Częœć pierwsza - Saiyański ksišżę

Wstęp | Prolog | Częœć pierwsza: Saiyański ksišżę

Prolog

  Opowieœć o Smoczych Kulach jest jednš z najdłuższych w historii wszechœwiata. Zaczęła się u zarania jego dziejów, gdy starożytni, dawno zapomniani już bogowie, przekazali kule œmiertelnikom w geœcie przyjaŸni. Legenda głosiła, że ten, kto zgromadzi wszystkie siedem, stanie się wszechmocny - zdolny spełniać każdš swš wolę w mgnieniu oka, czynić zarówno dobro jak i zło, spełniać osobiste kaprysy lub uszczęœliwiać miliardy. Zdolny zrobić cokolwiek.
  Bogowie zdawali sobie sprawę z potęgi tego daru, wyznaczyli więc jednš z pierwotnych ras wszechœwiata - Nameczan - jako strażników kul, by te nigdy nie wpadły w niepowołane ręce.
  Jednakże, porzšdek wyznaczony wkrótce po kreacji wszechœwiata, nie trwał wiecznie. Starzy bogowie odeszli, a ich następcy, Kaioshini, nie byli ani tak potężni, ani tak mšdrzy, a dodatkowo boleœnie œwiadomi tego, iż bogami się nie narodzili, lecz zostali uczynieni. Potwornie ograniczeni w porównaniu do swych poprzedników, nie potrafili wyzbyć się negatywnych emocji charakteryzujšcych istoty œmiertelne - w tym zazdroœci o wszechmoc, której sami nie posiadali, a której czšstka zaklęta została w Smoczych Kulach.
  Przeœladowani przez nich Nameczanie, niegdyœ siła znana w całym wszechœwiecie, zaczęli tracić na znaczeniu i podupadać, a wraz z nimi także ich Smocze Kule. Ostateczna zagłada tej rasy nie nastšpiła tylko dlatego, iż ograniczenia nowych bogów pchnęły ich wreszcie przeciw sobie nawzajem, prowadzšc do ogromnego kataklizmu, zakończonego zagładš częœci wszechœwiata.
  Nameczanie skorzystali z tej okazji, by usunšć się w cień i na niedużej planecie gdzieœ w zakamarkach kosmosu dalej strzec Smoczych Kul. Z czasem z ta liczna i potężna rasa wojowników, mędrców i magów przekształciła się w garstkę miłujšcych pokój farmerów, a o roli boskich strażników wszyscy już zapomnieli.
  Wszyscy poza jednš osobš - starożytnym Kaioshinem, który cudem ocalały powrócił po tysišcach lat, z otchłani niebytu. Widzšc postępujšcy upadek swego rodu, także słabnšcego z pokolenia na pokolenie, postanowił zaprowadzić własny porzšdek we wszechœwiecie. Jego nienawiœć, wzmocniona jeszcze przez lata nieistnienia eksplodowała trzy lata po œmierci Buu - potwora, który wydawał się największym zagrożeniem dla życia w kosmosie.
  W wyniku konfliktu wywołanego przez Kaioshina, planeta Namek przestała istnieć. Rok póŸniej identyczny los spotkał Ziemię, na której, wskutek licznych splotów wydarzeń, także istniały Smocze Kule. Razem z Ziemiš unicestwiony został jej bóg - Dende - ostatni z Nameczan. Niewielkim pocieszeniem był fakt, iż podobny los spotkał samego Kaioshina.
  Od tamtej chwili minęło dziewięć lat.
  Był to czas względnego spokoju - w tym sensie, iż nie wybuchały konflikty zdolne zagrozić całemu wszechœwiatowi. Takich na mniejszš skalę starczyłoby na niejednš opowieœć. Kosmos, cztery razy większy niż jeszcze kilka lat wczeœniej, żył własnym życiem i zniknięcie dwóch planet nie mogło zbyt mocno wpłynšć na jego ogrom.
  Mimo to, właœnie w rejonie zajmowanym niegdyœ przez Ziemię i Namek zachodziły zmiany najbardziej istotne dla dalszych losów wszechœwiata. Na zgliszczach imperium Freezera narodziła się nowa forma organizacji planet - Wszechsojusz Œwiatów. Prowadzony przez tajemniczego i potężnego Najwyższego, z roku na rok ogarniał coraz więcej układów gwiezdnych. Niektóre przyłšczały się dobrowolnie, inne - choć te były w znacznej mniejszoœci - zajmowane były siłš. Sojusz, jak go popularnie nazywano, niewiele miał wspólnego z wojskowš dyktaturš Freezera i nawet jego przeciwnicy musieli przyznać, że więcej dawał niż brał. Skšd miał to co dawał - nikt nie wiedział. Mimo to, nie wszystkie œwiaty chętnie się do niego przyłšczały.
  Przykładem takiej niezależnoœci były Nowa Plant i zwišzana z niš Yasan-sei - planety zamieszkane przez rasy Saiyanów i Lanfanów. Ta mała w skali kosmicznej unia nie miała nastawienia ekspansywnego, ale zacięcie broniła się przed jakškolwiek ingerencjš z zewnštrz. Pierwsze starcia pomiędzy wojownikami obu stron pokazały, że siły sš zadziwiajšco wyrównane i że ewentualna wojna byłaby długa i wyniszczajšca. Chciano jej więc uniknšć.
  Sojusz nie dokonywał bezwarunkowej aneksji wszystkich układów, ale nie mógł też zostawić sobie wewnštrz własnego terytorium tak potężnej, niezależnej siły. Najwyższy próbował więc różnymi sposobami skłonić władców Nowej Plant do współpracy. Poczštkowo całkowicie bezskutecznie - Gebacca, saiyański król planety odmawiał nawet przyjęcia ambasadorów. Zgodził się na to dopiero, gdy blokujšca przez kilka miesięcy transport z Nowej Plant flota Sojuszu odmówiła przepuszczenia statku transportujšcego jego syna.
  Jednakże, ostatni etap opowieœci o Smoczych Kulach rozpoczšł się rok wczeœniej i w zupełnie innym miejscu...

"Gehenna"

  Po raz pierwszy w życiu, Son Goku uciekał. Uciekał, œwiadom, że tym razem, wróg jest zdecydowanie poza zasięgiem jego możliwoœci, mimo potęgi jakš zyskał w cišgu swego niesamowitego życia i zwielokrotnił jeszcze w ostatnich kilku latach.
  Zielone œciany labiryntu połyskiwały złowrogo. Samo promieniowanie skondensowanej chi, z której zostały stworzone zabiłoby większoœć żywych istot na tyle nieostrożnych by się do nich zbliżyć. Goku akurat potrafił przetrwać w tym œrodowisku, przynajmniej przez pewien czas, ale dotknięcie którejkolwiek z lœnišcych powierzchni oznaczałoby dla niego co najmniej wiele bólu, oraz zapewne ciężkie obrażenia.
  Te ostatnie miał zresztš i tak, choć akurat nie labirynt był ich Ÿródłem. Krew cieknšca z licznych ran pod poszarpanym niebieskim strojem wyraŸnie wskazywała na to, że niedawny przeciwnik, czy raczej przeciwnicy Saiyana, dysponowali bardzo ostrymi argumentami.
  No właœnie, gdyby to był jeden przeciwnik... Ale oczywiœcie oszukiwali. Goku w myœlach wyrzucał sobie naiwnoœć. Akurat ten jeden raz nie mógł sobie na niš pozwolić, a jednak, w kluczowym momencie dał się zaskoczyć. Tylko cudem udało mu się uniknšć œmierci. A teraz musiał się wycofać, by mieć możliwoœć póŸniejszego uderzenia.
  Nie zdajšc sobie z tego sprawy, Goku bardzo się zmienił. Dojrzał, ale także postarzał się. Także fizycznie - choć nadal był w wieku optymalnym dla Saiyana - jednak przede wszystkim psychicznie. Stracił już mentalnš młodoœć, której nie odebrało mu wczeœniej ani małżeństwo, ani ojcostwo, ani nawet dwukrotna utrata życia.
  Przedzierał się przez labirynt z maksymalna prędkoœciš, która pozwalała mu unikać ocierania się o mordercze œciany. Nie miał pojęcia odnoœnie kierunków - gdzie góra, a gdzie dół, ale instynkt przetrwania i zdobyte niedawno zdolnoœci pozwalały mu wybierać właœciwš drogę.
  Nie miał pojęcia czy wcišż go œcigali. Wszechobecna, promieniujšca chi uniemożliwiała wykrycie nawet aktywnych energii. Oczywiœcie, działało to w obie strony - tak samo oni nie mogli wyczuć jego. Do wyjœcia z labiryntu prowadziła niezliczona iloœć dróg, szansa, że będš go œcigać akurat tš samš trasš była minimalna.
  Był już blisko, wyczuwał to. Jeszcze kilka odnóg i zobaczy upragnione wyjœcie... Przekroczy granicę, za którš będzie już mógł użyć Shunkanido. I najwyższy czas, bo ciało zaczynało już odmawiać posłuszeństwa - choć nie był pewien, czy bardziej wyczerpały go krwawišce wcišż rany, czy wczeœniejsze połšczenie Kaioken z trzeciš formš Super-Saiyana.
  Dyszał ciężko, wcišż zaciskajšc dłoń na rozrytym pazurami boku, ale na jego twarzy zobaczyć można było lekki uœmiech. Wstydził się ucieczki, ale jednoczeœnie już żył możliwoœciš kolejnego starcia w przyszłoœci. Saiyan zawsze pozostanie Saiyanem.
  Szum dwóch par skrzydeł uœwiadomił mu, że został odnaleziony. Ale jak? Przecież niemożliwe, by mogli tu wyczuć jego energię!
  Zapach! Musieli podšżać za tropem krwi, którš tracił po drodze!
  W ostatniej chwili uchylił się przed ciosem błękitnego skrzydła, wyhamował kilka centymetrów od pulsujšcej mocš œciany. Westchnšł ciężko, koncentrujšc ki. Powietrze wokół zafalowało, a po sekundzie zielony blask labiryntu został przyćmiony został przez złotš aurę Super-Saiyana drugiego stopnia.
  Wyczerpany organizm zareagował gwałtownie, wysyłajšc do mózgu sygnały bólu z każdej komórki. Saiyan zacisnšł zęby.
  Byli tu obaj. Goku w pełni sił zapewne dałby im radę - o ile walki odbywałyby się jedna po drugiej. Ale tu było ich dwóch naraz, a on do pełni sił miał jak stšd do raju, czyli bardzo, bardzo daleko. Szybko zdał sobie sprawę, że już nie opuœci labiryntu. Że ci dwaj dokończš dzieła i za chwilę go zabijš.
  Nie mylił się.
  Œmierć była inna, niż to pamiętał ze swoich doœwiadczeń. Zamiast krótkiego błysku i pojawienia się w kolejce do biurka Enmy, Son Goku znalazł się w bardzo ciepłym i przytulnym miejscu. Było niezwykle kolorowo. Do jego uszu docierały setki mieszajšcych się, łagodnych szeptów. Nie rozumiał słów, ale to nie miało znaczenia. Poczuł się szczęœliwy, choć nie wiedział dlaczego. Wszystkie jego myœli odpłynęły, a on sam pogršżył się w tym cudownym uczuciu tonięcia w oceanie spokoju.

"Are you motherfuckers ready
for the new shit?
Stand up and admit it,
tomorrow's never coming.
This is the new shit.
Stand up and admit it.
Do we need it? NO!
Do we want it? YEAH!
This is the new shit.
Stand up and admit it."

Marilyn Manson - "This Is The New Shit"


Wstęp <- | -> Rozdział I

Autor: Vodnique




Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie jakichkolwiek materiałów należšcych do tego serwisu bez wiedzy i zgody ich autorów jest zabronione.
Wykorzystanie nazewnictwa i elementów mangi/anime Dragon Ball/Dragon Ball Z/Dragon Ball GT lub innych tytułów nie ma na celu naruszania jakichkolwiek praw z nimi zwišzanych.

ąĎ‰Ěoú(Í#˛˜†âUÂĆÔW bĎť.,ůŃ°Ągç*4G 3Ďé§ŇÚśrž§–q Ť—–=×ËĘ}´S•¨ŘL˛Vu…Yq…đ žąŒľŠP?ŕ!…{lBćɎU+řŁMťŃŐśo