Częœć pierwsza - Saiyański ksišżę

Wstęp | Prolog
001 | 002 | 003 | 004 | 005 | 006 | 007 | 008 | 009 | 010 | 011 | 012

Rozdział I - Amarant

  Dzięki rozwojowi techniki podróży kosmicznych, lot między Yasan-sei, a Nowš Plant trwał zalewie trzy dni. Komuœ, kto sam tego nie doœwiadczył trudno było uwierzyć, że niegdyœ ta sama trasa zajęła Lanfa-jinom siedem lat - z tym, że wówczas podšżali kursem bardzo dalekim od linii prostej.
Do udogodnień łatwo się przyzwyczaić, więc wszystko co utrudnia korzystanie z nich jest szczególnie frustrujšce. Nic więc dziwnego, że po kilkudniowym przymusowym kršżeniu po orbicie planety, pasażerowie transportowca "Bronco" z ulgš przyjęli wiadomoœć o wejœciu w atmosferę.
  Przypominajšcy kształtem butelkę statek wylšdował w największym porcie kosmicznym w stolicy planety, Bardock City. Wkrótce po tym jak wsporniki dotknęły ziemi, właz został otwarty i na płycie lšdowiska pojawili się pierwsi wysiadajšcy. Byli to niemal wyłšcznie Lanfani, co dało się rozpoznać po strojach i różnokolorowych fryzurach - ostatnie trendy mody rozpowszechniły zwyczaj farbowania włosów także wœród mężczyzn.
  Obecnoœć w tym tłumie osiemnastoletniego, młodzieńca o szarej czuprynie nie miała prawa budzić niczyjego zainteresowania. Na pierwszy rzut oka niczym się nie różnił od innych młodych ludzi, którzy przybyli spędzić wakacje na egzotycznej planecie Saiyanów. Mógł też ewentualnie należeć do drugiej grupy - emigrantów z Yasan-sei. Po ukończeniu szkoły œredniej wielu jemu podobnych przybywało szukać szczęœcia na New Plant, gdzie według powszechnej opinii życie było prostsze.
  Pozory jednak, jak w pewnym znanym w wielu zakštkach wszechœwiata przysłowiu, myliły.

  Amarant przecišgnšł się i wzišł głęboki oddech, by pełnš piersiš poczuć atmosferę œwiata na którym się urodził. Rozejrzał się, jakby próbujšc okreœlić ile się zmieniło przez dziesięć lat jego nieobecnoœci. Oczywiœcie, było to niemożliwe. Spędziwszy większoœć życia na Yasan-sei, zachował niewiele wspomnień z saiyańskiej planety. Dlatego też chłonšł jš teraz wszystkimi zmysłami. Można nawet powiedzieć, że napawał się jej widokiem, odgłosami i zapachem.
  A było na co popatrzeć. W odróżnieniu od industrialnych miast budowanych przez Lanfa-jin, w Bardock City przeważała luŸna, niska zabudowa. Zupełnie jak gdyby nie była to stolica, a nadmorski kurort wypoczynkowy. Pogoda, jakby na zamówienie zrobiła się prawdziwie piękna. Po niebie wolno płynęły nieliczne chmurki. Delikatny wietrzyk orzeŸwiał i chłodził nieco rozgrzane powietrze. Panowała tu jesień, ale œródziemnomorski klimat sprawiał, że warunki wręcz idealnie nadawały się do wypoczynku.
  Ale jako się rzekło, młodzieniec nie przyjechał na ferie.
  - Ksišżę Amarant, prawda? - usłyszał głos.
  Mężczyzna który go zagadnšł stanowił prawdziwe ucieleœnienie yasańskich wyobrażeń o saiyańskich barbarzyńcach. Potężnie zbudowany, czarnowłosy, o sterczšcej do tyłu fryzurze. Na tyle wysoki, że Amarant musiał spojrzeć lekko w górę. Miał na sobie tradycyjny pancerz, biało-błękitny, w wersji z naramiennikami - nawet przewišzany w pasie ogonem. Jedynym elementem, gryzšcym się z archetypem były ciemne okulary zasłaniajšce oczy.
  - Mam na imię Saladin, wasza wysokoœć - powiedział powoli, starannie dobierajšc słowa. - Jego wysokoœć, król Gebacca kazał mi odebrać cię z lotniska.
  - Lord Saladin?
  - Owszem, wasza wysokoœć. Wiem, że król wspominał o mnie...
  - Nie raz i nie dwa - uœmiechnšł się ksišżę. - Proszę, niech mi pan mówi po imieniu, lordzie. Nie jestem przyzwyczajony do tych tytułów.
  - Ech, dobra - Saiyan odetchnšł z ulgš i rozprężył się nieco - ale ty też mi mów po imieniu. Żadnych panów ani lordów. Cała ta dworska etykieta jest nie na moje nerwy.
  - Hehe, popieram - zaœmiał się Amarant.
Ruszyli ku wyjœciu z lotniska. Nie musieli korzystać z klasycznego terminala. Większoœć mieszkańców planety potrafiła latać i lotnisko było do tego przystosowane. Swobodny przepływ między planetami eliminował takie niedogodnoœci jak odprawa celna - swojš drogš i tak niemożliwa do przeprowadzenia ze względu na rozwój technologii kapsułkowania.
  - A więc król opowiadał o mnie? - odezwał się starszy z mężczyzn, by przerwać milczenie. - Same dobre rzeczy, mam nadzieję. Czy może prawdę? - zapytał podejrzliwie.
  - Przypuszczam, że jedno i drugie. Bardzo pana... cię ceni.
  - To dobrze wiedzieć, bo zwykle bywa oszczędny w słowach. Jak większoœć Saiyanów. Ale nieważne ile mówi, tylko co. Z ciebie wydawał się zawsze bardzo dumny. - W międzyczasie wyszli na ulicę. - Najszybciej byłoby polecieć, ale jakoœ tak głupio... Ech - westchnšł.
  Odwinšł ogon i sięgnšł w skrytkę przy pasie. Wyjšł stamtšd kapsułkę Pach-Bach, wcisnšł guzik i rzucił. Po chwili na ulicy stał nowiutki PA-86, klasyczny już yasański kršżownik szos.
  - Ładny wózek.
  - Lanfański złom - skrzywił się czarnowłosy. - Bez urazy... Rzadko go używam. Tutaj zresztš mało kto jeŸdzi samochodami. Niedługo sam się przekonasz.

  Saladin nie był najlepszym kierowcš, ale mimo to bez przeszkód dotarli do pałacu. Ruch uliczny faktycznie nie porażał ogromem - minęli tylko jeden inny pojazd kołowy, plus nad głowš przeleciało im kilka antygrawitacyjnych. Coœ takiego jak parkingi po prostu nie miało tu prawa bytu - technologia kapsułkowania wprowadziła prawdziwš rewolucję w życiu mieszkańców obu planet. Bagaż Amaranta, na przykład, w całoœci mieœcił się w kieszeni spodni.
  - Czy ten facet z billboardów to słynny Zidane? - młodemu Lanfanowi rzuciła się w oczy charakterystyczna twarz umieszczona na połowie ulicznych reklam w mieœcie.
  - Taa... Ten sam. Reklamuje chyba wszystko poza przyborami do golenia.
  - A tak, czytałem, że Saiyanie nie majš zarostu do czasu osišgnięcia œredniego wieku...
  - Nie o to chodzi. Po prostu zdecydował się zapuœcić brodę - wyjaœnił Saladin, po czym zmienił temat: - Mam nadzieję, że nie jesteœ zbytnio zmęczony podróżš. Mamy tu bankiet na którym koniecznie musisz się pojawić.
  - Ojciec urzšdził dla mnie bankiet powitalny?
  - Niezupełnie. Ale i tak musisz się tam pojawić. Nie pytaj dlaczego, to długa historia i nie wszystko w niej rozumiem. Nie jestem za dobry w rozgrywkach politycznych - dodał zmęczonym głosem.
  - Dużo osób tam będzie?
  - Jest - poprawił Saladin. - Już trwa. Sporo osób. Ale nie martw się, większoœci z nich nie obchodzisz za grosz, więc nie będziesz musiał opędzać się od rozmówców. Po prostu musisz tam być kiedy dotrze twój ojciec.
  - To gdzie on jest?
  - Jak już mówiłem, to długa historia. ChodŸ, przedstawię cię kilku osobom. Czekajš w moim biurze.

  Biuro Saladina okazało się luksusowym gabinetem wypełnionym najwyższej jakoœci meblami i sprzętem. Większoœć lœniła nowoœciš. A raczej - brakiem œladów używania. NajwyraŸniej Saiyan rzadko tu przebywał. Wewnštrz czekała czwórka Lanfanów. Trzech mężczyzn: stary, młody i poœredni oraz piękna, choć niemłoda już kobieta. Zadziwiajšco, wszyscy zachowali naturalny, biały kolor włosów, tak jakby moda na ich farbowanie jeszcze się tu nie rozpowszechniła.
  Amarant na szczęœcie nie musiał się kolorować, by pozostać "cool" - jako półsaiyański mieszaniec, miał naturalnie szare włosy. Coœ takiego poważnie ułatwiało życie licealisty na Yasan-sei. Umiejętnoœć używania ki także się przydawała.
  Przyjrzał się zgromadzonym. Tym, który od razu rzucał się w oczy był nikt inny jak plakatowy Zidane. Na żywo znacznie mniej przypominał modela z reklam - choćby ze względu na nieliczne, ale wyraŸnie widoczne zmarszczki. Z całš pewnoœciš posiadał saiyańskie modyfikacje genetyczne, dało się to zauważyć bez okularów, o mikroskopie nie wspominajšc. Krwiœcie czerwony mundur elitarnych oddziałów bojowych potwierdzał tę diagnozę - tylko Lanfani ze zmodyfikowanym genomem mieli odpowiedni poziom mocy, by służyć w tych formacjach. Uœmiech, z którym mężczyzna obejmował stojšcš obok Lanfankę nie pozostawiał cienia wštpliwoœci, że sš parš. Sama kobieta natomiast zachwycała dojrzałš urodš, z którš kontrastowało spojrzenie zakochanego podlotka jakim obdarzała swego partnera.
  Najstarszy z obecnych, łysiejšcy Lanfan, miał aparycję urzędnika w zaawansowanym stadium zaniku poczucia humoru i rozpłaszczenia poœladków od siedzenia za biurkiem. Stojšcy obok niego, niewysoki ale szeroki w barach młodzieniec, może troszeczkę starszy od Amaranta, zupełnie nie pasował do wystroju pomieszczenia oraz pozostałych zebranych. Ubrany w typowe dla usportowionego yasańskiego studenta ciuchy wyraŸnie nudził się i męczył w tym towarzystwie. Nawet przybycie Amaranta i Saladina go nie ożywiło.
  Tuż po wejœciu czarnowłosy lord przez kilka sekund wydawał się zdezorientowany. Rozejrzał się nerwowo, jakby wszedł do niewłaœciwego pomieszczenia, lub zaskoczyło go coœ, co tu zastał. WyraŸnie go to zdenerwowało, co dało się to dostrzec nawet mimo zasłaniajšcych mu oczy okularów. Szybko jednak otrzšsnšł się i przemówił:.
  - Ksišżę - zaczšł oficjalnie. - Oto właœnie ludzie o których ci mówiłem. Zaczynajšc od lewej: lord Garland, ambasador Yasan-sei. Jego syn, Kuuja. Lord Zidane, dowódca Czerwonej Gwardii i zarazem najbardziej znana twarz na planecie, i jego żona, lady Garnet, szefowa szkolenia ki-wojowników. A to jest właœnie - zwrócił się do komitetu powitalnego - syn naszego władcy. Jego wysokoœć, ksišżę Amarant.
  Wszyscy skinęli głowami na powitanie.
  - To zaszczyt móc cię powitać, ksišżę - zaczšł ambasador Garland. - Cieszę się majšc okazję wreszcie cię poznać. Moje pełne nazwisko brzmi Garland Seagull - stwierdził takim tonem jakby uważał, że Saiyani nadali mu tytuł lorda, by nie musieć tego zapamiętywać. - W razie jakichkolwiek problemów z adaptacjš, proszę się nie wahać do mnie zgłosić. Nikt nie zna tak dobrze jak ja konfliktów między lanfańskš naturš, a atmosferš tego œwiata - zakończył czymœ, co miało chyba być żartem.
  - Dziękuję, zapamiętam - odparł Amarant, na wszelki wypadek uœmiechajšc się odpowiednio uprzejmie..
  - Nie sšdzę, by ksišżę miał jakieœ problemy z adaptacjš - stwierdził Zidane z pogodnym wyrazem twarzy, który zobaczyć można było w całym mieœcie. - Jest przecież w połowie Saiyanem. Poza tym, tutaj się urodził. Ile miałeœ lat kiedy wyjeżdżałeœ? Dziewięć?
  - Około. - Amarant skinšł głowš. - Ale niewiele pamiętam.
  - Tym lepiej. Będziesz mógł odkryć planetę na nowo. Jest tego warta, wbrew temu co niektórzy twierdzš - zerknšł ukradkiem na Garlanda.
  Księciu wydawało się, że Saladin jęknšł. Garnet ledwo dostrzegalnie pokręciła głowš.
  - Nie mieszajcie chłopakowi w głowie - upomniała mężczyzn. - Moglibyœcie powstrzymać się chociaż na chwilę. Nie przejmuj się tym co mówiš, wasza wysokoœć. Sš w stanie pokłócić się nawet o to czy czarny jest ciemniejszy od białego.
  - To akurat - wtršcił Zidane, wcišż uœmiechnięty - jedna z najważniejszych kwestii w naszych dyskusjach. Ale moja żona ma rację. Wybacz moje nieokrzesanie, drogi lordzie. - Skłonił się przesadnie głęboko przed ambasadorem, który zupełnie to zignorował. - I ty także, ksišżę.
  - Ale... - zaczšł niepewnie Amarant. Na szczęœcie Saladin przerwał mu, ratujšc z opresji.
  - Skoro powitanie mamy już za sobš, może damy księciu odœwieżyć się po podróży - zasugerował. - Zwłaszcza, że wszyscy mamy przecież inne sprawy na głowie.
  - To prawda - potwierdził Garland. - Przykro nam, ksišżę, ale musimy cię teraz opuœcić. Wzywajš nas sprawy nie cierpišce zwłoki. Zostawiam cię pod opiekš mojego syna - wskazał młodego Lanfana, który przez cała rozmowę stał z boku, demonstracyjnie się nudzšc. - Kuuja, znasz pałac. Oprowadzisz księcia, odpowiesz na jego pytania, pokażesz wszystko, tak? - zapytał trochę bez
sensu, bo ani nie uzyskał odpowiedzi, ani nawet jej nie oczekiwał. - Zidane. Garnet. Saladinie. Czas na nas.
  - Zaraz do was dołšczę. - Saiyan dał znak, by szli. - Słuchaj, Amarant - powiedział cicho, gdy znikli za drzwiami - twój ojciec naprawdę chciał tu być. Wyjaœniłbym ci co go zatrzymało, ale wiem, że wolałby to zrobić sam. Przebierz się, przejdŸ po pałacu i idŸ na bankiet. Gebacca pojawi się tam gdy tylko będzie mógł. Tymczasem możesz się rozgoœcić tutaj - dodał głoœniej. - Z pewnych powodów pokój dla ciebie nie jest w tej chwili gotowy. - Wydawało się, że zazgrzytał zębami przy tym zdaniu. - Czuj się jak u siebie. Tamte drzwi to łazienka i toaleta. Sekretarka, zapomniałem jak ma na imię, w razie czego powie ci gdzie co jest. Ja niestety muszę już iœć. Kuuja - zwrócił się do syna ambasadora - musimy póŸniej pogadać. A na razie zaopiekuj się Amarantem, dobrze?
  Lanfan spojrzał na niego jak na dwugłowe cielę, ale widzšc, że Saladin nie wyjdzie bez odpowiedzi wzruszył ramionami i odrzekł:
  - Jasne, ze mnš nie zginie.
  Saiyan skinšł głowš na znak podziękowania, rzucił krótkie "do zobaczenia" i także wyszedł. Amarant poczuł się dziwnie. Poœpiech VIPów których właœnie poznał i fakt, że ojciec nie powitał go po przyjeŸdzie potwierdzały, że dzieje się coœ istotnego. Ale to żadna nowoœć - podejrzeń nabrał już na orbicie gdy ich statek musiał oczekiwać kilkadziesišt godzin na możliwoœć wejœcia w atmosferę. Sprawa wymagała zbadania.
  Ale najpierw musiał się odlać.
  Ignorujšc krzywo patrzšcego na niego Kuuję wszedł do toalety. Po powrocie zastał syna ambasadora rozwalonego wygodnie w fotelu i z nogami na biurku Saladina. Lanfan dłubał w zębach spinaczem do papieru. Nie zwrócił większej uwagi na to, że nie jest już sam.
  - Kuuja, tak? - zagadnšł Amarant. - Jestem Amarant.
  - Taa, wszyscy to wiedzš. Od ponad miesišca nie słyszę nic innego niż "Amarant to" "Amarant tamto". Wszyscy strasznie się podniecali twoim przyjazdem. Aż dziwne, że teraz tak cię olali.
  - Widocznie dzieje się coœ ważnego. Nie wiesz może co?
  - Wybacz, nie œledzę wiadomoœci. Wiem tylko, że była jakaœ blokada na orbicie.
  - Mhm, zauważyłem. Kojarzysz może czy to coœ zwišzanego z Wszechsojuszem Œwiatów?
  - Nooo... Chyba tak, a co?
  - Tak tylko pytam - Amarant wzruszył ramionami, udajšc obojętnoœć. - To jak, zbieramy się na ten cały bankiet?
  - Na razie nie ma po co. W tej chwili jest tam tylko trochę ogoniastych sztywniaków, zalewajšcych się w trupa darmowym ponczem. To przedstawiciele tak zwanych starych rodów - dodał tytułem wyjaœnienia.
  - Domyœliłem się. Czytałem trochę o podziale władzy na Nowej Plant.
  - Pan oczytany, co? W takim razie dali ci złego przewodnika, bo pewnie wiesz więcej ode mnie. Słuchaj - zmienił ton na nieco bardziej pojednawczy. - Zdaje mi się, że nie nadajemy na tych samych falach, więc przetrwajmy jakoœ ten dzisiejszy dzień nie utrudniajšc sobie życia. Obecnoœć na tym całym "bankiecie" jest całkowicie wbrew moim interesom. Dlatego mamy dwa wyjœcia. Albo zostaniemy tutaj, sprawdzimy zawartoœć barku Saladina, a tam kopsniemy się za parę godzin, kiedy impreza się rozkręci. Albo mogę cię tam odstawić od razu, ale wtedy nie licz na moje towarzystwo, mam ciekawsze rzeczy do roboty.
  - Zaraz, zaraz. Skšd wiesz, że to jeszcze parę godzin?
  - Potrafię czytać między wierszami wypowiedzi swojego ojczulka. On bierze udział we wszystkim co istotne i ważne. Skoro był tutaj to znaczy, że to co istotne jeszcze się nawet nie zaczęło. A kiedy się zacznie, to prędko się nie skończy. Oceniam, że najwczeœniej wieczorem.
  - A co do tego czasu?
  - Do tego czasu na bankiecie będzie smutno, jak na stypie u Bardocka. Nie zamierzam siedzieć i patrzeć jak faceci z ogonami chlejš na koszt państwa, więc jeżeli nie otwieramy barku to będę stšd spadał.
  - Œwietnie. To dokšd lecimy?
  - My? - zdziwił się Kuuja. - Zaraz, a ty w ogóle umiesz latać? Czy to może była figura retoryczna?
  - Umiem, i jakkolwiek może cię to dziwić, mnie także ani trochę nie bawi przebywanie wœród zakonserwowanych alkoholem saiyańskich pierdzieli - przywołał cytat z listów od ojca. - Skoro mamy kilka godzin, to chętnie pozwiedzam miasto. Chyba jesteœ w stanie pokazać mi tu coœ ciekawego?
  Lanfan uœmiechnšł się szeroko.
  - Taak... Chyba znam jedno miejsce, które może ci się spodobać.

Koniec rozdziału pierwszego.

Notka odautorska (oryginalna):
Zabieram się do pisania "Gehenny" bez specjalnego przekonania, że jš kiedykolwiek ukończę. Ale sama pogoń za króliczkiem też jest przecież zabawna ;)
Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić czytajšc :)


-> Wstęp <- | Prolog <- | -> Rozdział II

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należšcych do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi zwišzanych.

˙šˇœó߿͜˙6ŢřŢn’CL]d¤opűg™UqxDťČpůĆXâđˆœ2§IÂź"ł\ Äí˙ÜL[Ą#ÖíDďš8†EtúçóJ‘řPűU~ĆÎWäęňh™ŻNzę''ć–Sőľ”ł¨Łžâ˙>ŸŽŠŞóg{I,Őľóţd !˙íDKŠKUúCčl›ŕÍÔÔ+tąyGüç0j¨0wŸÚý•E{!Ÿđ•í2ЕĂzš5Vę)8ĺ