąpił. Pan miała uwagi:
  - Nie możemy ich zabrać do Lettusa. Jeśli coś się stanie Brolliemu, ojciec wyrwie mi wątrobę.
  - Zaufaj mi.
  Spojrzała na niego jak na trójgłowego, latającego psa.
  - Żartujesz?

  Mimo początkowych oporów, Pan wreszcie zgodziła się, by obaj chłopcy im towarzyszyli. Przekonało ją słowo "Brussel", którego Amarant oczywiście nie znał, ale które z wrodzoną przenikliwością rozpoznał jako saiyańskie imię. Przy okazji książę przeżył kolejny szok, gdyż okazało się, że nie wszyscy wyruszą na wyprawę o własnych siłach. Mały Brolly, jako iż nie dysponował wystarczająco wysokim poziomem mocy, poruszał się z pomocą TurboJeta. Maszyny te, znane też na Yasan-sei, przypominały latające fotele wyposażone w trzy odrzutowe silniki o regulowanym kierunku ciągu (z lekcji historii Amarant pamiętał, że podobnym poruszał się swojego czasu Freezer). Ten konkretny egzemplarz wyglądał na zmodyfikowany - wyposażono go w dwa komputery pokładowe i inne, nierozpoznawalne na pierwszy rzut oka bajery.
  Po dyskretnym opuszczeniu pałacu, lecieli z umiarkowaną prędkością, powoli opuszczając gęściej zabudowane tereny. Mimo, iż to Kuuja wyznaczał trasę, Brolly i Vivi wysunęli się na czoło, wywijając na niebie pętle, śruby i piruety. Dzikimi manewrami nadkładali co najmniej drugie tyle drogi, ale pochłonięci zabawą, chyba tego nie zauważali.
  - Wiecie co... - zagadnął w pewnym momencie Amarant. - Nie, żebym nie mógł żyć bez tej wiedzy, ale jednak poczułbym się pewniej, gdybyście wyjaśnili mi dokąd i po co lecimy, kim jest ten Lettus, o którym wspominaliście. Aha i kto to jest Brussel?
  - Wiesz co to NLV? - zapytał Kuuja.
  - Nie.
  - Neosaiyańskie Legiony Vegety - wyjaśniła Pan. - Największa zorganizowana saiyańska bojówka nie należąca do oddziałów króla Gebakki. Siedzą w Wolnej Strefie, wiesz, na drugiej stronie planety, tej nie kontrolowanej przez władze. Lettus to ich przywódca.
  - Straszny dupek i sukinsyn - dodał Lanfan. - Gorszy nawet niż ja, a to już spore osiągnięcie, nie sądzisz?
  Półsaiyan nie zareagował na prowokację.
  - Co właściwie robi ten legion?
  - Oficjalnie nic. W praktyce, zdaje mi się, zamierzają przywrócić dawny porządek rzeczy. Wiesz, militarne państwo, podboje planet i tak dalej. Mają świra na punkcie czystości swojej rasy. Tępią mieszańców, a przeszczepianie Lanfanom genów traktują jako świętokradztwo.
  - Dziwię się, że mój ojciec na to pozwala. Przecież podkopują to, co stara się tu budować.
  - Bez urazy dla króla Gebakki - wtrąciła się Pan - ale czasami brakuje mu j... zdecydowania. Na jego miejscu dawno bym wysłała Czerwoną Gwardię, żeby pozamiatała NLV.
  - Pewnie to zrobi prędzej czy później - stwierdził Kuuja, wzruszając ramionami, co w trakcie lotu wyglądało dość dziwnie. - Osobiście chrzanię NLV. Chodzi mi tylko o Lettusa. Strasznie go nie lubię i chciałbym mu to osobiście okazać. W możliwie najbardziej bezpośredni sposób.
  - To znaczy skuć mordę - przetłumaczyła niepotrzebnie Saiyanka, po czym podjęła wątek: - Ale to nie takie łatwe. Lettus nie bawi się w mordownie, bo uważa, że walka ograniczona zasadami i areną jest dla mięczaków.
  - Coś w tym jest - wtrącił książę, ale zaraz ugryzł się w język, przypominając sobie, że słowo "mięczaki" było także obraźliwym określeniem Lanfanów wymyślonym przez rasę Saiya w odwecie za "małpiszony". - Przepraszam, kontynuuj.
  - Jedyny sposób, by z nim walczyć, to rzucić wyzwanie na oczach wszystkich. Nie będzie mógł odmówić. Wiesz, honor i te sprawy. Z tym, że to oznacza konieczność walki z jego przybocznymi, a to nie są byle ułomy. Choć sam Lettus jest oczywiście najsilniejszy.
  - I w tym miejscu wchodzicie wy - podsumował białowłosy. - Zajmiecie się przydupasami, żeby mi umożliwić dostęp do szefa. Jest ich dwóch, a raczej dwójka, bo jedno to laska. Jego laska, ściśle rzecz biorąc. Ma na imię Celery. Drugi to Korn, jego najlepszy przyjaciel, prawdziwy wymiatacz. To głównie przez niego do tej pory tkwiłem w zawieszeniu. Pan da radę Celery, ale z nim raczej nie ma szans. Ja zaś muszę być w pełni sił, jeśli chcę wygrać z Lettusem. Twoje przybycie zmienia postać rzeczy.
  - Wszystko jasne - stwierdził Amarant. - Ale parę rzeczy mi tu zgrzyta.
  - To znaczy?
  - Po pierwsze, nie powiedziałeś co ja będę z tego miał.
  Kuuja znowu wzruszył ramionami.
  - Będziesz miał możliwość zmierzenia się z kimś na poziomie. Tego chciałeś, nie?
  - Coś jeszcze?
  - Eee... moją dozgonną wdzięczność? Uznanie w oczach historii i następnych pokoleń? Nie wiem, do cholery, a czego byś chciał?
  - W sumie... to wystarczy.
  Lanfan nie zaliczył gleby tylko dlatego, że znajdował się zbyt wysoko.
  - Ale... - dodał książę - jeszcze jedno mi się nie podoba.
  - Co takiego?
  - Że z góry założyłeś, że to ty powinieneś walczyć z Lettusem.
  - To podstawowe założenie tego planu.
  - Ale...
  - Żadnych "ale" - warknął białowłosy. - Ta kwestia nie podlega dyskusji. Musisz się zadowolić Kornem. Zaufaj mi, nie będziesz zawiedziony.
  - No właśnie, Kuuja - wtrąciła się Pan. - Jesteś pewien, że on sobie poradzi? Nawet nie wiemy, czy pokonałby mnie.
  - Bez urazy - rzucił do niej książę - ale zrobiłbym to, gdyby walka potrwała jeszcze chwilę.
  - Taak? - Zdenerwowała się trochę. - A może sprawdzimy?
  - W każdej chwili.
  - Wygląda na to, że będą inne sposoby, by się sprawdzić - stwierdził Kuuja w zamyśleniu. - Mamy towarzystwo.
  W tym momencie archaiczny skauter Pan zapikał ostrzegawczo. Rzuciła okiem na odczyty.
  - Trzy osoby. Poziomy mocy około dwa i pół tysiąca jednostek.
  - Zgadza się - potwierdził Kuuja. - Jeden nieco silniejszy.
  - 3,200. Dwa pozostałe: 1,600 i 2,300 - sprecyzowała dziewczyna.
  - To nie za dużo - zauważył Amarant. - Chyba, że się maskują.
  Jego własna moc oscylowała wokół siedmiu tysięcy, ale w tej chwili odczyty pewnie nie wykazałyby więcej niż tysiąc pięćset.
  - Saiyani rzadko ukrywają ki - powiedział Lanfan. - Ale trzeba zachować ostrożność. Zwłaszcza, że w tej okolicy nie powinno nikogo być.
  - Już ich widać. - Pan wskazała trzy szybko rosnące ciemne punkciki, po czym skorzystała z funkcji komunikatora w skauterze. - Brolly, weź Viviego i natychmiast tu do nas wracajcie. Już!
  Chyba jej ton sprawił, że chłopcy nie ociągali się i po chwili lewitowali za plecami trójki starszych uczestników wyprawy. Wszyscy zresztą zawisnęli w powietrzu, oczekując spotkania.
  - Niech nikt nic nie mówi, bo pozabijam - zdążył jeszcze zabronić Kuuja.
  Trzej obcy, jak się okazało: Saiyani, dotarli do nich po następnych kilkunastu sekundach. Przewodził im nieprzyjemnie wyglądający osobnik z zajęczą wargą, która sprawiała, że wyglądał na rozwścieczonego. Wrażenie pogłębiały nieco zmrużone (a może zwyczajnie skośne?) oczy.
  Wszyscy trzej wyposażeni byli w najnowszego typu skautery i pancerze. Na napierśnikach, po lewej stronie widniał znak, który Amarant szybko zidentyfikował jako symbol Neosaiyańskiego Legionu Vegety. O wilku mowa.
  Zajęcza Warga najwyraźniej znał Kuuja, bo na jego widok uśmiechnął się ni to szyderczo, ni triumfalnie. Przez zniekształcenie ust trudno było poznać.
  - Patrzcie co wypełzło ze stolicy - zaczął. - Dużo czasu minęło od czasu naszego ostatniego spotkania.
  - Nie dość dużo, Choke. Co tu robisz?
  - O nie, mięczaku, co ty tu robisz? - powiedział, szczególnie akcentując słowo "ty". - Wkroczyłeś na nasz teren.
  Lanfan nie zareagował na obraźliwe określenie swojej rasy, ale i tak widać było, że konflikt wisi w powietrzu.
  - Wasz teren? - zapytał. - To znaczy czyj? Ooo, czyżbyś wstąpił do NLV? - zdziwił się teatralnie, jakby dopiero teraz zauważył logo Legionu. - Muszą mieć straszne braki kadrowe, że przyjmują takie odpady jak ty i ci goście za tobą.
  Goście za Choke'iem wyraźnie się wkurzyli, ale jeden gest przywódcy osadził ich na miejscach.
  - Bez obaw, nigdy nie będzie tak źle, by przyjmowali, na przykład, mięczaków, szaraków albo brudnokrwiste dziwki.
  Na moment zapanowała pełna napięcia cisza. Amarant już chciał złamać zakaz Lanfana i coś powiedzieć, ale ubiegła go sama Pan.
  - Jak mnie nazwałeś?
  - A co, pomyliłem się? - zapytał, nie przestając się uśmiechać. Popukał wymownie w skauter. Nowe modele potrafiły w ograniczonym zakresie rozpoznawać sygnaturę ki wojowników, co pozwalało określać ich przynależność rasową. - To, że wyglądasz jak jedna z nas, złotko, nie czyni cię jeszcze Saiyanką.
  - A fakt, że ty sikasz na stojąco nie oznacza jeszcze, że jesteś mężczyzną.
  Oczy dziewczyny niemalże miotały błyskawice. Chęć na wtrącanie się w rozmowę przeszła księciu momentalnie. Kuuja także nie reagował, jeśli nie liczyć uciszających gestów skierowanych do Viviego i Brolliego. Ogon tego ostatniego drgał nerwowo.
  Choke wydawał się świetnie bawić, w przeciwieństwie do swojej przeciwniczki zachowywał zupełny spokój.
  - Jak zorganizujesz łóżko, mogę ci zaraz udowodnić, że jestem mężczyzną.
  - Zorganizować to ja ci mogę wózek inwalidzki - warknęła, już totalnie wyprowadzona z równowagi. - I gwarantuję, że ci się przyda!
  Roześmiał się.
  - Nie no, mała, ty chyba sobie nie zdajesz sprawy z kim rozmawiasz.
  - Pan - nieoczekiwanie odezwał się Kuuja. - Daruj sobie. Przegrasz.
  - Nie twoja sprawa - stwierdziła sucho, po czym w kilku nieparlamentarnych słowach wyzwała Choke'a na pojedynek. Uśmiechnął się i gestem wskazał brzeg leżącego nieopodal jeziora. Wylądowali tam kilka sekund później.
  - Pożałujesz, że nie posłuchałaś swojego przyjaciela mięczaka - syknął Saiyan, rozcierając nadgarstki. - Powpycham ci wszystko co powiedziałaś z powrotem do gardła, metysko. Żadna pół-saiyańska szmata nie będzie mnie bezkarnie obrażać.
  Nie odpowiedziała. W milczeniu zdjęła skauter, skapsułkowała go i umieściła w skrytce w pasie, po czym przyjęła taisei - pozycję do walki. Zajęcza Warga ponownie wrednie się uśmiechnął i zacisnął pięści na wysokości klatki piersiowej, koncentrując energię. Po chwili krzyknął przeciągle, a jego sylwetka eksplodowała złotym światłem. Włosy zmieniły barwę na jasnożółtą, oczy - na morski błękit.
  Choke przyjął formę Super-Saiyana.

Koniec rozdziału siódmego.

Notka odautorska:
Wszystkich fanów "spiczastowłosego księcia" z DBZ chciałbym zmartwić, że Neosaiyański Legion Vegety wział swoją nazwę od planety Vegeta, nie od imienia ich ulubionego bohatera ;)


-> Wstęp <- | Rozdział VI <- | -> Rozdział VIII

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.

Outside