Część pierwsza - Saiyański książę

Wstęp | Prolog
001 | 002 | 003 | 004 | 005 | 006 | 007 | 008 | 009 | 010 | 011 | 012

Rozdział IV - Blask jego oczu

  Miasto płonęło.
  Mimo, iż ostatnie promienie zachodzącego słońca właśnie znikały za horyzontem, nienaturalny w swej potędze blask ognia czynił okolicę rozświetloną niemal jak w środku dnia. Kłęby dymu wzbijały się w powietrze, zasnuwając niebo czarnymi chmurami. Swąd spalenizny rozsiewał się na wiele mil dookoła.
  Tenks wdychał go z upojeniem.
  Pożar zwykle kojarzy się z paniką, ludzkimi krzykami i ogólnym chaosem. Tym razem jednak było inaczej. Widok umierającej metropolii był dziwnie kojący. Układy kolorów tworzone przez płomienie dostarczały jedynych w swoim rodzaju wrażeń estetycznych - Saiyan nie potrafiłby określić ich inaczej niż "piękne". Już od kilku godzin siedział na wzgórzu opodal miasta i chłonął atmosferę chwili. Tak, to był dobry pomysł, by zabić mieszkańców wcześniej. Teraz nic nie przeszkadzało mu w napawaniu się atmosferą chwili.
  No, prawie nic.
  - T-Tenks... - Seimitar wreszcie zebrał się na odwagę. - Cz-czy możemy już wracać? Zadanie dawno wykonane. Pamiętasz chyba, że mieliśmy się stawić najszybciej jak to możliwe...
  Saiyan odwrócił głowę w jego stronę, przeszywając Kharb-jina spojrzeniem, w którym widoczny był odbity blask ognia. I jeszcze coś - szaleństwo. Przerażające, mrożące krew w żyłach szaleństwo, mówiące że srebrnowłosy nie jest w nastroju do dyskusji. Na żaden temat.
  Tenks nic nie powiedział, nawet nie zmienił wyrazu twarzy. Po chwili skierował wzrok ponownie na miasto. Seimitar odczuł wyraźną ulgę, choć na westchnięcie sobie nie pozwolił. Spojrzał porozumiewawczo na Falchiona, który tylko wzruszył bezradnie ramionami. Obaj byli bezradni. Nie znali Shunkanido, musieli się zdać na łaskę i niełaskę Saiyana-psychopaty.
  Niegdyś dwaj wojownicy o granatowej skórze, ostatni przedstawiciele swej rasy (po tym jak sami unicestwili resztę, razem ze swą rodzinną planetą) nienawidzili się nawzajem. Ale od czasu kiedy srebrnowłosy Saiyan dołączył do Umierających Gwiazd, zmieniło się bardzo dużo. Przynajmniej jeśli chodzi o wewnętrzne układy między wojownikami.
  Pozornie było jak dawniej. Oddział nie zmienił zasad działania i konsekwentnie, acz powoli, rozszerzał swoje wpływy na coraz większe obszary wszechświata. Jednak wydarzenia minionych dziewięciu lat sprawiły, że dawna grupa, nawet jeśli nie przyjaciół, to zaufanych współpracowników, zmieniła się w zbieraninę wbijających sobie nawzajem noże w plecy paranoików. Praca zespołowa przestała być przyjemnością, a stała się wypełnionym strachem i stresem obowiązkiem. Poszczególne Gwiazdy coraz bardziej się izolowały. Ci, którzy potrafili znaleźć oparcie w towarzyszach mogli mówić o dużym szczęściu.
  Seimitar i Falchion znaleźli, ale w tej chwili wcale nie czuli się szczęściarzami.
  Już od bardzo dawna, mimo oficjalnego statusu zaledwie "prawej ręki" wodza, to Cathan był prawdziwym przywódcą oddziału. Ostatnimi czasy zaś nawet pozory przewodnictwa Edge'a zaczęły się zacierać. Niebieski olbrzym prawie nie wychodził ze swojej sali treningowej, a kiedy już to czynił lepiej było nie znaleźć się przypadkiem na jego drodze. Nawet ci niezbyt spostrzegawczy wyraźnie widzieli, że coraz bardziej w czymś się pogrążał. Szacunek podwładnych, którym kiedyś się cieszył, przemienił się w strach. Strach i respekt przed siłą.
  Ingerencja olbrzyma w sprawy organizacji ograniczała się teraz li tylko do rozsądzania sporów. Pozostałe sprawy załatwiał Cathan. To on organizował i zlecał misje, przyznawał nagrody i wymierzał kary. Jego także się bano, choć już nie tak jak kiedyś. Nie dlatego, że się zmienił. Wręcz przeciwnie - bo był taki jak dawniej. Znajdowano w nim teraz swojego rodzaju ostoję bezpieczeństwa i stabilności. Cathan po prostu zawsze znajdował się na miejscu, tam gdzie go oczekiwano. I prawdopodobnie gdyby nie on, cała organizacja dawno by się rozleciała.
  Seimitar zamyślił się, próbując sobie przypomnieć kiedy zaczęły się zmiany. Oczywista odpowiedź, która nasuwała się odruchowo to: gdy pojawił się Tenks. On był wirusem, chorobą. Wtedy nastąpiło zakażenie. Pierwsze symptomy dały się dostrzec nieco później.
  Jedną z podstawowych zasad funkcjonowania Umierających Gwiazd było to, że żaden z członków oddziału nie miał praw skrzywdzić innego, ani wkroczyć na jego teren na Tarey, ich domowej planecie. I choć wydawało się kwestią czasu aż ktoś te reguły złamie, to funkcjonowały one bardzo dobrze przez wiele lat. Aż do momentu kryzysu, siedem lat temu.
  Nie wiadomo dokładnie o co poszło. Prawdopodobnie Sword, który zawsze miał spore problemy z dyscypliną, naruszył, czy to przypadkiem czy też celowo, teren należący do Ray'Pire'a - zażartego pół-zwierzaka, nie posiadającego czegoś takiego jak poczucie humoru. Wkrótce po planecie rozniosły się impulsy potężnej i agresywnej ki. Kiedy wreszcie rozdzielono walczących, byli na wpół żywi. I całkowicie skończeni.
  Edge wykazał zrozumienie i wysłuchał obu stron. Dopiero potem zastosował żelazną dyscyplinę. Karą była śmierć, a wyrok wykonał osobiście. W kilka sekund Ray'Pire został, dosłownie, rozerwany na strzępy. Sword wykazał się większą przytomnością umysłu i lepszym refleksem, a poza tym miał nad drugim z winowajców dużą przewagę - posiadł umiejętność teleportacji. Od tamtego dnia już go nie widziano.
  Ten incydent źle wpłynął na atmosferę w oddziale, a najgorzej na Tenksa, który zdążył się ze Swordem zaprzyjaźnić i jeszcze wówczas wydawał się całkiem normalny. Seimitar nie wiedział czemu, ale srebrnowłosy Saiyan uznał wtedy, że cała sprawa konfliktu między dwoma Umierającymi Gwiazdami była dziełem reżyserii Cathana. Sam Cathan nie zniżył się do zaprzeczania, czy w ogóle komentowania tych zarzutów. Sytuacja mogła się przerodzić w otwartą walkę, ale nie przerodziła, bo obaj wciąż mieli świeżo w pamięci to jak skończył Ray'Pire. Nawet Tenks nie odważył się narazić Edge'owi. Zamiast tego, między nim i Cathanem rozpoczęła się nieustająca gra nerwów. Znajdowali się w sytuacji patowej. Saiyan nie czuł respektu wobec prawej ręki przywódcy - fizycznie był silniejszy - ale też nie mógł mu nic zrobić jako niższy rangą. Władza Cathana nad bezpośrednim podwładnym także podlegała wielu ograniczeniom - w kwestiach personalnych w oddziale decydujące słowo zawsze miał Edge.
  Na miejsce Sworda i Ray'Pire'a nie przyjęto do oddziału nikogo. Z czasem Edge przestał nawet udawać, że mu na tym zależy i zlikwidował wszystkie procedury rekrutacyjne. Zaskoczyło to wszystkich, ale nikt nie śmiał się sprzeciwić. Sytuację wykorzystał wkrótce Cathan. Tłumacząc się brakami personalnymi i zaniknięciem aktywności Androidów Zeta - jedynej siły opierającej się dotąd Umierającym Gwiazdom - przekonał niebieskiego olbrzyma do powołania, czy raczej przywrócenia pod broń wyeliminowanych wcześniej przez androidy regularnych oddziałów bojowych nazwanych Gasnącymi Słońcami.
  Siedziba Słońc nie znajdowała się na Tarey, a podlegały one bezpośrednio Cathanowi. Pozostałe Gwiazdy nie miały z nimi właściwie żadnego kontaktu. Gdy Dao, senior oddziału, próbował dowiedzieć się czegoś więcej o nowych sojusznikach, szybko oberwał po łapach. O kolejnych próbach Seimitar nic nie słyszał.
  Powrót Słońc sprawił, że same Gwiazdy nie miały już tylu zadań co kiedyś. Dodatkowo, to Cathan kontrolował ich przydziały, więc wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że może nimi manipulować właściwie dowolnie. Misje, które otrzymywali były niby takie jak zawsze, ale często odnosiło się wrażenie, że są posyłani niezupełnie tam gdzie mają być, a raczej z dala od miejsc, gdzie przebywać nie powinni. Tańczyli w rytm muzyki nowego przywódcy i tylko jeden Tenks miał dość odwagi i śmiałości - a może tylko on był wystarczająco szalony - by czasem celowo zmylić krok.
  Dzisiejsze zadanie było proste. Polecieć, wybić mieszkańców planety, wymazać z istnienia ich cywilizację, ale samą planetę oszczędzić. No i wrócić. Niegdyś wyjaśniono by im powody, cel i sens misji. Teraz nie mieli pojęcia czy planetę postanowiono oddać innej, bardziej usłużnej rasie, anihilowano gatunek z zemsty, w ramach zapłaty za coś, czy dla czyjegoś zwyczajnego kaprysu...
  Tak po prawdzie, nikogo to nie obchodziło.
  Zadanie mieli wykonać szybko. Jak najszybciej. Właśnie dlatego Tenks po swojemu je sabotował - od wielu godzin siedział i wpatrywał się w gigantyczny pożar, który wcześniej sam wywołał. A przynajmniej Seimitar sądził, że taki jest powód - lub chociaż jeden z powodów. Motywy Saiyana rzadko dawało się pojąć.
  Rozważania Kharb-jina przerwała niespodziewana wypowiedź tego o którym rozmyślał. W pierwszej chwili Seimitar nie usłyszał o co chodzi.
  - M-możesz powtórzyć? - zapytał, starając się opanować drżenie głosu.
  Tenks uśmiechnął się uroczo i przerażająco zarazem, po czym spełnił prośbę.
  - Pytałem jakie uczucia wzbudza w tobie ten widok.
  - Uczucia? - powtórzył automatycznie wojownik o granatowej skórze.
  Saiyan zmarszczył lekko brwi. To wystarczyło za motywację.
  - Czuję... - powiedział szybko Seimitar - satysfakcję z dobrze wykonanego zadania.
  - Nic więcej? Żadnego współczucia? Żalu? Zawodu?
  - Eee... nie.
  - Kłamiesz - stwierdził beznamiętnie srebrnowłosy. - Spójrz na miasto. - Kharb-jin posłuchał bez zwłoki. - Przypatrz się uważnie i powiedz, czy fakt, że potrafisz jednym ruchem dłoni unicestwić całą cywilizację nie daje ci poczucia potęgi? Zniszczyliśmy efekt setek lat pracy architektów, budowniczych i zwyczajnych, szarych zjadaczy chleba. Każdy z tych biednych głupców, tam na dole miał swoje życie - rodzinę, pracę, myśli i problemy. Z wieloma z nich można by całkiem przyjemnie pogadać, pożartować albo się napić. A my ich zabiliśmy, ot tak. Bo taki był rozkaz. Nie sprawia to, że czujesz się jak bóg?
  Seimitar przez chwilę wpatrywał się w płomienie. Zbladł nieco.
  - Tak - przyznał w zamyśleniu. - Sprawia.
  Twarz Tenksa wykrzywił brzydki grymas. Błyskawicznie ucapił Seimitara lewą ręką za gardło, drugą sięgając za ramię, po miecz. Jeden z dwóch, które zawsze nosił przy sobie.
  - Żałosny głupiec... - bardziej wypluł niż wypowiedział.
  Duszący się Seimitar zobaczył jak ostrze przybliża się do jego twarzy. Saiyan mógł go co prawda zabić gołymi rękami w około sekundę, ale efekt psychologiczny miecza był dużo lepszy.
  - Nie jesteś nawet namiastką boga, gównojadzie. I nigdy nie będziesz. Bogowie tworzą, nie niszczą. Ty nie potrafiłbyś stworzyć nawet zamku z piasku. Możesz zostać co najwyżej diabłem.
  - Puść go - krzyknął stojący kilka metrów dalej Falchion. Pozycja bojowa, która przyjął mówiła, że jest gotów walczyć o przyjaciela. A raczej zginąć próbując, bo walka z Tenksem równała się samobójstwu. Tylko Edge mógł go pokonać. - Wcale nie jesteś lepszy od nas! Ty także zabijasz!
  Saiyan spojrzał na niego uważnie i zmarszczył gniewnie brwi, po czym... niespodziewanie wybuchł szaleńczym śmiechem. Puszczony Seimitar zakaszlał dwa razy i odruchowo odpełzł o kilka metrów. Tenks oparł ostrze miecza na ramieniu i spojrzał w stronę płonącego miasta. Opanował się.
  - Lepszy? - wyrzekł powoli. - Nie, jestem od was o wiele, wiele gorszy. - Wy jesteście zbyt głupi, by pojąć zło, które czynicie. Ja jestem go w pełni świadomy. - Zrobił pauzę, jakby się nad czymś zastanawiając. - To czyni mnie najgorszym zbrodniarzem we wszechświecie. Ale wiecie... - Odwrócił się, a obaj Kharb-jins ujrzeli w jego oczach łzy. - Nie pójdę do piekła. Bo piekło nie istnieje. - Zachichotał. - Nie istnieje! - Roześmiał się głośniej, po czym rozłożył ręce i uniósł się w powietrze. - Pieeeekłaaa nieee maaaa!! - wykrzyknął, wciąż się śmiejąc, po czym zrobił dwie pętle w powietrzu. - NIE MA PIEKŁA!!!
  Po czym ni stąd ni zowąd posłał w grunt pod sobą potężny głębinowy ładunek ki. Stało się to tak szybko i niespodziewanie, że ani Seimitar, ani Falchion nie zdążyli zareagować. Patrzyli tylko osłupiali na krater, który za kilka sekund miał sięgać do samego jądra tego świata.
  - Coś ty zrobił, do ciężkiej cholery!? - krzyknął w stronę Tenksa ten drugi. - Rozwaliłeś planetę!
  Tenks niemal momentalnie się uspokoił. Na jego twarzy zagościł wyraz zdziwienia.
  - O, faktycznie - zauważył, po czym uśmiechnął się głupio. - To chyba najwyższy czas się stąd zbierać, nie uważacie?

  - Spóźniliście się, panowie - przywitał ich Cathan. - Mieliście wykonać misję tak szybko jak to możliwe.
  Tenks gestem pokazał swoim towarzyszom, że to on będzie mówił. Seimitar wcale nie poczuł się przez to lepiej. Falchion tylko zacisnął zęby i przewrócił oczami.
  - Wybacz, Catty, ale napotkaliśmy na niespodziewane trudności. Rdzenni mieszkańcy wyhodowali niezwykle potężny i zaawansowany w stosowaniu ki gatunek robaczków świętojańskich. Po ich zmasowanym ataku kilka godzin byliśmy oślepieni. Na szczęście później udało nam się dogadać z ich ogólnoplanetarnym przywódcą i po krótkich negocjacjach zaproponował zbiorowe samobójstwo całego gatunku. Tak żeby oszczędzić nam roboty. Mili ludzie, naprawdę szkoda, że nie miałeś okazji ich poznać. Ale że nie pojechaliśmy tam na wakacje, to grzecznie odmówiliśmy i sami wszystkich pozabijaliśmy. Zgodnie z rozkazem. Tylko planeta ucierpiała.
  - Ucierpiała? - zapytał powoli bardzo wyraźnie Cathan. - Co to znaczy? - zwrócił się do Falchiona.
  Zanim Kharb-jin zdążył się odezwać, Tenks wyjaśnił sprawę po swojemu.
  - Buuum! - powiedział, akcentując wypowiedź ruchem rąk.
  Cathan zmarszczył brwi, jego jednolicie błękitne oczy jak zwykle nie wyrażały żadnych emocji. Głos, kiedy przemówił, także nie.
  - Ta planeta była dla nas bardzo ważna, ze strategicznego punktu widzenia, panie Tenks. Nie wykonał pan rozkazu. Śmiem uważać, że celowo.
  - Be-zz-dura - przeciągnął Saiyan. - To była bezwartościowa kupa skał i do tego umiejscowiona na zadupiu galaktyki.
  - Ocena tego nie należy do pana - uciął Cathan. - Panie Seimitar, czy może mi pan opisać okoliczności zniszczenia celu misji?
  Seimitar nerwowo spoglądał to na Cathana to na Tenksa.
  - No cóż... - zaczął niepewnie.
  - Niech się pan streszcza.
  - Rozwaliłem ją w drobny mak! - krzyknął Tenks. - To chciałeś usłyszeć, Catty? No to masz. Rozchrzaniłem ją na kosmiczny pył, bo naszła mnie taka ochota! I co mi zrobisz? Zabijesz?
  Na chwilę zapanowała cisza. Oczy Cathana nie posiadały źrenic ani tęczówek, nie dało się więc jednoznacznie określić na co właściwie patrzy. Tenks odniósł jednak wrażenie, że to wcale nie on jest teraz obserwowany, ale jakiś punkt znajdujący się za jego plecami. Pełen złych przeczuć odwrócił się, po czym zaklął w duchu. Stanął twarzą w twarz z jedyną osobą, której akurat nie chciał ujrzeć.
  Już wcześniej kilkukrotnie naciął się na tym jak dobrze Edge potrafił ukrywać emanację swojej ki. Uczyć się na własnych błędach wcale nie jest tak łatwo.
  Sama obecność przywódcy Umierających Gwiazd w pomieszczeniu sprawiała, że wszystko co do tej pory się w nim znajdowało, momentalnie traciło na znaczeniu. Mierzący grubo ponad dwa metry wzrostu olbrzym zwyczajnie przytłaczał swą osobą. Paskudna twarz seryjnego mordercy jeszcze potęgowała to wrażenie.
  Nie robił jednak takiego wrażenia jak jeszcze kilka lat wcześniej. Na jego obliczu wyraźnie rysowało się zmęczenie. Nie fizyczne - bo wciąż stawał się potężniejszy, jakby nie istniały granice dla jego mocy. Psychicznie jednak był tylko cieniem dawnego siebie.
  Edge nic nie powiedział. Nie musiał - jego mina była wystarczająco wymowna. Po chwili odwrócił się i wyszedł. Mimo rozmiarów i zwalistej sylwetki poruszał się bezgłośnie, jak kot.
  - Uda się pan teraz do swojej kwatery i nie będzie jej pan opuszczał do czasu aż zostanie pan wezwany - rzekł wreszcie Cathan. - Czy rozumie pan rozkaz?
  Tenks powoli odwrócił się w jego stronę. W jego oczach ponownie rozbłysły iskierki szaleństwa.
  - Tak. Rozumiem. Chyba nawet rozumiem więcej, niż chciałeś mi przekazać, Catty. - Przyłożył dwa palce do czoła, a jego twarz rozjaśnił szczery, chłopięcy uśmiech. - Zapewne nie zobaczymy się w najbliższym czasie, więc całuski.
  Cmoknął i znikł.
  Każdą chwilę spędzoną w pobliżu Tenksa, Seimitar uważał za torturę. Tym bardziej zagadkowe były odczucia, które opanowały go w tym momencie. Zamiast bezgranicznej ulgi, której należałoby oczekiwać, dopadł go dziwny niepokój i wrażenie poniesionej porażki.
  Może sprawił to wyraz twarzy Cathana?

Koniec rozdziału czwartego.



Notka odautorska (oryginalna, zmodyfikowana):
Rozdział napisałem pod wpływem utworu "Bright Eyes" grupy Blind Guardian, który prześladował mnie przez całe święta wielkanocne 2006. Pierwotnie ten wątek opowieści miał się zacząć nieco później. To właśnie potęga muzyki.


-> Wstęp <- | Rozdział III <- | -> Rozdział V

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należących do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi związanych.

\li0\ri0\sb120\sa120\widctlpar\wrapdefault\aspalpha\aspnum\faauto\adjustright\rin0\lin0\